Róża

Róża

Jolanta Róża Kozłowska została ambasadorem w Republice Austrii. To bardzo ciekawa nominacja, można ją naświetlać z różnych stron.

Najprościej byłoby stwierdzić, że została ambasadorem za zasługi. Kombatanckie zasługi. I to w różnych okresach historii. Zwłaszcza że nigdy wcześniej nie pracowała w pionie dyplomatycznym.

Ale cofnijmy się do roku 2012. Wtedy ówczesny minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski wpadł na pomysł, by wprowadzić w MSZ oszczędności. Polegały one z reguły na tym, że likwidowano niektóre placówki (Senegal, Mongolia…) lub redukowano ich obsadę w imię przyszłych oszczędności. Czy rzeczywiście coś na tym zaoszczędzono – szczerze wątpię, zwłaszcza że część zlikwidowanych przez Sikorskiego ambasad i konsulatów później reaktywowano.

W naszej historii ważna jest sprawa konsulatu w Kolonii. Mieścił się w zabytkowej willi, w prestiżowej dzielnicy miasta, MSZ zdecydowało więc, że budynek zostanie sprzedany, a sam konsulat przeniesiony do jednego z biurowców. Ministerstwo tłumaczyło, że willa była o wiele za duża jak na mały konsulat (wcześniej mieściła się w niej polska ambasada), niefunkcjonalna, że wymagała remontu itd. Odpowiadano, że przeniesienie konsulatu do biurowca to gwałtowny spadek prestiżu, że błędem jest sprzedawanie zabytkowego budynku itd. Pisaliśmy zresztą o tym w PRZEGLĄDZIE, broniąc willi.

Ważne w naszej opowieści jest to, że w tym czasie konsulem w Kolonii była Jolanta Róża Kozłowska, która gwałtownie planom MSZ się sprzeciwiła i odmówiła ich wykonania. Ba! Zorganizowała media, która sprawę nagłośniły. W związku z tym minister Sikorski w trybie natychmiastowym odwołał ją z placówki. A ponieważ była pracownikiem kontraktowym, oznaczało to, że wyrzuca ją z MSZ.

Dziś może więc mówić, że jest ofiarą Sikorskiego, zatem w oczach PiS jest piękna, atrakcyjna i godna stanowisk. Jakich? Sęk w tym, że Kozłowska w swoim zawodowym życiu zajmowała się tylko sprawami konsularnymi i tylko w Niemczech. Przed Kolonią była konsulem w Monachium. W pracy była bardzo „konsularna”, zajmowała się promocją kultury, kontaktami z Polonią. Możliwości jej „spożytkowania” były ograniczone.

Padło więc, że pojedzie do Wiednia.

Ech, ktoś zapyta, a gdzie inne zasługi kombatanckie?

O nich sama Kozłowska mówiła w Sejmie, gdy równo osiem lat temu, przed wyjazdem do Kolonii, była przesłuchiwana w sejmowej Komisji Łączności z Polakami za Zagranicą. Atakowana przez Antoniego Macierewicza (tak, tak, przez niego), że za mało mówi o Polakach, którzy mieszkają w Niemczech i są tam germanizowani, oraz pytana, czy była współpracownikiem służb specjalnych PRL i czy występowała do IPN o status pokrzywdzonego, odpowiadała: z SB miałam styczność wielokrotnie, bo kilka razy byłam zatrzymywana na 48 godz. A to dlatego, że jej ociec był jednym z założycieli wiejskiej Solidarności, współpracował z KOR, a ona woziła ulotki. I była relegowana z kolejnych uczelni.

To wiele wyjaśnia. Zwłaszcza wyjazd do Wiednia. Bo trudno sobie wyobrazić, żeby tak charakterna pani, która walczyła i z PRL, i z Sikorskim, mogła odnaleźć się jako pokorna podwładna TW Wolfganga.

Wydanie: 29/2017

Kategorie: Kronika Dobrej Zmiany

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy