Co się stało z naszym rokiem

Co się stało z naszym rokiem

Czy jesteśmy „straconym pokoleniem”, a ostatniego roku „nie było”? Brońmy się przed takimi określeniami

Koniec roku szkolnego to czas na podsumowania. Nie tylko moje pokolenie nie pamięta tak dziwnych i szalonych 12 miesięcy, nasi rodzice też nie doświadczyli czegoś takiego jak niemal roczne zamknięcie w domach.

W mediach mówi się o „roku, którego nie było”, o „straconym pokoleniu”. Czy rzeczywiście tego typu etykietki oddają stan faktyczny?

Jak było?

Na początku panowały dwie, na pozór sprzeczne, emocje: niepokój i euforia. Strach – wiadomo – o zdrowie. Nie tyle nawet swoje, bo młodzi przechodzą koronawirusa na ogół łagodnie, ile bliskich. Szczególnie że początkowo nie bardzo wiedzieliśmy, z czym mamy do czynienia. Wydaje się jednak, że potem – jakkolwiek dziwnie to zabrzmi – ten podskórny lęk stał się częścią codzienności.

Euforia zaś panowała krótko. Memy o „koronaferiach” przestały bawić po kilku tygodniach. W pierwszym momencie mogliśmy się cieszyć, że dwa tygodnie spędzimy w domu. Na nich się nie skończyło, choć takie było wówczas nasze przeświadczenie. Że dwa tygodnie odpoczniemy sobie w domu, sytuacja epidemiczna się uspokoi i jak gdyby nigdy nic wrócimy do normalności. Mimo że było to ponad rok temu, dokładnie pamiętam dzień, gdy premier Morawiecki ogłosił pierwszy lockdown (podówczas jeszcze słowo dla nas obce). W ramach szkolnych zajęć byliśmy w kinie na filmie „Sala samobójców. Hejter” w reżyserii Jana Komasy. Gdy wychodziliśmy z seansu, wśród koleżeństwa zrobiło się gwarno. „Morawiecki zamknął szkoły!”, mówił mi podekscytowany kolega. I tak bujaliśmy się do czerwca 2020 r., mniej lub bardziej wierząc, że jeszcze przed zakończeniem semestru zobaczymy się w salach.

Gdy jednak we wrześniu zasiedliśmy w szkolnych ławkach, a krzywa zakażeń rosła, ciążyło nad nami widmo powrotu przed ekrany. Znajomi z klasy siali defetyzm, licytując się, kiedy znów pozamykają nas w domach. Nie ukrywam, że mnie to irytowało. Chciałem wierzyć, że dłużej będziemy mogli cieszyć się tą względną normalnością. Dziś sądzę, że było to myślenie życzeniowe i w gruncie rzeczy oszukiwanie samego siebie. Przyszła na nas kryska mniej więcej w połowie października. Gdy dzień przed przejściem na zdalne nauczanie żegnałem się z koleżankami i kolegami, złudzenia prysły. Zdałem sobie sprawę, że szybko się nie zobaczymy.

I tak się stało. Cokolwiek jednak by mówić, system zdalnego nauczania podczas drugiego zamknięcia był o niebo lepszy niż na początku. Po raz pierwszy (i, miejmy nadzieję, ostatni) na tak szeroką skalę wykorzystano narzędzia, które w czasach przedcovidowych miały służyć jedynie jako wspomagacze. Mam tu na myśli choćby platformy typu Google Classroom. Bez nich zdalna szkoła nie miałaby racji bytu. Co więcej, nauczyciele musieli dopiero nauczyć się pracy z nimi, ponieważ nikt wcześniej nie wymagał od nich umiejętności ich obsługi. Belfrom w ogóle należą się brawa za to, że jakoś, wspólnymi siłami, przebrnęliśmy przez ten trudny okres. A łatwo nie było ani nauczycielom, ani nam. Oni mieli przecież zdecydowanie więcej obowiązków niż normalnie, w dodatku często zacierała się granica pomiędzy pracą a odpoczynkiem. Przecież mejl od ucznia czy rodzica można odebrać równie dobrze w sobotę, nieprawdaż? Co zaś się tyczy nas, uczniów – czasem zwyczajnie mieliśmy dość. Przesiadywania całymi dniami przed komputerem, lekcji, które siłą rzeczy były mniej zajmujące i efektywne niż zazwyczaj, i braku kontaktu z osobami, z którymi do tej pory spędzaliśmy całe dnie.

Nasze samopoczucie falowało. Były momenty, gdy przybywało chęci do nauki, ale były i takie, gdy nie wychodziłoby się z łóżka, które stało się synonimem strefy komfortu.

Jak jest?

Mimo tych wad powrót do szkoły nie był dla dużej części powodem do przesadnej radości. Protest Uczniowski zbierał nawet podpisy pod petycją, której autorzy nawoływali do odmrożenia edukacji dopiero od września. „Nie widzimy sensu wracać do szkoły na ostatnie resztki roku szkolnego, nabawimy się tylko i wyłącznie stresu, a zwłaszcza ósmoklasiści i maturzyści!”, pisali uczniowie. Głosy te – choć nie były odosobnione – wysłuchane nie zostały. Pierwsze dwa tygodnie powrotu normalnej edukacji odbyły się w ramach tzw. nauki hybrydowej, która w mojej szkole oznaczała tyle, że przez pierwszy tydzień do szkoły chodziła połowa uczniów, w drugim zaś kolejna. Po tym czasie wróciliśmy wszyscy.

Pierwsze dwa dni wydawały mi się wycieczką krajoznawczą. Chodziłem i oglądałem budynek, w którym nie byłem przez bez mała siedem miesięcy. Części uczniów towarzyszył również strach przed ewentualnym sprawdzaniem notatek albo dodatkowymi klasówkami. Uspokajano nas, że wracamy nie po to, by rzucić się w wir nadrabiania materiału, ale po to, by odnowić nadwątlone relacje. I rzeczywiście, lekcje – owszem – były, materiał przerabialiśmy, natomiast nacisk kładziono na bycie razem. Nie wszędzie jednak tak było. W niektórych placówkach ruszyło dzikie odpracowywanie okresu zdalnego nauczania, co było i nierozsądne, i nieskuteczne. Ile bowiem można przerobić w nieco ponad miesiąc, gdy wszyscy są zmęczeni?

Jak będzie?

Nie ma chyba nikogo, kto nie cieszy się z wakacji. To będzie czas resetu, odpoczynku nie tylko od nauki, ale też – zaryzykuję – od pandemii. W pewnym sensie, rzecz jasna, bo wirus nie zniknie, trzeba zatem zachować ostrożność. W końcu jednak będzie można spotkać się w nieco większym gronie, gdzieś wyjechać. Znowu poczuć tak upragnioną normalność. Szczególnie że – co tu kryć – od września czeka nas ciężka praca.

Czy jednak jesteśmy „straconym pokoleniem”, a ostatniego roku „nie było”? Brońmy się przed takimi określeniami. Po pierwsze, niczemu one nie służą poza psuciem i tak już nadszarpniętej psychiki młodych ludzi, którzy teraz raczej wymagają wsparcia, a nie spisywania na straty. Po drugie, ten rok był. Graliśmy tak, jak przeciwnik pozwalał, radziliśmy sobie wszelkimi możliwymi sposobami, by jakoś przez to przejść. I to jest moim zdaniem najcenniejsza nauka, jaką wynieśliśmy z tej pandemicznej lekcji – swego rodzaju odporność na trudne sytuacje. Oby jak najrzadziej była nam ona przydatna.


Roch Zygmunt jest uczniem I LO w Grudziądzu i młodym dziennikarzem. Publikuje w „Gazecie Młodych”, lokalnym dodatku do „Gazety Wyborczej”, i portalu „Gazeta Kongresy”


Fot. Dariusz Gorajski/Forum

Wydanie: 26/2021

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy