Schizofrenia

Schizofrenia

Obchody Sierpnia pomyślane były jako impreza wyborcza Krzaklewskiego Zakończyły się obchody XX-lecia “Solidarności”. W trzecim programie Polskiego Radia natrafiłem (30 sierpnia) na rozmowę z udziałem weteranów tamtych dni, nadal czynnych politycznie (Bogdan Borusewicz, Józef Niemiec, Bogdan Lis, Jan Lityński) oraz słuchaczy Trójki. Działacze weterani starali się ze wszystkich sił – co zresztą zrozumiałe – wobec ich podwójnej tożsamości pokazać, że po 20 latach są z owoców sierpniowego zwycięstwa dumni i szczęśliwi. Są to mianowicie owoce właściwe, to znaczy właśnie takie, jakich można było i należało oczekiwać: gruszki na wierzbie, oczywiście, nie wyrosły. Słuchacze byli wszyscy bez wyjątku dokładnie przeciwnego zdania: nic nie zostało z tamtej “Solidarności”, była piękną bańką mydlaną, a owoce (banany) zjadają tylko elity wszystkich kolorów, szarym ludziom dostał się piasek. Wszystkie badania i sondaże dowodzą, że tak zdecydowana przeciwstawność ocen i odczuć w studiu i przy odbiornikach nie była przypadkiem, lecz odzwierciedla regułę. Niejednokrotnie wyliczano już argumenty obu stron, nie ma sensu ich powtarzać. Sama przeciwstawność i polaryzacja ocen dowodziła bowiem, że istotnie z tamtej “Solidarności” nie zostało to, co najważniejsze: solidarność właśnie. Gdy słuchaczy boli, to działaczom w studiu zupełnie co innego wydaje się ważne: słuchaczce nie starcza na chleb… ale “przecież nie zaprzeczy pani, że Polska jest wolna?”. Najwyższy dostępny im poziom empatii okazują goście w studiu, rozkładając ręce i zapewniając, że nie można było inaczej, nie było innej drogi… Zatrzymajmy się na chwilę. Od dziesięciu lat piszę, gdzie mogę i krzyczę, gdzie mogę, że to nieprawda, iżby nie można było inaczej. Zresztą jedyny autentyczny program tamtej “Solidarności” – nazywał się “Rzeczpospolita Samorządna”… W 1989 r. został wyrzucony na śmietnik. Nie twierdzę, że było łatwo i że nie było wielkiego ryzyka, iż programu tego nie uda się zrealizować. Ale nawet nie podjęto cienia próby. Wszystkie elity solidarnościowe, wałęsowcy, KIK-owcy (Kluby Inteligencji Katolickiej), księża i KOR-owcy zgodnie ruszyły za liberałami, może z wyjątkiem garstki ludzi z “Solidarności Pracy”. Karol Modzelewski twierdzi, że prawdziwie złowieszczym skutkiem stanu wojennego było przełamanie kręgosłupa tamtej “Solidarności”, która już nigdy nie odżyła i że to właśnie dlatego w 1989 r. nie można było inaczej. Tamta “Solidarność” pogoniłaby Balcerowicza precz. Zapewne. Ale to w niczym nie rozgrzesza solidarnościowych elit: dopiero co ludzie ci buntowali się przeciw Imperium Lodowców, a oto zaraz poddali się kolejnej teorii bezalternatywnego rozwoju. Istnieją najpewniej różne, bardzo subtelne wyjaśnienia psychologiczne tej zbiorowej abdykacji solidarnościowych inteligentów. Ja jednak (mam bardzo wredny charakter) jestem przywiązany do całkiem prostackiego przyczynka do eksplikacji: panowie przewidywali, że sami znajdą się wśród “zwycięzców transformacji”. Tymczasem transformacja, jak wiadomo, trwa i liczba ludzi zbędnych w Polsce nie przestaje wzrastać. Teraz mamy kolejny powód: wyż demograficzny z lat 80. wchodzi na rynek. Pismo “Wprost”, organ wielbicieli wolnoamerykanki rynkowej, sięga jednak do głębszych powodów i rozleglejszych perspektyw. Cytując Rupperta Murdocha, zdaniem którego pracuje ledwie 50% z jego personelu, a reszta tylko pozoruje robotę, redaktorzy “Wprost” (3 IX) komentują: “Menedżerowie polskich firm musieliby tę liczbę jeszcze obniżyć. Będzie tak dopóty, dopóki praca będzie w Polsce problemem społecznym, a nie przede wszystkim towarem”. Oto najzwięźlejszy komentarz do najnowszego hasła naszej polityki gospodarczej, “liberalizacji rynku pracy”. Jeśli gdańskie obchody XX-lecia Sierpnia pomyślane były jako impreza wyborcza Mariana Krzaklewskiego, to wypada stwierdzić, że Lech Wałęsa “ukradł mu scenę”, jak mawiają w teatrze. Stary majster pokazał Krzaklewskiemu, że jest po prostu żółtodziobem. Niespodziewany fakt, że w depeszy Jana Pawła II jedynie Krzaklewski został wymieniony z nazwiska, Wałęsa (w rozmowie w TVN z Moniką Olejnik) skwitował lodowato: – Jestem człowiekiem wierzącym, więc nie będę komentował. Widać było, że go ubodło. Nie będąc człowiekiem wierzącym, pozwolę sobie na komentarz: Episkopat zdecydował się nie obstawiać żadnego kandydata do prezydentury i zapewne przeżywa coś w rodzaju syndromu… Unii Wolności. Ci biskupi jednak, którzy podzielają opinię Instytutu Akcji Katolickiej, że grzechem jest głosować na ateistę, nie omieszkali zauważyć, iż nieobecność nieobecności nierówna. Absencja Unii znaczy niewiele, absencja Kościoła może pogrążyć ponad miarę kandydata AWS. Niech by więc chociaż wyborcy AWS wiedzieli, co robić. Wałęsa dostał wielkie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2000, 36/2000

Kategorie: Opinie