Sejny: Multi-kulti na co dzień

Sejny: Multi-kulti na co dzień

Polsko-litewskie pogranicze kipi. Albo nie – zależy kogo zapytać

Naprzeciwko wysokich drzwi do sejneńskiej synagogi wiszą klucze. Cała ściana kluczy: starych, masywnych i dość drobnych, różnokształtnych. To – jak wiele rzeczy tutaj – czytelny symbol i memento. Klucze opowiadają pewną historię.

Otóż gdy w 1939 r. toczyła się już wojna, a widmo zbliżającego się frontu i hitlerowskiego okupanta zaczęło zaglądać mieszkankom i mieszkańcom w oczy, jedna sąsiadka, Żydówka, poprosiła drugą, nie-Żydówkę, o wzięcie kluczy do jej domu. Na przechowanie, bo gdy przyszli Niemcy i zabierali miejscowych Żydów, ci byli przekonani, że wrócą – i to prędzej niż później. Przecież w 1939 r. nikt nie słyszał o obozach zagłady i krematoryjnych piecach. Sąsiadka sąsiadce pomogła i klucz na przechowanie wzięła.

Sejneńscy Żydzi nie trafili do Treblinki ani do Auschwitz, ale po wywózce zginęli niechybnie z rąk okupantów i bandytów wszelkiej narodowości, od chorób, zimna i głodu, od pistoletowej kuli albo pałki. Do swojego domu nie wrócił dosłownie nikt. Pęki kluczy stanowią dziś część wystawy w synagodze. W środku czarnym drukiem wypisane są nazwiska ok. 500 mieszkańców miasta, których wtedy wywieziono – ten pas oplata wnętrze synagogi, gdzie nie zbierają się już Żydzi, bo ich nie ma.

Historia z kluczami to mit – nie pierwszy i nie ostatni, za pomocą którego próbuje się wyjaśnić tożsamość polskiego dziś, choć zawsze wielokulturowego, miasteczka. Rzeczywistość bywa dużo bardziej skomplikowana, pokazuje rysy i pęknięcia i nie daje się łatwo okiełznać. W dzisiejszych Sejnach, na polsko-litewskim pograniczu, żyją – owszem – duchy historii. Ale codzienność wielokulturowego miasta w Polsce mówi nam równie wiele, jeśli nie więcej, o nas teraz – uwikłanych w dużo bardziej doraźne sprawy.

Biesiada i konwenans

Sejny to liczące ok. 5 tys. mieszkańców miasto na Suwalszczyźnie, skąd niemal o połowę bliżej jest do Wilna niż do Warszawy. Nad miastem góruje zabytkowy klasztor, a zabudowa ścisłego centrum przypomina raczej pocztówkowy sztetl – o ile do owej pocztówki dyskretnie dokleić pastelowe bloki z czasów gierkowskiego bumu budowlanego. Naprzeciwko centralnie położonego Pałacu Biskupiego (będącego w rzeczywistości piętrową kamienicą) mieszczą się synagoga i dawna jesziwa, szkoła talmudyczna. Z jednej strony miasta kamień – pomnik upamiętniający zamordowanych w Holokauście Żydów, a po drugiej pomnik smoleński. Są również konsulat Republiki Litwy i Dom Litewski, siedziba stowarzyszeń kulturalnych i obowiązkowy punkt kulinarnych wizyt turystów. Na afiszu sąsiadują ze sobą: litewskie święto państwowe Dzień Koronacji Króla Mendoga i „biesiada sejneńska” w pizzerii, na którą zaprasza wizerunek wydekoltowanej dziewczyny opróżniającej kufel piwa na tle łanów zboża.

Na pytanie, co to za miasto, z łatwością można podać różne i wykluczające się odpowiedzi. Polskie, bo w polskich granicach. Litewskie, bo według wielu tu właśnie jest prawdziwa kolebka nowoczesnej litewskiej tożsamości narodowej. Żydowskie, bo jeszcze w XIX w. to Żydzi byli w miasteczku zdecydowanie najliczniejszą grupą wyznaniową i etniczną, a wszystkie inne – Polacy, Litwini, katolicy, ewangelicy i starowiercy – stanowiły mniejszości.

Wszystkie te spory można by uznać za niedzisiejsze i dawno rozstrzygnięte. Ale mamy rok 2019 – nacjonalizm, wbrew nadziejom wielu, nie rozpłynął się w powietrzu, a historia nie była łaskawa zwyczajnie się skończyć. Do Sejn przyjeżdżam w momencie znaczącym: po eurowyborach i po zaprzysiężeniu nowego prezydenta Litwy, w cieniu rozkręcającej się na dobre kampanii wyborczej w Polsce i nadchodzących obchodów stulecia powstania sejneńskiego, w którym Litwini i Polacy, sąsiedzi, walczyli o to, w czyich granicach znajdą się te ziemie. I – co, jak się okazuje, nie jest bez znaczenia – tuż po wydarzeniach w Białymstoku, gdzie podczas pierwszej w mieście Parady Równości uczestników i uczestniczki powitano kopniakami i kostką brukową.

Antysemici i turyści

Ewelina, która przyjmuje gości w synagodze, sprzedaje książki i bilety na koncerty, ma po uszy antysemityzmu. Ale nie tutejszego, sejneńskiego, tylko tego, który przywożą turyści. Kolejny rok z rzędu ma okazję słuchać najróżniejszych historii, monologów i pytań (uprzejmych lub nie) tych, którzy odwiedzają synagogę. Mogłaby z łatwością zrobić z tego listę hitów i szlagierów. Jak historia z tym panem, który przyprowadził do synagogi wnuka, oprowadzał go niezwykle długo, dając mu historyczny, rzeczowy wykład. Po czym skończył i wychodząc, rzucił, „Chwała Hitlerowi za to, co zrobił z Żydami”. Albo cały korowód turystów, którzy do synagogi wpadają, zostają całe 90 sekund, po czym wychodzą i skarżą się, że musieli za wizytę zapłacić: „To dla Żydów typowe, żeby jeszcze kasować”. Albo kiedy musi tłumaczyć, że synagoga to nie kościół i, naprawdę nie jest świętokradztwem, że odbywają się tu koncerty i organizowane są wystawy.

Skłonny byłbym do sceptycyzmu, gdyby nie to, że czekając kwadrans na schodach synagogi na inne spotkanie, miałem okazję zobaczyć zupełnie podobne reakcje. Bo uprzejmy pan, który z wciśniętymi za szlufki szortów kciukami omiata synagogę wzrokiem udzielnego księcia szacującego swoje włości, postanawia nieproszony sam udzielić Ewelinie (i po trosze mnie również) wykładu o tym, że kiedyś były tu magazyny, a teraz ich nie ma. I Żydów nie ma. I niczego nie ma, choć ewidentnie stoi i patrzy, i zwiedza wystawę, mija scenę z rozstawionymi instrumentami i pudła książek. „Tu były kiedyś magazyny – nie wiem, czy pani wie?”.

Z założenia nie pytam o antysemityzm, stosunki polsko-litewsko-żydowsko-cerkiewne i politykę historyczną. Ale kiedy temat się pojawia, to już uciec się nie da. Ewelina studiuje drugi kierunek w Białymstoku i jest szczerze (jak się szybko okaże, nie ona jedna) przerażona tym, co niedawno wydarzyło się w tym mieście. Jak kilkoro innych białostoczan, których tu spotkam, ma coś w rodzaju wymówki: że już, niebawem, kolejny semestr i rok, a ona z Białegostoku wyjedzie. Bo miasto ma wiele zalet, ale też etykietę polskiego „jądra ciemności” i „stolicy ciemnogrodu”.

Polacy lubią wszakże nienawidzić tych, których akurat nie ma – Żydów lub uchodźców. Bo np. Litwini czy litewskojęzyczni obywatele Polski tu, czyli w Sejnach i na Suwalszczyźnie, są. I nie ma latających w powietrzu cegłówek i nienawistnych wlepek. Kilka lat temu – podobno trzy – ktoś powiedział w aptece, prowadzonej przez Litwinkę, do innych Litwinów, że „psiego języka” tu sobie nie życzy. Bo tu jest Polska. Ale to wszystko.

Niedawno na zmianie Eweliny ktoś stłukł szybę synagogi cegłówką. Ale z daleka było słychać pijackie, rozochocone głosy. Nie sposób dojść, co – poza alkoholem – mogło motywować sprawcę (lub sprawców). W każdym razie nikt nie zgłosił sprawy, nie rozdmuchał jej i nie zażądał policyjnej ochrony. Tolerancja w małym mieście wygląda inaczej niż w metropolii.

Racja stanu i oczyszczalnia ścieków

Burmistrz Sejn Arkadiusz Nowalski ma niezwykłą łatwość przeskakiwania z rejestru na rejestr. Co, jakby się zastanowić, jest cechą dobrego polityka. W jednej chwili imponuje wielowątkowym, erudycyjnym wykładem z historii, by po chwili swojsko przekląć lub nieco się w dygresjach zaplątać. Opowiada z niespotykaną świeżością o państwie, samorządzie, racji stanu, ale też, zwyczajnie i po ludzku, narzeka na głupotę – bezgraniczną głupotę zawistników, nieudaczników i zawalidróg, którzy niczym innym poza wymyślaniem problemów nie chcą w życiu się zajmować.

Burmistrz ma jeszcze jeden talent i jest nim ściąganie na ziemię. Pierwszą bez mała godzinę naszej rozmowy zajmują tematy oczyszczalni ścieków, której budowa zadłużyła miasto, wad reformy samorządowej z 1999 r., bilansowania budżetu i miejskich kłótni, choćby o budowę żłobka. Gdy jednak dotykamy w końcu problemów historii i kultury, dostaję kredo tak wyraziste, jak proste.

Otóż burmistrz Sejn uważa, że na jego barkach spoczywa polityka zagraniczna Rzeczypospolitej Polskiej. I jest w tym tylko trochę przesady.

Zbliża się setna rocznica powstania sejneńskiego. W 1919 r. ziemie będące dziś powiatem, którego stolicą są Sejny, były przedmiotem terytorialnych roszczeń nowo powstałego państwa polskiego i Litwy. Polacy mieli do tego terenu pretensje oparte w ustaleniach traktatowych, Litwini postrzegali go jako nierozerwalną część swojej historii. Sąsiedzi sięgnęli po broń przeciwko sąsiadom, Polska Organizacja Wojskowa walczyła z Litwinami pomimo – mówiąc eufemistycznie – braku ogólnokrajowego entuzjazmu wobec powstania, które z perspektywy Warszawy, Krakowa, Wiednia i innych stolic było tylko jedną z lokalnych awantur. Sprawa była jednak – tak wtedy, jak i dziś – fundamentalna. Czy Sejny są polskie, czy litewskie? Ostatecznie miasto i powiat znalazły się w polskich granicach, ale krew została przelana, a konflikt został zawieszony, lecz nie zakończony. Siły obu młodych państw miały jeszcze się spotkać na polu bitwy, podobnie jak ich odrębne mitologie i wzajemne żale.

Nowalski ma na obchody setnej rocznicy swój pomysł. I przekonuje, że chce być burmistrzem i reprezentantem wszystkich mieszkańców. A nie Polaków, Litwinów, katolików i niekatolików, osobno. W mieście, którego nienawidzi – mówi – byłoby łatwiej być burmistrzem. W mieście, które ma godzić, o wiele trudniej. Za największą zasługę poczytuje sobie zresztą uregulowanie długu wobec litewskiej szkoły, co było w skali budżetu RP kwestią zupełnie pomijaną, ale z perspektywy sąsiedzkich relacji niezwykle ważną. I tu także Nowalski powołuje się górnolotnie na rację stanu i ciężar międzynarodowych relacji – i znów nie przesadza aż tak bardzo. Bo przecież z punktu widzenia polskiej racji stanu lepiej nie mieć konfliktu z Republiką Litwy o należne litewskiej szkole pieniądze, niż mieć.

Pomysł burmistrza na – jakże przecież kontrowersyjne – obchody jest taki, żeby pomimo trudnej historii wzajemnych relacji uczynić z nich święto wspólne i międzynarodowe. Ma stanąć pomnik: koło opasane hasłem „Pojednanie to wybór”. Idealnie byłoby, gdyby przy jego odsłonięciu byli obecni przedstawiciele i polskich, i litewskich organizacji strzeleckich, potomkowie stron walczących w powstaniu. Co więcej – jak słyszę – wysocy urzędnicy kościelni również wyrazili wolę, aby obchody odbyły się w duchu pojednania. Burmistrz chciałby, aby w krąg wpisana została róża wiatrów Sojuszu Północnoatlantyckiego, NATO – pokazująca jasno i dobitnie, że ci, którzy walczyli przeciwko sobie sto lat temu, dziś gotowi są walczyć ramię w ramię. Ten pomysł z NATO nie budzi aż tak dużego entuzjazmu, ale jakaś logika, mówią moi rozmówcy, w tym jest.

Nowalski pisze listy: do prezydenta i ministra obrony narodowej, gdzie się da, by obchody podnieść do rangi państwowej uroczystości, a nie – jak ktoś obraźliwie pisze – „sprawy ważnej dla lokalnej historii”.

Przecież, mówi, jak się cztery osoby pobiją w Sejnach, to jest to potencjalnie dyplomatyczny skandal. A poza wszystkim to równie niedobrze, gdyby był tu drugi Białystok i zjechali się narodowcy.

Pogranicze

Międzynarodowy Ośrodek Debaty w Krasnogrudzie i „Pogranicze”, stowarzyszenie animujące życie kulturalne i kultywujące wielokulturowe tradycje Sejn, są wizytówkami regionu. Z Krzysztofem Czyżewskim, dyrektorem „Pogranicza”, spotykam się w jego domu, nieopodal ośrodka, rzut kamieniem od granicy.

Czyżewski, filigranowy i nieustannie uśmiechnięty, natychmiast i z wyraźnym wysmakowaniem wchodzi w dyskusję i razem dzielimy włos na czworo.

Wielokulturowość to proces, a nie gwarantowany fakt. Łatwo przecież zrobić ze skomplikowanej i trudnej historii banalny slogan do wydrukowania na designerskich torbach z płótna, do kupienia przez przyjezdnych hipsterów. „Pogranicze”, miejmy jasność, tego nie robi. Naturalnie pojawia się również Białystok – globalny pochód nacjonalizmu i wojny kulturowe byłyby przecież jeszcze bardziej bolesne, gdyby znowu – jak sto lat temu – trafiły między sąsiadów, braci i siostry. Na krótko dzielimy się wspólnym koszmarem – a co by było, gdyby w małych Sejnach działał silny klub piłkarski i co weekend miasteczko najeżdżali fani – goście z Podlasia, Warszawy i Wilna. Nie sposób sobie wyobrazić. Bo Sejny nie są miastem nietolerancyjnym.

Czyżewski, który mieszka tu od prawie 30 lat, nie przypomina sobie nienawistnych incydentów. Wcześniej można było spotkać na murach napisy w rodzaju „Litwini do gazu”. Ale dziś podobnych historii nie ma. Awantura z „psim językiem” – Czyżewski przywołuje dokładnie tę samą anegdotę z apteki – odbyła się lata temu.

W ośrodku w Krasnogrudzie goszczą postacie z pierwszej ligi międzynarodowych intelektualistów, jak choćby Marci Shore. W dniu mojej wizyty wykłada ojciec Tomasz Dostatni, dominikanin. Pod koniec jego wykładu jedna ze słuchaczek wstaje i mówi, jak źle się czuje jako katoliczka i matka geja – widmo zajść w Białymstoku, które coraz częściej nazywane są między ludźmi pogromem, nie daje spokoju.

Dyrektor ośrodka (nie sposób i jemu nie przyznać racji) wraca do tego, jak delikatnym tworem jest pogranicze. Przecież nawet sama nazwa jest przedmiotem politycznych rozgrywek. Ci, którzy chcą, będą mówić o ziemi sejneńskiej, inni o pograniczu. Żeby było to – wbrew wszystkiemu – wspólne miejsce, konieczna jest praca, rozmowa i namysł. Czyżewski i „Pogranicze” mają jedną, genialną w swojej prostocie zasadę, a mówi ona, że efektów nie ma od zaraz, a prawdziwa praca wymaga lat, nie wystarczy jeden festiwalowy sezon.

Oczywiście lata włożonej pracy może zniweczyć jeden incydent. I gdyby którykolwiek z tych złych scenariuszy się zrealizował – mówi Czyżewski – Sejny nie mają jak się obronić przed wojną kulturową.

Goście, goście

Sezon kulturalny, włącznie z występami wyśmienitej Orkiestry Klezmerskiej Teatru Sejneńskiego, trwa. Miasteczko żyje – bo czemu miałoby być inaczej – zwyczajnie.

Kluczowe obchody, lada dzień, przejmuje Ministerstwo Obrony Narodowej do spółki z Instytutem Pamięci Narodowej. Na stuleciu powstania, jak się wydaje, nie będzie żadnego Litwina. Ani Żyda, Rusina, Białorusina, ewangelika – to jasne. Pomysł burmistrza – wielokulturowych obchodów z międzynarodową pompą – zostaje zredukowany do trzech linijek na ulotce.

Może uda się wyjść obronną ręką, a może – koniec końców – i na pograniczu brutalna historia przypomni o sobie.

Fot. Jakub Dymek

Wydanie: 34/2019

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy