Myślenie pilnie potrzebne

Myślenie pilnie potrzebne

“Tego nie dało się zrobić inaczej”- ten stary stereotyp zamyka pole widzenia nawet najbardziej światłych naszych intelektualistów

Z okazji kolejnej rocznicy 13 grudnia Lech Mażewski zaangażował w “Przeglądzie” (z 11 grudnia) w obronie gen. Jaruzelskiego wszystkie endeckie świętości. Generał mianowicie obronił nas przed kolejnym w dziejach antyrosyjskim powstaniem, co kiedyś nie udało się Wielopolskiemu, a potem udało się Dmowskiemu i jego Lidze Narodowej. Dmowski, jak wiadomo, też wysyłał swe bojówki przeciw robotnikom, co nie przeszkodziło w 90 lat potem radnym z “Solidarności” zafundować mu rondo w centrum stolicy… Ale szczególnie ważką zasługą generała jest “zniszczenie własnymi rękami lewicowej utopii paraliżującej realnie istniejące, choć ułomne, państwo polskie”. “Realizacja powszechnej zasady samorządu pracowniczego stanowiłaby regres w trwającym procesie dekomunizacji Polski i z pewnością oddalałaby nas od zachodnich wzorców. Dopiero zduszenie utopii samorządnej Rzeczpospolitej pozwala na kontynuowanie przemian, których tylko jednym z elementów był kontrakt Okrągłego Stołu, a wiodących nas do restauracji kapitalizmu i ustanowienia pluralistycznej demokracji”.
Argumentacja Mażewskiego nie jest nowością. Od czasu “Instynktu państwowego” Bolesława Piaseckiego (październik 1956 r.) o tym, że władza komunistyczna realizuje ideały narodowej demokracji, głośno było w Polsce kilkakrotnie, PAX zaś uczynił z tego rację główną swego istnienia. Bardziej oryginalne jest natomiast splecenie przez Mażewskiego obu argumentów obrony: narodowego i ustrojowego. Mażewski dopuszcza się wprawdzie pewnego pomieszania faktów: bałagan na rynku w 1981 r. nie był bynajmniej skutkiem samorządu robotniczego, lecz ostrej walki politycznej. Sama idea rad robotniczych nie miała wcale rzeczywistego poparcia ani kierownictwa związkowego, ani zwłaszcza większości jego katolickich czy liberalnych doradców, zapuściła natomiast korzenie w zakładach, gdzie wyrastała z postulatu, że dyrektora wyznacza lub przynajmniej akceptuje załoga. I trzeba przyznać rację Mażewskiemu: ideę autentycznej Samorządnej Rzeczypospolitej, w której chodziło o “socjalizm antypaństwowy, syndykalistyczny, demokratyczny, wolnościowy i religijnie zabarwiony, ale wszak o socjalizm”, zniszczył najpierw Jaruzelski. Lecz w dziesięć lat potem – “Solidarność” nr 2. W tym znaczeniu III Rzeczpospolita jest istotnie kontynuacją PRL i stanu wojennego.
Prof. Świda-Ziemba w wywiadzie udzielonym Danucie Zagrodzkiej (“Skąd SLD czerpie siłę”, “Gazeta Wyborcza” 12.12.2000 r.) jeszcze bardziej stanowczo podkreśla: “W latach 1980-1981 robotnicy żądali przede wszystkim, by fasada socjalizmu stała się rzeczywistością, a inteligenci ich nie powstrzymywali. Ideą miała być rzeczpospolita samorządna – każdy rządzi na swoim terenie, robotnicy odzyskują prawo głosu i wybierają dyrektorów. Doradcy utrzymywali robotników w przekonaniu, że to możliwe, trzeba tylko uparcie dążyć. Taka była wizja, całkiem odmienna od tego, co nastąpiło później”*). Mimo okrzyków zachęty ze strony dziennikarki, wybitnej popularyzatorki cnót kapitalizmu, pani profesor odmawia osądzania tych robotniczych “złudzeń”… Przechodząc do właściwego tematu wywiadu, obecnych przewag SLD, prof. Świda-Ziemba mówi – i pozwolę sobie podkreślić te słowa:

“Społeczeństwo nie zapadło na amnezję.

Wszystko to jest bardzo konsekwentne. Nie dostali tej rzeczywistości, o którą walczyli. Przecież od kolektywizmu “Solidarności” – a to był kolektywizm mocny, autentyczny, w przeciwieństwie do fałszywego kolektywizmu PRL – społeczeństwo przeszło gwałtownie do drapieżnej walki jednostek. Przestano głosić, że ludzie powinni robić coś wspólnie, pomagać sobie, że najważniejsza jest praca bezinteresowna. Jako jasny punkt został tylko Kuroń ze swoimi pogadankami. Bohaterem stała się albo klasa średnia, albo stu najbogatszych Polaków. Jak ludziom nie udawało się w drapieżnej walce o byt, mówiło się im, że są gorsi. Nie tylko żyli w relatywnej biedzie, ale wmawiano im – niezgodnie z prawdą – że to z ich własnej winy…”.
W tym miejscu red. Zagrodzka interweniuje wreszcie skutecznie, pani profesor znalazła się przecież blisko zamachu na świętość:
“ Wszystkiemu winien więc Balcerowicz? To przecież jego liberalna polityka zdruzgotała tamte oczekiwania”.
I Duch Krytyczny opuszcza panią profesor:
“ Nie, nie Balcerowicz. Tego nie dało się zrobić inaczej. Wydaje mi się natomiast – o tym dużo mówiło się za rządów Mazowieckiego – że zła była polityka informacyjna…”. Tylko tyle.

“Tego nie dało się zrobić inaczej”.

No właśnie. Stary, znany stereotyp bezalternatywności, określający i zamykający pole widzenia nawet najbardziej światłych naszych intelektualistów, do których prof. Świda-Ziemba bez wątpienia się zalicza.
Do polemik z tym wszechobecnym stereotypem, które resztki polskiej lewicy toczyły w minionym dziesięcioleciu, warto chyba dodać kilka słów o nowych elementach sytuacji.
W 1989 r. wzorzec Zachodu dominował bez reszty w umysłach Polaków. Przyjmowano go nie tylko jako konieczność do naśladowania, ale jako prawdziwą szczęśliwość w wymiarze społecznym. A przecież, nim cokolwiek można z jakimś skutkiem zakwestionować w polityce jako nie-konieczne, trzeba, by ludzie poczuli najpierw, że nie jest to rozwiązanie szczęśliwe. W 1989 r. Zachód kapitalistyczny jako ziemia obiecana był słabo ustrukturalizowany w umysłach. W szczególności zupełnie zapoznane było jego rozwarstwienie uwarunkowane historycznie, co bardzo ułatwiało Polakom wyobrażanie sobie, że uda im się przyspieszonym trybem dotrzeć do Złotego Miasta. Po kilku latach, kiedy już znaleźli się na obiecanej ziemi, doznali na własnej skórze,

jak smakuje kapitalizm
daleko od centrali.

Bo tymczasem Zachód nabrał dla nich struktury. Stany Zjednoczone jako jedyne supermocarstwo pełniły zarazem rolę kwintesencji kapitalistycznego wzorca. Te dwie funkcje, mieszając się, odmieniały nieco znaczenie owej bezalternatywności rozwoju. Do szczęśliwości było coraz dalej, za to pojawiło się poczucie ulegania przymusowi najsilniejszego. Apologeci sięgnęli więc pospiesznie po “globalizację”, przedstawianą jako kolejna nieuchronność, tym razem cywilizacyjna. Bardzo niechętnie ujawnia się czytelnikom proficjentów procesu globalizacyjnego i nic w ogóle nie mówi się w polskich mediach, że Stany Zjednoczone drenują cały świat z kapitałów, co im m.in. pozwala na wysoki poziom inwestycji przy niskiej stopie oszczędności i niskiej inflacji. Globalizacja jako swoboda przepływów finansowych nie jest bynajmniej neutralnym zjawiskiem cywilizacyjnym, ma swoich proficjentów i swoich mocarstwowych rzeczników i gwarantów.
Kiedy w Polsce rodził się nowy ustrój, komunałem wszędzie powtarzanym było, że demokracja i kapitalizm (“wolny rynek” w pierwszym sformułowaniu) to syjamskie rodzeństwo nie do rozdzielenia. Zabawne, nawiasem mówiąc, że znawcom rozwoju kapitalizmu na ziemiach polskich, od 1815 do 1939 r., taka mądrość nie mogłaby przyjść do głowy… Otóż teraz, kiedy kończy się stulecie, owo syjamskie sprzężenie wyraźnie się rozprzęga.

Regulatory systemu oddalają się
coraz bardziej od wyborców,

a z całego etosu demokracji pozostają (w szczęśliwszych krajach) formalnie traktowane prawa człowieka… Nawet niezawisłe sądy są coraz mniej niezawisłe, nie tylko u nas, ale również w ojczyźnie prawników; jak w karykaturze pokazały to wybory prezydenckie w USA, gdzie znajomi rzeczy komentatorzy z góry wiedzieli, jak który sąd będzie orzekał, zależnie od tego, która partia mianowała większość jego składu.
Krótko mówiąc, syjamskie rodzeństwo jest na stole operacyjnym historii. Jeśli braciszek, kapitalizm, przeżyje, to siostrzyczka, demokracja, ma kiepskie widoki.
Nie wróżę apokalipsy, nie twierdzę, że rzeczy są nieuniknione. Ale naprawa kursu, którym teraz zmierza ludzkość, wymaga przede wszystkim odrzucenia owej bezalternatywności, której Polacy ulegli w 1989 r. Intelektualiści będą znowu musieli myśleć.

*) Pisałem wówczas, że jeśli w rzeczywistości PRL fakty rozeszły się ze słowami, to nie znaczy, że trzeba odrzucić słowa. Trzeba zmienić fakty. Ale ja nie byłem doradcą. Doradcy, poza względnie nieliczną grupą (Szymon Jakubowicz, Tadeusz Kowalik), w najlepszym razie nie oponowali… publicznie. Bali się “oderwać od mas”. To tytułem sprostowania.

Wydanie: 51/2000

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy