Rolnictwo bez biadolenia

Żeby uzyskać lepsze plony, trzeba znać każdy kamień na polu, trzeba być aborygenem na swoim terenie

Wieś Warszyn położona jest w woj. zachodniopomorskim w gminie Dolice, około 100 km na południowy wschód od Szczecina.
Warto tu przyjechać, jeśli chce się porozmawiać o rolnictwie bez biadolenia. Bo właśnie tu, w Warszynie, od dziesięciu już lat z powodzeniem działa Przedsiębiorstwo Rolno-Handlowe AGRO-WAR spółka z o.o. Wydzierżawiło ono w całości majątek byłego KPGR Warszyn. Jest spółką pracowniczą zorganizowaną w roku 1992 przez 39 udziałowców. Mimo trudności i konkurencji na rynku nieźle daje sobie radę. W gminie o strukturalnym bezrobociu

jest największym przedsiębiorstwem dającym ludziom pracę.

W skali województwa (a może i kraju) to z pewnością ewenement.
Prezesem przedsiębiorstwa jest Marek Szałański. Niełatwo się z nim spotkać, bo jest bardzo zapracowany. Państwo Korbankowie zaprosili go na targi maszyn rolniczych do Paryża. Prezes otrzymał zaproszenie, bo przecież AGRO-WAR należy do większych i efektywniejszych firm rolniczych.
– Nic pewnie nie kupię, ale pooglądać warto – powiedział Marek Szałański tuż przed wyjazdem. Z zakupami trzeba się ostatnio ograniczać, bo koniunktura w rolnictwie nie jest najlepsza. Była susza – przypomina prezes. – Spadły plony rzepaku, którego mamy duży areał. Z tego powodu nasze przychody zmniejszyły się o prawie 600 tys. zł. Drugie tyle straciliśmy, kiedy w tym roku spadła cena żywca wieprzowego 70 gr na kg. Uderzyło w nas to bardzo, ponieważ sprzedajemy w roku około 860 ton żywca.
Marek Szałański nie zakłada jednak, że firma przyniesie straty. W ciągu ostatnich 10 lat różnie bywało, raz gorzej, raz lepiej, ale w sumie zawsze na plus.
– Robimy, co umiemy – ocenia prezes. – Przejęliśmy wszystko po KPGR Warszyn, który miał dobre wyniki produkcyjne, w chwili likwidacji funkcjonował bez strat. W momencie przejęcia kombinatu przez naszą spółkę zatrudnienie wynosiło 230 osób. Nie zwalnialiśmy nikogo, ale wskutek przejścia niektórych osób na emerytury oraz renty chorobowe obecnie pracują 134 osoby.
Według prezesa Szałańskiego, największym kapitałem firmy są ludzie zaangażowani i dobrze znający swoją pracę. Podobnego zdania jest Jan Bocian, kierownik do spraw produkcji roślinnej. – Ludzie są największym bogactwem – podkreśla. – Ci, którzy tego nie docenili, zrobili wielki błąd. Znamy takie gospodarstwa, które pozbyły się dobrych fachowców, a teraz mają kłopoty. Upadają także z powodu kilkuletniej ekspansywnej i rabunkowej gospodarki. Niestety, za rolnictwo wzięli się ludzie, którzy nie mieli pojęcia o specyfice tej dziedziny gospodarki. Chcieli szybkiego zysku, a w rolnictwie tak się nie da. Jest zawsze wiele niewiadomych związanych choćby z warunkami atmosferycznymi, a poza tym efekty najczęściej widać dopiero po latach. Jak u nas. Dajemy sobie radę – choć jest dekoniunktura – ale to efekt naszej konsekwencji, wytrwałości i fachowości. Gdy inni wyżynali stada bydła, my je powiększaliśmy. Wiedzieliśmy przecież, że dzięki uzyskanemu obornikowi poprawimy strukturę gleby i uzyskamy większe plony. Słusznie zakładaliśmy, że cena skupu mleka stanie się atrakcyjniejsza. Nie dążyliśmy do nadmiernie wysokich plonów, żeby – poprzez monokulturę – nie wyjałowić gleby.
Jana Bociana cieszy tegoroczny rzepak ozimy, który teraz intensywnie zieleni się na polach.
– Zdążyliśmy zasiać na czas – komentuje. – Spodziewam się dobrych plonów, jeśli oczywiście zimą rzepak nie wymarznie. Ale tak to już jest w rolnictwie. Nie ma nic pewnego. I chyba właśnie to jest najbardziej frapujące.
Według Jana Bociana, dobrym gospodarzem może być tylko ten, kto doskonale zna swoje gospodarstwo. – W naszej firmie gospodarują ludzie, którzy wcześniej pracowali już na tych samych polach, na tych samych fermach – wyjaśnia. – To bardzo ważne. Żaden

nowy pracownik tak by się nie sprawdził.

Nie wiedziałby, że na przykład przy lesie nie można siać kukurydzy, bo dziki mogą zniszczyć uprawy. Żeby w rolnictwie był efekt, trzeba znać każdy kamień na polu, trzeba być aborygenem na swoim terenie.
Zarówno Jan Bocian, jak i prezes Szałański oraz inni pracownicy od wielu lat związani byli z państwowym sektorem rolnictwa.
– W PGR też można było dobrze gospodarować – mówi Marek Szałański, który przekonał się o tym już w czasach swojej młodości, kiedy każde wakacje spędzał u wujka, dyrektora dużego i dobrze prosperującego kombinatu w Wielkopolsce. To on zaszczepił mu bakcyla efektywnego gospodarowania na roli. Nic dziwnego więc, że wybrał najpierw technikum rolnicze, a później studia na Akademii Rolniczej w Szczecinie. Po ich ukończeniu związał się z państwowymi gospodarstwami rolnymi. W 1976 r. trafił do Dolickiego Kombinatu Rolnego, w skład którego wchodził między innymi zakład w Warszynie. Cały kombinat miał wtedy 24 tys. ha ziemi. Wkrótce przekształcony został w cztery samodzielne zakłady. Marek Szałański został pracownikiem KPGR Warszyn. Był zastępcą jednego z kierowników gospodarstw, później kierownikiem, a następnie głównym specjalistą do spraw produkcji roślinnej, aż do stanowiska zastępcy dyrektora kombinatu. Twierdzi, że w kierowanej przez niego od 10 lat spółce pracowniczej zmienił się nie sposób gospodarowania, a głównie zarządzania. AGRO-WAR uprawia 3 tys. ha ziemi ornej. Na 1000 ha jest pszenica ozima, na 700 – rzepak ozimy, na 300 – jęczmień jary, a na 400 – ozime pszenżyto. Kukurydza potrzebna jest tylko na paszę, więc jej uprawa zajmuje zaledwie 20 ha. Buraki cukrowe uprawiane są na 140 ha.
Firma zajmuje się też hodowlą 7 tys. trzody chlewnej oraz 1,2 tys. sztuk bydła. Odbywa się ona w cyklu zamkniętym. – Nie zawiedliśmy się na prowadzeniu tradycyjnej działalności rolniczej – twierdzi Marek Szałański. – Kiedy mniej opłaca się produkcja roślinna, zyskujemy na zwierzęcej i odwrotnie.
Do minimum ograniczono liczbę funkcyjnych.

Zarządzanie jest właściwie jednoosobowe,

z jednego podwórka. Podejmowanie decyzji oraz cała odpowiedzialność spada na prezesa Szałańskiego. W zarządzaniu pomagają mu: Jan Bocian – kierownik do spraw produkcji roślinnej, Henryk Dłużak – kierownik warsztatu, Jerzy Wełpa – główny księgowy, oraz brygadziści w poszczególnych zakładach. Kiedy trzeba, prace na polu trwają nawet w nocy. Tak jak ostatnio podczas zbioru buraków cukrowych. Żeby zdążyć przed mrozami. Pracownicy spółki zaś nie są traktowani przedmiotowo, jak to się zdarza w wielu innych firmach.
Prezes Szałański martwi się jednak o przyszłość firmy. – Nasze rolnictwo nie wygra w konkurencji z Zachodem, jeśli nie zostanie wsparte subwencjami państwowymi, jeśli nie zmieni się ogólna polityka wobec tej dziedziny gospodarki – ocenia. – Problemem jest też zbyt krótki okres dzierżawy, jaki zaoferowała AWRSP. – Mamy przedłużoną umowę tylko do 2008 r. – mówi Marek Szałański. – To zbyt krótko, by myśleć o inwestycjach, modernizacji i rozbudowie infrastruktury. Tymczasem majątek, którym dysponujemy – zwłaszcza chlewnie i obory – wymaga gruntownych remontów i unowocześnienia.
Marek Szałański chce wierzyć, że AGRO-WAR jeszcze długo będzie się liczyć w rolnictwie. Wie, że wiele zależy od niego i załogi. Ale przecież nie wszystko.

Wydanie: 44/2002

Kategorie: Rolnictwo

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy