Schorowana policja

Schorowana policja

Każdego dnia z powodu choroby nie przychodzi do pracy 5-12 tys. policjantów. Na ulicach brakuje kilku tysięcy patroli…

To był prawdziwy pogrom. Na Podkarpaciu spośród 1070 ochotników, którzy do połowy września poddali się egzaminom dla kandydatów na policjantów, ostatecznie zakwalifikowało się tylko 12 osób. Niemal tysiąc nie podołało sprawdzianowi z wiedzy ogólnej i testowi sprawności fizycznej; reszta odpadła po badaniach psychologicznych. Skala pogromu była o tyle większa, że w całej Polsce sprawdziany pisemne i sprawnościowe zaliczało dotychczas od 20 do 30% kandydatów.
W sumie o pracę w policji ubiega się 30 tys. osób. Trudności, jakie sprawiają im test dostosowany do poziomu absolwentów szkół średnich oraz konieczność robienia pompek i przewrotów, skakania przez skrzynię, rzucania piłką lekarską czy noszenia kilkunastokilogramowego manekina, z całą siłą demaskują to, że większość chętnych nie jest przygotowana do wykonywania zawodu policjanta. Bezwzględna selekcja jest więc jak najbardziej na miejscu.
Zwłaszcza że szefostwo policji ma nie lada kłopoty z funkcjonariuszami już pełniącymi służbę. Ze statystyk Komendy Głównej Policji (KGP) wynika, że prawie 70% policjantów to osoby w przedziale wieku od 19 do 40 lat. Teoretycznie zatem gros sił policyjnych stanowią funkcjonariusze w szczytowej formie fizycznej. Tymczasem z powodu zwolnień chorobowych każdego dnia nie przychodzi do pracy od 5 do
12 tys. policjantów.

Matki, „taktyczni” i… policjanci

Jak wynika z danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych (ZUS), Polacy to wyjątkowo chorowita nacja. Co gorsza, statystyki wskazują na to, że z roku na rok stajemy się coraz bardziej schorowanym społeczeństwem. O ile bowiem w 2004 r. na zwolnieniu lekarskim byliśmy łącznie 155 mln dni, o tyle w pierwszej połowie tego roku „przechorowaliśmy” ponad 84 mln dniówek. Dodajmy: stało się to jeszcze przed nadchodzącą właśnie jesienną pluchą i pierwszymi zimowymi mrozami, które tradycyjnie sprzyjają zwiększonej zachorowalności.
Dane ZUS pokazują, że bardzo często po L-4 sięgają matki wychowujące małe dzieci. Nagminnym zjawiskiem są także „taktyczne choroby”, na które zapadają pracownicy mający przed sobą perspektywę wypowiedzenia umowy. Na miano wyjątkowo chorowitych zasługują również właśnie policjanci. Przeciętnie w ciągu roku statystyczny funkcjonariusz przebywa na zwolnieniu… cały miesiąc. Niedawno krajowe media relacjonowały przypadek policjanta, który w ciągu 10 lat pracy spędził na chorobowym kilka tysięcy dni.
Branżowa, policyjna prasa, powołując się na opracowania KGP, podaje, że wśród funkcjonariuszy przeważają zwolnienia krótkoterminowe, do siedmiu i do
14 dni. Nie brakuje jednak kuracjuszy wielomiesięcznych. Na co w tym czasie chorują? Najbardziej narażeni na pogorszenie stanu zdrowia są funkcjonariusze pełniący służbę patrolową – to u nich, na skutek długotrwałego przebywania w nieprzyjaznych warunkach atmosferycznych, często diagnozuje się np. zapalenie oskrzeli (i ich następstwa). Patrole, zwłaszcza piesze, sprzyjają powstawaniu mechanicznych mikrourazów, a w konsekwencji zmian zwyrodnieniowych i choroby zwyrodnieniowej stawów. Prowadzą również do żylaków podudzia, owrzodzeń czy chorób pozakrzepowych. Osobną grupę stanowią urazy powstałe na skutek użycia przemocy fizycznej – zwichnięcia, złamania, rany cięte, postrzały.
Zupełnie innym rodzajem dolegliwości są te wywołane długotrwałą służbą w warunkach dużego napięcia nerwowego i zwiększonej odpowiedzialności oraz nienormowanym czasem pracy. Mówimy tu nie tylko o chorobie wieńcowej i nadciśnieniu tętniczym, ale przede wszystkim o przewlekłych nerwicach. Niedawno Instytut Medycyny Pracy (IMP) uznał zawód policjanta za najbardziej stresujący w Polsce (mundurowi wyprzedzili dziennikarzy, lekarzy, a nawet pilotów). Jednak badania IMP wykazały, że głównym powodem stresu funkcjonariuszy nie jest poczucie zagrożenia zdrowia i życia, lecz właśnie codzienne kłopoty w pracy. Policjantów przerasta ogrom obowiązków, nie radzą sobie z papierkową robotą i presją zabiegających o lepsze wyniki przełożonych.

Chore… okazy zdrowia

Nie jest więc najlepiej, ale czy rzeczywiście policjanci tak masowo chorują? Jak wynika z nieoficjalnych szacunków, prawie trzy czwarte funkcjonariuszy dorabia do pensji. Przy czym ów proceder nie dotyczy tylko policjantów drogówki albo prewencji, lecz także funkcjonariuszy pionów kryminalnych i antyterrorystów. Większość chałturzy po godzinach pracy, ale często dwóch etatów nie da się pogodzić. Na pierwszym trzeba więc zachorować… Podjęciu takiej decyzji sprzyja fakt, że chorobowe dla funkcjonariusza mundurowego wynosi 100% pensji (dla pracownika cywilnego – 80%), co w razie wątpliwości dostarcza żelaznego argumentu w stylu: „Tu nic nie stracę, a tam zarobię”. O jak dużej skali zjawiska mówimy? Nie znamy odrębnych statystyk dla policjantów, ale w całym 2004 r. ZUS przeprowadził 329 tys. kontroli osób przebywających na zwolnieniach lekarskich. Efekty? Ponad 38,5 tys. rzekomo niedomagających pracowników okazało się symulantami.
Oficjalnie każdy policjant chcący dorobić musi uzyskać pozwolenie przełożonego. Zgodnie z przepisami, praca po godzinach „nie może zakłócać wykonywania obowiązków służbowych i pozostawać w sprzeczności z interesem służby”. W praktyce oznacza to, że tylko nieliczni otrzymują zgodę na dodatkowe zarobkowanie, najczęściej w charakterze instruktora nauki jazdy. Policjanci tymczasem, zwłaszcza w dużych miastach, masowo stoją na bramkach bądź zapewniają ochronę wewnątrz lokali rozrywkowych. Wziąwszy pod uwagę powyższe uwarunkowania, robią to nielegalnie, narażając się na naganę w najlepszym razie, w najgorszym na zwolnienie z policji.
Powód? Prozaiczny – przeciętna pensja polskiego policjanta to 1,3-1,6 tys. zł. Niemało jak dla jednej osoby, za mało, by utrzymać rodzinę. Tymczasem godzina pracy na czarno – w nocnym klubie czy dyskotece – to zarobek rzędu 15-30 zł, przynoszący w skali miesiąca dodatkową pensję. A i ryzyko wcale nie jest takie duże, bo choć KGP zapewnia o cyklicznych kontrolach w lokalach, solidarność policyjnych dołów zwycięża. Tajemnicą poliszynela jest, że informacje o zespołach tajniaków dziwnym trafem na czas docierają do chałturzących policjantów. I złapanie ich na gorącym uczynku staje się niemożliwe.
Problem jednak nie tylko w tym, że policjanci biorą zwolnienia, by dorobić na bramce. Rzecz w tym, że na dłuższą metę nie da się chorować na pierwszym i pracować na drugim etacie. Praca na okrągło sprawia, że funkcjonariusze nie dosypiają, żywią się byle czym i tracą kontakt z najbliższymi. Przemęczeni tracą refleks, a wolne chwile – zamiast na poprawianie kondycji fizycznej i relacji z rodziną – przeznaczają na odsypianie. Efekt? Znerwicowany, powolny, otyły i sapiący przy każdym wysiłku funkcjonariusz, który zamiast na ulicę, nadaje się do leczenia…

Nadgorliwi przełożeni

Czy tacy ludzie powinni odpowiadać za bezpieczeństwo na naszych ulicach? KGP nie ma co do tego wątpliwości i co jakiś czas – ostatnio kilka tygodni temu – zapowiada ostre działania wobec symulantów i nielegalnie dorabiających. Niestety, nie obywa się przy tym bez sytuacji wręcz groteskowych. Na internetowym forum policyjnym (www.ifp.pl) aż roi się od postów poświęconych komendantom miejskim czy powiatowym, którzy „przeszli intensywne pranie mózgów, by tzw. chorowitków do pracy przywrócić”. Szeregowi mundurowi mówią o swoistym „wyścigu szczurów o to, kto najzajadlej będzie ścigał korzystających ze zwolnień”. Przykład?
– Kilka dni temu dotarła do mnie wiadomość, że moje szanowne kierownictwo wszczęło mi postępowanie dyscyplinarne – żali się pewien funkcjonariusz z Dolnego Śląska. – L-4 zdarza się najlepszym, zwłaszcza w patrolu pieszym. Zaznaczę, że było to zwolnienie od zajęć służbowych, z adnotacją „chory może chodzić” (zastrzyki, rehabilitacja w pobliskiej miejscowości i inne „przyjemności”, generalnie mogłem się „przemieszczać”). W tym okresie miałem też trzydniowy zjazd na studiach zaocznych, na którym oczywiście byłem. Uczelnia jest oddalona około godziny drogi samochodem od mojego miejsca zamieszkania. Problem w tym, że zdaniem przełożonych, będąc na zwolnieniu lekarskim, nie powinienem uczestniczyć w zajęciach szkolnych. Czy zasadne jest wszczęcie postępowania i ewentualne ukaranie mnie, skoro „chory może chodzić”?
Cóż, pytanie ma charakter retoryczny. Bo tego rodzaju nadgorliwość problemu absencji nie wyeliminuje.

 

Wydanie: 39/2005

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy