Samobój premiera

Samobój premiera

Piszę dziś o piłce. Nie dlatego, by był to temat najważniejszy. Albo nowy lub szczególnie odkrywczy. Nic z tych rzeczy. Żaden piłkarz swoim cudownym golem nie jest w stanie wywołać takiego wrażenia jak premier naszego kraju, Jarosław Kaczyński. I na dodatek premier nie potrzebuje boiska, wystarczy mu mikrofon.

Piłkarze, kończąc karierę, opowiadają nie tylko o golu życia, ale też o wpadkach, o bramkach samobójczych. Mam wrażenie, że premier Kaczyński strzelił sobie ostatnio życiowego samobója, mówiąc, że socjalizm to był system budowany przez hołotę dla hołoty. To, że Kaczyński nie lubi większości swojego narodu, nie jest żadną tajemnicą. Podobnie jak to, że ta większość odpłaca mu się tym samym. Niespodzianką może być tylko to, że zawodowy i przebiegły polityk decyduje się na tak niebywale agresywny i pogardliwy ton w ocenie milionów ludzi. Chyba że w obliczu coraz większych problemów z rządzeniem zrobił to całkowicie świadomie. Byłaby to wówczas zapowiedź przyśpieszenia rewolucji, czyli otwarta walka z ludźmi poprzedniego systemu. Aż po grób. Choć trudno powiedzieć, czyj. Bo przecież obecny stan, czyli tak wielka niechęć, by nie rzec wrogość, między rządzącym liderem a większością społeczeństwa, nie może trwać wiecznie. I albo premierowi uda się wreszcie zdyscyplinować oponentów i malkontentów, albo sam zostanie pogoniony z realnej polityki.

Musi dojść do przesilenia, bo bilans półtorarocznych rządów PiS niewielu zadowala. Co zostało z zapowiedzi wyborczych? Czym w praktyce jest tak gromko zapowiadana IV Rzeczpospolita? I tu czas na piłkę. Posłużę się przykładem ministra sportu, Tomasza Lipca, i jego walki z PZPN, bo tu najlepiej widać, jak buńczuczne hasła zapowiadające sanację i odnowę moralną sportu w kolejnych odsłonach przeistaczały się w karykaturę i farsę. To, co wyprawiał minister sportu, potwierdza tajemnicę poliszynela – ta ekipa nie tylko nie potrafi rozwiązywać realnych problemów, ale nie radzi sobie nawet z tymi kłopotami, które sama powoduje. Lipiec, mentalny symbol PiS, uznał, że wraz z ministerialną nominacją ma tylko jeden obowiązek – słuchać premiera. A demokratyczne procedury, statuty i przepisy to tylko przeszkody, jakie na drodze do sukcesu postawili mu ludzie starego układu. Przeszkody zmiażdżymy i cel osiągniemy, zapowiadał na wielu konferencjach prasowych.

Skończyło się tak, jak większość pomysłów tej władzy. Pełną kompromitacją. Niedostatki umiejętności Lipca były tak wielkie, że porozumienia z FIFA szukano ponad jego głową. Do gry wszedł prezydent Kaczyński i ugrał kompromis, tyle że na warunkach Josepha Blattera. Odwieszono prezesa Listkiewicza i cały zarząd. Szef FIFA potwierdził, że ma wielki talent dyplomatyczny. Osiągnął wszystko, czego żądał od początku konfliktu rządu z PZPN. Dobitnie to podkreślił w Pałacu Prezydenckim, mówiąc, że „PZPN odzyskał swoją władzę w kraju, a także pełne zaufanie FIFA”. Sens tego oświadczenia rozumie nawet Lipiec, który mimo to nie kwapi się jakoś do dymisji. Pewnie potrzebuje więcej czasu, by zrozumieć oświadczenie Blattera.

Wydanie: 11/2007

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy