Rumunia na rozdrożu

Rumunia na rozdrożu

Czy Ion Iliescu zdoła poprowadzić swój kraj do Unii Europejskiej?

Rumunia ma nowego prezydenta. Może nie do końca nowego, bo
70-letni Ion Iliescu pełnił już dwukrotnie najwyższą funkcję państwową. Kiedy w 1996 roku przegrał wybory na rzecz profesora Emila Constantinescu, wydawało się, że szczyt kariery politycznej ma już za sobą.
Lecz “stary bojowy rumak”, jak Iliescu lubi się nazywać, niespodziewanie powrócił. Co więcej, stał się – mówiąc słowami rumuńskich mediów – wojownikiem, który jako jedyny może uratować kraj przed katastrofą. W drugiej turze wyborów do poparcia Iliescu, wieloletniego aktywisty partii komunistycznej i bliskiego współpracownika Nicolae Ceauşescu, wezwały Kościoły, media, organizacje praw człowieka, politycy partii centrowych. Dziennik “Jurnalul Naţional” napisał: “Nigdy jeszcze w ciągu ostatnich dziesięciu lat kraj nie znajdował się na takim rozdrożu. Musimy wybierać między izolacją i ekstremizmem a integracją europejską”.
Głównym przeciwnikiem Iliescu w wyborach prezydenckich był bowiem 51-letni Corneliu Vadim Tudor, senator, wytrawny mówca i pozbawiony skrupułów demagog, lider szowinistycznej Partii Wielkiej Rumunii, głoszący nienawiść do Żydów, Węgrów i “cygańskich bandziorów”. Tudor twierdził, że Rumunia jest krajem, który może być dobrze rządzony tylko wtedy, jeśli zostanie

sterroryzowany karabinem.

Nie ukrywał, że jego idolami są okrutny książę Wład Palownik (XV wiek), pierwowzór słynnego wampira Drakuli, najwierniejszy sojusznik Hitlera – faszystowski marszałek Antonescu, jak również dyktator Nicolae Ceauşescu. Tudor zapowiadał zwalczenie bezwzględnymi środkami korupcji i panoszących się przestępców. Aktywiści “Romania Mare”, partii mającej jedną piątą miejsc w parlamencie, proponowali osadzenie krnąbrnych dziennikarzy w obozach pracy. Mieszkający w Stanach Zjednoczonych rumuńscy publicyści napisali o Tudorze na łamach dziennika “Philadephia Inquirer”: “Barwniejszy niż Jörg Haider z Austrii, bardziej populistyczny niż Jacques Le Pen z Francji, bardziej oportunistyczny niż Slobodan Miloszević z Jugosławii i bardziej hołdujący bolszewickiej nostalgii niż Aleksander Łukaszenko z Białorusi, Tudor jest obecnie nową nadzieją prawicowo-lewackich radykałów w Europie”. Dziennikarze wyrażali obawę, że jeśli ekstremista zdobędzie prezydenturę, w Rumunii dojdzie do wojny między poszczególnymi narodami państwa, takiej jak w Jugosławii, albo też do konfliktu z Węgrami. Politycy w Brukseli dali do zrozumienia, że gdy Vadim Tudor wygra wybory, rozmowy w sprawie przyjęcia Rumunii do Unii Europejskiej zostaną zerwane.
W młodości Tudor był nadwornym poetą Nicolae Ceauşescu i jego małżonki. W 1986 roku w “Odzie do Eleny Ceauşescu” napisał: “Gdzie się pojawiasz, przynosisz ze sobą wiosnę. Fiołki zakwitają w śladach twoich stóp”. Kiedy w grudniu 1989 roku Ceauşescu został obalony i rozstrzelany, jego wierny bard początkowo usunął się w cień, w 1992 roku został jednak wybrany do senatu i już w nim pozostał. Ksenofobiczne hasła

“rumuńskiego Haidera”

początkowo nie trafiały na podatny grunt. W wyborach prezydenckich w 1996 roku Tudor zdobył zaledwie 5% głosów. Kiedy w bieżącym roku ogłosił, że będzie ponownie kandydował, uznano to za kiepski żart. Lider “Romania Mare”, najczęściej odziany w biały garnitur, w liliowych okularach, obwieszony grubą złotą biżuterią, wyglądał jak karykatura bałkańskiego dyktatora z opery komicznej. Wkrótce jednak komentatorzy polityczni przestali się śmiać. W pierwszej rundzie Tudor zebrał 29% głosów, bijąc na głowę swych rywali z partii centrowych.
Nie ma wątpliwości, że nagły wzrost poparcia dla szefa “Romania Mare” wynika z rozpaczliwej sytuacji, w której znalazła się większość społeczeństwa. Rumunia jest największym i najludniejszym, zaraz po Polsce, z 12 krajów ubiegających się o przyjęcie do UE. Ma korzystny klimat i znaczne bogactwa naturalne. Wbrew stereotypom Polaków, którym Rumuni kojarzą się z żebrzącymi na ulicach dziećmi, jest to kraj intelektualistów i ludzi wykształconych, dumnych ze swej kultury wyrosłej z rzymskich tradycji. Czytelnictwo gazet i książek jest w Rumunii znacznie wyższe niż w Polsce. A jednak Rumunia nazywana jest w zachodnich mediach “wielkim przegranym”. W ostatniej ocenie stanu przygotowania państw kandydackich, opracowanej przez Unię Europejską, Bukareszt znalazł się na ostatnim miejscu, nawet za Bułgarią. Bezrobocie sięga 11%. Na 23 milionów obywateli 40% musi utrzymać się za równowartość jednego dolara dziennie. Na 6 milionów emerytów jest tylko 4,3 miliona zarejestrowanych pracowników. Od 25% do 40% gospodarki rozwija się w “szarej strefie”. Co bardziej energiczni i wykształceni młodzi ludzie uciekają na Zachód.
Niewątpliwie “Kraj Rzymian”, co znaczy nazwa państwa – Romania – od początku znajdował się w trudnym położeniu. Po erze Ceauşescu pozostały ogromne przedsiębiorstwa, które w warunkach gospodarki rynkowej nie miały szans na przetrwanie, i nieefektywne państwowe rolnictwo. W Rumunii nie było też alternatywnej elity politycznej, która mogłaby przejąć władzę, ku nowej przyszłości poprowadzili więc kraj dawni działacze partyjni. Prezydentem został Ion Iliescu, ongiś uważany za następcę Ceauşescu, który w latach 70. popadł w niełaskę u “geniusza Karpat” i znalazł się na bocznym torze. Iliescu przeprowadził bardzo ostrożne reformy, nie zdobył się jednak na zamykanie nierentownych kombinatów. Nie zawahał się za to podjudzać przeciw mniejszości węgierskiej i wezwać do Bukaresztu brutalnych górników przeciwko burzącym się studentom. Gospodarka kraju coraz bardziej pogrążała się w chaosie. W 1996 roku na prezydenta został wybrany profesor geologii, Emil Constantinescu, ulubieniec intelektualistów i mediów, stojący na czele koalicji partii centrowych oraz mniejszości węgierskiej. Wydawało się, że Constantinescu dokona przełomu i poprowadzi kraj do Europy i
NATO. Prezydent nie zdołał jednak opanować kłótni wśród koalicjantów. Zmieniali się szefowie rządów, kwitła korupcja, dolar, który za rządów Ceauşescu kosztował 21 lei, teraz wart jest 20 tysięcy. Zniechęcony Constantinescu zrezygnował z ubiegania się o drugą kadencję.
Do walki o prezydenturę stanęli Iliescu i szowinista Tudor, którego amerykański tygodnik “Newsweek” porównał ze Stanem Tymińskim. Większość mediów uznała, że to wybór między większym a mniejszym złem, między “rakiem a AIDS”. Dziennik “Evenimentul Zilei” napisał z rezygnacją: “Lepszy emeryt niż dyktator”. Komentatorzy stwierdzają, że przy najlepszej woli trudno uznać sędziwego Iliescu, który przez długie lata działał w warunkach gospodarki planowej, za człowieka przyszłości.
Ostatecznie zwyciężył Ion Iliescu, zdobywając 67% głosów. “Stary rumak bojowy” ma jednak bardzo trudne zadanie. Jego partia socjaldemokratyczna nie zdobyła większości w parlamencie, prawdopodobnie zostanie więc utworzony rząd mniejszościowy.
Iliescu obiecał dążyć “z godnością” do integracji z Unią Europejską i
NATO. Oznacza to jednak konieczność przeprowadzenia reform, zamknięcie nierentownych przedsiębiorstw, obcięcie wydatków na cele socjalne, podjęcie współpracy z Bankiem Światowym i innymi międzynarodowymi instytucjami finansowymi. Z drugiej strony, Iliescu nie ukrywał, że jest

zwolennikiem “trzeciej drogi”

– między kapitalizmem a socjalizmem, a podczas kampanii wyborczych hojnie szafował populistycznymi, trudnymi do spełnienia obietnicami. Zapewniał, że emerytury zostaną podwyższone, zaś w ciągu czterech lat płace wzrosną o połowę. Nie wiadomo, jak spełnić te przyrzeczenia. W każdym razie nowy prezydent zdaje sobie sprawę, że nie może już liczyć na taryfę ulgową, a czasu zostało niewiele. Wydaje się, że tym razem Ion Iliescu ma jakąś wizję reform. Pozostaje mieć nadzieję, że po 10 latach niepowodzeń Rumunom wreszcie się uda. Mieszkańcy “Kraju Rzymian” zasługują na lepszą przyszłość.

 

Wydanie: 51/2000

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy