Single – samotni z wyboru?

Single – samotni z wyboru?

5 mln młodych osób żyje w Polsce w pojedynkę. Jedni miłość nazywają pułapką, drudzy budzą się po trzydziestce z paniką

Wnoszę pudła z rzeczami do pierwszego własnego mieszkania. – A mąż to gdzie? Lewe ręce? – pan Tadzio wychyla nos ze stróżówki. Pan Tadzio ma jedno wyobrażenie na temat tego, co czyni kobietę szczęśliwą – MĄŻ. Podobnie jak ciotki, które życzą przy wigilijnym opłatku „żebyś dziecko znalazła KOGOŚ”. Jedyna samotność, jaką akceptują ciotki, to samotność wdów i zakonnic.
Kiedyś była przywilejem gejzerów intelektu, filozofów i społeczników. Teraz bycie w pojedynkę spowszedniało. Wiek XXI w. zapowiada się jako cywilizacja samotnych. Eurostat podaje, że w Europie jest ich 160 mln, najwięcej w Szwecji (co czwarty), w Irlandii i Finlandii ponad połowa, we Francji 8 mln, w Ameryce 40%. Ostatni Spis Powszechny podaje, że polskich pojedynczych w wieku 25-40 lat jest prawie 5 mln (mężczyzn o 32%, kobiet 38% więcej niż w 1988 r.). Do 2030 r. liczba wzrośnie jeszcze o 2 mln.
Mówi się o nich single. Żadni obleśni panowie, oblani litrami wody kolońskiej, ani panny, które ominął „traf”. Singiel brzmi zupełnie inaczej niż stary kawaler, tak jakoś szlachetnie. Są zaradni, niezależni, lubią sporty, znają języki. I mieszkają w mieście.

Singiel z Warszawy, stara panna z Dębicy

W co trzecim mieszkaniu w Warszawie ktoś żyje sam. Singiel to produkt dużych miast. Nikt nie powie o 35-letnim rolniku czy hydrauliku z Dębicy – singiel. – To zależy od środowiska i statusu – mówi Bartłomiej Dobroczyński, psycholog z Uniwersytetu Jagiellońskiego. – Nikt w grupie copywriterów z Warszawy nie nazwie 38-letniej atrakcyjnej kobiety starą panną. A w Dębicy, Radomiu czy Przeworsku tak. Tam 26-latka wracająca po studiach bez chłopaka już wypadła z rynku. Bycie singlem jest wygodne, pod warunkiem że jest się dobrze sytuowanym i mieszka w Poznaniu, Gdańsku czy Wrocławiu. Na prowincji to większy problem dla kobiet. Tam mężczyzna będzie oceniany jako męski za to samo, za co kobietę ocenią jako „puszczalską”. Gdy on jest sam, to jego sprawa, gdy ona, to znaczy, że jest brzydka i mało warta. W Polsce życie kobiety jest bardziej publiczne, mężczyzna ma większe prawo do prywatności.
Jedna na cztery mieszkanki dużych miast to singielka. Choć nie mają już tych drobnomieszczańskich lęków przed staropanieństwem, trzykrotnie częściej chodzą do kina i trzy razy w tygodniu uprawiają seks, według psychologów gorzej znoszą samotność. Jeśli nie mają dzieci, zaczynają panikować po trzydziestce.
Jedno z okien w bloku na Żoliborzu. Już niedzielne południe, ale Beata Igielska (33 lata, dziennikarka) nie wstaje z łóżka. Niedziela jest inna u ludzi bez rodziny, nie ma obiadów o 14 i herbatek u teściów. Jak zechce, może „pożreć” książkę, iść na obiad do znajomych albo ostatnie pieniądze wydać na teatr. Bo życie singla pozwala na improwizację. Małe mieszkanie, o którym mówi „azyl”, jest zarzucone gazetami, zdjęciami z podróży, płytami z jazzem (singiel preferuje jazz, podają sondaże).
Beata nie lubi tego przymiotnika – „samotny”. W końcu notes ma wypełniony telefonami. Dopiero była świadkiem na ślubie, a już będzie chrzestną. Prawie rodziła z przyjaciółką, nie, wózki z dziećmi nie kłują jej w oczy. – Kiedyś marzyłam, żeby mieć parkę słodkich dzieci. Wiem, że mogę nie zdążyć, ale skończyło się już parcie rodziny i szukanie kawalerów na siłę przez życzliwe ciotki – mówi. Szuka, lecz bez tego polowania na wszystko, co nosi spodnie, jak niektóre znajome w jej wieku. – Jestem otwarta na przypadek (czy opatrzność?). Że gdzieś za rogiem skrzyżują się nasze spojrzenia, choć będą szły tysiące ludzi… Ten ktoś nie musi godzinami dyskutować o Dostojewskim, wyczuję porozumienie dusz. Na razie oswoiłam samotność. Czasem tylko wydaje mi się, że ciągle towarzyszę cudzemu życiu. Wtedy całe wieczory gadam przez telefon. Ale szybko wracam do równowagi…
Według GUS, w 2004 r. powstało zaledwie 192 tys. nowych związków, ponad 3,5 tys. mniej niż w 2003 r. Liczba stale maleje. Od niedawna singlom przypatrują się socjolodzy. Krzysztof Tymicki z Instytutu Statystyki i Demografii SGH zrobił analizę osób, które do 35 lat nie znajdują drugiej połowy. Bo po tej cezurze „paruje się” jedynie 5% mężczyzn i 2% kobiet rocznie. Szansa tych ostatnich jest bliska zeru. Z badań wynika, że te, które zostają solo, stoją bardzo wysoko w hierarchii społecznej – ponad 31% singielek ma wykształcenie wyższe (mężatki z wyższym lub średnim stanowią 16%), 24% zna co najmniej jeden język (12% więcej niż wśród zamężnych), 59% to córki inteligenta, 26% jest na stanowiskach. Są dużo lepiej wykształcone nie tylko niż mężatki, ale i panowie single, z których aż 82% to robotnicy wykwalifikowani (robotnic jest ledwie 38%), 14% ma średnie lub wyższe wykształcenie. – Wiadomo – mówi Dobroczyński – że kobiety poszukują partnerów o podobnym lub wyższym statusie społecznym, im lepiej sytuowane i wykształcone, tym trudniej im trafić na kogoś właściwego.
Singielki mieszkają w mieście. Jak podają statystyki, jedynie 7% singli żyje w miastach powyżej 500 tys. (tu na 100 kawalerów przypada 89 panien). Na wsi jest odwrotnie – 55% nieżonatych i tylko 22% niezamężnych (na 100 kawalerów przypada 66 panien).
Są bez szans, żeby się spotkać.

Bohaterowie seriali też są sami

Sebastian Skalski (31 lat, fotografik i tekściarz) o miłości mówi, że „blokuje tworzenie”, a on lubi mocne bodźce. Mógł jak „normalny” człowiek otworzyć zakład na rogu ulicy, robić zdjęcia paszportowe, o 18 obejrzeć serial i mieć „typową” żonę, z pretensjami: „Miałeś być w domu, zobacz, która godzina?”. – Wolę być sam, niż wpadać w jakieś poczucie winy, że nie przyszedłem na obiad na czas. Zresztą dopóki nie zbuduję domu, nie pojawią się ani koty, ani ktoś na stałe. Na razie praca to moje życie prywatne i nie potrzeba mi do tego innej osoby. – Wielu znanych ludzi przyznaje, że straciło dużo przez miłość.
Mieszkanie w Gliwicach. Michał Gasz (25 lat, ostatni rok studiów zarządzania w turystyce) zakuwa do egzaminu. Też zrobił cezurę „dopóki”. Na stole kalendarz zapisany mnóstwem wydarzeń – poniedziałek rower, wtorek sztuka walki, skoki na bungee i terminy muzycznych castingów. W tym roku wygrał finał „Szansy na sukces”. Za dużo pasji, żeby wygospodarować czas na towarzyszenie cudzemu życiu: – W ubiegłym roku zakończyłem związek. Decyzja była prosta: daliśmy sobie sześć lat, teraz zaczynamy podążać swoimi ścieżkami. Totalne carpe diem, bez zależności i zobowiązań. Michał to przystojniak. Ostatnio miał nawet kilka jasnych propozycji, ale ślub odłożył na nieokreślone później. Zacznie myśleć po trzydziestce, jak osiągnie COŚ.
Anita Klimecka (34 lata, tancerka i choreograf) zakłada długą nogę na nogę. Mamy 30 minut, zanim odjedzie peugeotem 206 na kolejny kurs. Anita wiecznie się dokształca. To nawyk singli. W warszawskim mieszkaniu rzeczy są ułożone równiutko w kostkę, na łóżku rzucona książka Coelha „Zahir” – Zahir to z arabskiego znaleźć coś nietuzinkowego – tłumaczy. Za Anitą tysiące życiowych pomyłek: – U singli jest tak, że nie mają stałego partnera, ale mają przynajmniej dwóch niestałych.
Psycholodzy mówią, że już sześć lat życia w pojedynkę czyni człowieka nieprzystawalnym do innej osoby. Trudno potem zaakceptować kogoś, kto ma inne życie. – Irytują mnie drobiazgi – mówi Anita. – To, że on ma głupie buty, nie taką koszulę, koszmarne slipy, zajął łazienkę. Nie chcę wpuścić do swojego świata „byle kogo”. Mam skonkretyzowane wyobrażenia, szukam fascynacji, której być może nie znajdę. Na razie jestem jeszcze małą dziewczynką, lubię mieć dla siebie i pod siebie, bez poświęceń – Anita zna na pamięć dialogi z filmu o Bridget Jones. Mówi o niej: – Jest jak ja, w wiecznym poszukiwaniu.
Bridget Jones to niejedyna cytowana przez singli literacka produkcja. Single znają seriale „Seks w wielkim mieście”, „Przyjaciele” czy śliczną samotną „Ally McBeal”, a ostatnio jej polską wersję „Magdę M.”, czytają poradniki typu „Kobiety są z Wenus, mężczyźni z Marsa”. Zyta Rudzka, psycholog, twierdzi, że media oswoiły i trochę wykreowały samotność: – Co druga dziewczyna, która przychodzi do mojego gabinetu, identyfikuje się z bohaterkami tych produkcji, ma 30 lat, dobrą pracę, mieszkanie i te same serialowe problemy. Złe dni, jedzenie ciastek w łóżku, a za sobą niebezpieczne związki z jakimś popaprańcem. Identyfikują się ze sztucznym modelem, bo wtedy porażki miłosne przestają być tragedią. Łatwiej obwinić za porażkę pochodzenie partnera z Marsa, niż analizować jej przyczyny.
Samotność i drobne dziwactwa oswoiła również książka Sashy Cagen, która w Stanach stała się hitem – „Quirkyalone. Manifest Bezkompromisowych Romantyków”. Quirkyalone to sam, ale nie samotny, zadowolony z siebie, otoczony mnóstwem „odlotowych” jak on, zamiast randek woli organizować imprezy dla przyjaciół, ma ekstrawaganckie pasje i nawyki typu palenie papierosa podczas zmywania, chodzenie nago po mieszkaniu, jedzenie groszku z puszki, oglądanie wiadomości na wszystkich kanałach po kolei. W sylwestra nie panikują o północy, że nie ma z kim się pocałować. Przyjaciele też nie mają.

Zarobić na singlu

Na konferencji dla mediów „Singiel w podróży” dziewczyny w mini rozdają hawajski poncz ze słomką. Do prospektów dziewczyny dają jeszcze ekstra krem z ulotką: „Atrakcyjny singiel wypoczywając na słońcu, troszczy się, żeby nie spalić skóry i nie wyglądać jak wyciśnięta cytryna”. Dla producentów luksusu singiel powoli staje się łakomym kąskiem.
Jakub Mazur z Travelplanet.pl puszcza na ekranie odlotowe fotki zadowolonych z siebie samotnych na egzotycznych wakacjach. Gdy w 2004 r. do Travelplanet.pl zgłosiło się 50% więcej singli niż jeszcze w 2002 r. (bez jakichkolwiek działań ze strony biura), podjęto decyzję, żeby wejść mocno w ten target. – Singiel – mówi Jakub Mazur – to niesamowita siła nabywcza, na którą w Polsce nie ma pomysłu. Coraz częściej dzwonią do nas osoby z dużych miast, wykształcone, z dochodami i skarżą się na brak ofert albo że muszą dopłacić nawet 60% do ceny wycieczki, by mieszkać w pojedynczym pokoju. Jeśli to, co mogą zapłacić, pomnożyć przez kilka milionów singli, obrót wychodzi znacząco większy, niż generuje cały rynek turystyki wyjazdowej w Polsce.
Travelplanet ma w ofercie pokoje z jednym łóżkiem bez dopłat, a specjalnie przeszkolony dział oferuje: zamiast spokojnych miasteczek z ładnymi widoczkami dynamiczne kurorty, gdzie tętni życie, sport, zabawa, nocne dyskoteki, jest możliwość spotkania innych singli, słowem miejsca, gdzie czas można spędzić aktywnie, jak Arenal na Majorce i Playa del Island na Wyspach Kanaryjskich, które single wybierają najchętniej. Poza tym wolą wakacje poza sezonem, gdy nie ma tłumów i upałów, a nieobciążeni dziećmi mogą wyjeżdżać cały rok. No i o wiele więcej wydają na miejscu. – Organizujemy też specjalne wyjazdy grupowe – mówi Jakub Mazur. – Bo single często rezygnują ze standardowej oferty dla par ze strachu przed samotnością i mają dość wypadów z przyjaciółmi i ich dziećmi, gdyż to narzuca pewien tryb spędzania czasu.
Na Zachodzie single już dawno stali się towarem. W październiku w Barcelonie odbyły się nawet dla nich targi usług – w ofercie m.in. wycieczki do miejsc z dala od zakochanych par, perfumy Chanel Egoiste, wanna dla singli. W Mediolanie otwarto już szkołę przeżycia, gdzie uczą się urządzania mieszkań i przetrwania poczucia doczepności, gdy na imprezie są same pary.
Rynek w Polsce dopiero zaczyna wietrzyć interes. Polscy miastowi single zarabiają trzykrotnie więcej niż ci w duecie, wydają na randki w klubach, jedzą na mieście, odwiedzają salony urody, żeby się nie zapuścić, płacą za sporty, języki, mają zachcianki, zmieniają samochody, kupują płyty, więcej bielizny. I wydają dłużej. Jak wyliczono we Francji, życie w parze trwa 30% krócej niż solo. Nasza reklama już zareagowała: tani proszek do prania zawsze poleca rodzina z dziećmi, jak trochę luksusu, np. proszek tylko do czarnego, czy ekstrawagancki Smart na dwie osoby, gdzieś w tle jest fajna dziewczyna, którą można złapać na taki bajer. Tylko hipermarkety ciągle jeszcze, jak politycy, którzy singielkom zarzucają oschłość, a singlom homoseksualizm, są nastawione na rodziny i wszystko, co tańsze, serwują w pakietach nie do zjedzenia przez singla przed terminem przydatności.
Z Ulą i Ewą, singielkami, popijamy poncz przez słomkę. – Faceci myślą, że jak będą z kimś, to stracą, nie wyjadą na pokaz lotniczy czy kurs skoków na bungee. Kobiety – że nie ma takich kolesi, którzy pozwolą im się zrealizować, i koło się zamyka – Ula Iwińska, projektant wnętrz, jest po związkach i rozwiązkach. Z rodziną ma kontakt więcej niż chłodny. Miała dość tych pytań ciotek na uroczystych spędach: a ty dziecko kiedy? W superrodzinne Boże Narodzenie woli zaszyć się w jakimś egzotycznym kraju, gdzie nie rosną choinki. Na razie żyje na luzie totalnym, jeździ, poznaje ludzi: – Jest dobrze, tak jak jest, zobaczymy, co dalej. Do związków trzeba podchodzić zdrowo: teraz jest fajnie, ale bez ciśnienia, że na zawsze. Ula nie chce już być dla facetów „chusteczką higieniczną”.

Single w wirtualu

Dzwonię do kolegów, którzy pracują w szklanych wieżowcach. Każdy niby singiel, ale rozmawiają niechętnie. Mówią, że „aktualnie są z niewiastą” i nie chcą awantur. Nie używają „jestem z nią” tylko „spotykam się”, nie „my”, tylko „ona i ja”, nie „związek”, ale „relacja”. Są „inteligentni emocjonalnie”, namiętność nazywają toksyczną relacją, a uczucie – „obsuwą” w pracy. Z badań Pentora wynika, że aż 36% nastolatków na najbliższe lata wybiera ten sam scenariusz – najpierw inwestowanie w siebie, potem związek. Zasłonięci pancerzem samorealizacji bronią się przed bliskością.
Sobota, już po 13. Kuba, analityk finansowy, 33 lata, idzie na tenisa. Ma zorganizowany każdą minutę dnia, żadnych nadgodzin na kokieterię, wstępne gry: – Uczucie trzeba potwierdzać, w relacji nic nie muszę. Mogę. Jedyne, czego Kuba nie lubi, to tych ciepłych majowych wieczorów, gdy ludzi ogarnia pęd bliskości i dnia marketingowej miłości w lutym. Nie boi się, że przegapi moment: – Faceci się tego nie boją. Facet nie jest sam, tylko jest wolny. „Niewiastę” Kuba poznał w internecie. Zaoszczędził „nadgodziny”.
Choć CBOS podaje, że brak pieniędzy unieszczęśliwia 60% Polaków, brak miłości zaledwie 3%, miliony utknęły na łączach.
Klikam www.singiel.pl. Taka masa ludzi do „przerzucenia”, że trzeba zawęzić kryteria: mężczyzna, mazowieckie, wiek 30-40 lat. Wyskakują oferty: „Krzysiek, 34 lata, sylwetka normalna, alkohol okazjonalnie. Szukam tylko kochanki”; „Jacek, 35 lat, nie palę, realnie patrzę na świat, szukam kobiety, która nie buja w obłokach, szczupła, wzrost 160-176”, „Arek, 33 lat, rozwiedziony, nie mam dzieci. Staram się twardo stąpać po ziemi. Szukam kobiety, przy której można się popłakać. I żeby dech zaparło”; „Piotr, 33 lat, wyższe, własna firma, lubię grę w squasha, piłkę, góry, wodę. Więcej przekażę, patrząc w oczy”.
Za 20 zł abonamentu można otrzymywać adresy, nie wstając z fotela. – Pomysł nie był skomplikowany – mówi pan Janusz, operator sieci. – Zamieszczasz zdjęcia i opis, jak komuś pasuje, bierze – a ponieważ pan Janusz chce oszczędzić ludziom czasu i energii na złudzenia, właśnie ruszył z usługą socjocybernetyki. Hasło reklamowe już poszło w eter: „Znajdź partnera i przetestuj go na odległość”. Usługa polega na tym, że pytaniami ustala się parametry niesterowalne kandydata. Pan Janusz przetestował już 5 tys. osób i wie, o czym mówi. – Ok. 80% skuteczności, bo parametrów niesterowalnych nie jesteśmy w stanie zmienić. Takim jest talent, jedni uczą się szybciej obcego języka, a drudzy wolniej. Talent się ma albo nie i nie można nikogo oszukać. Ludzie mówią, że w związku trzeba się dostosować, zmienić siebie albo partnera. Ale małżeństwo nie jest instytucją do dostosowywania się, ale do miłości. A skoro niesterowalnych parametrów nie można zmienić, potrzeba dostosowywania się jest bez sensu, trzeba się po prostu dobrać. Jak się dobiorą dobrze, lubią to samo i sprawa jest prosta. Metoda oszczędza czas, ale nic nie gwarantuje. Bo ktoś może okazać się za gruby, za chudy albo może się jąkać.
A bliskość? Te pierwsze 30 sekund? W Nowym Jorku tacy jak Kuba rozłożeni na matach uczą się jej na… „warsztatach przytulania”.

Singiel – wolno podrywać!

Sobota. Dziś u „połówek” andrzejki. Wróżby, przepowiednie, numerolog. Każda z imprez ma swój motyw przewodni. Wchodzi się według listy, pierwszy drink gratis, kilka osób robi klimat, są konkursy, nagrody od sponsorów, zabawa do rana. Jeśli na imprezę chce wejść żonaty, musi być oznaczony plakietką „uwaga niesingiel, nie podrywać”. Bo w tym miejscu liczy się sygnał – jestem otwarty na kontakt. Zawsze przychodzi więcej kobiet. Niektóre lekko spanikowane i za bardzo na poważnie, inne z dystansem do siebie. W 700-tysięcznym Wrocławiu jest ich 44 tys. więcej niż mężczyzn.
Facetów na zabawy „połówek” jeszcze trzeba przyciągać, organizować imprezy z whisky, rajdy, rejsy statkiem, degustację piwa w browarze.
– Pytałam znajomych na stanowiskach, czego się boją – mówi Kasia Adamowicz, 32 lata, właścicielka agencji marketingowej, „romantyczna”. – Tłumaczą, że to nie jest proste. Są dyrektorami finansowymi, mają 300 ludzi pod sobą, a żeby tu przyjść, trzeba sobie powiedzieć, patrząc lustro: „Stary, wszystko już osiągnąłeś, a nie możesz znaleźć kobiety, takiego prostego problemu załatwić”. Nie chcą przyklejać sobie tej łatki. Zresztą, czy facet, czy kobieta, im dłużej są sami, tym trudniej wyobrazić sobie, że trzeba komuś oddać połowę szafy, półki w łazience, podzielić programy w TV. Jesteśmy starsi i więcej wymagamy, to nie jest egoizm, to świadomość, czego się chce.
Athina Theodosjadu (35 lat, PR-owiec z Wrocławia, „rozważna”) razem z Kasią wpadły na pomysł, by realnym ludziom pozwolić się spotkać realnie. Wystarczy kupić kartę członkowską i wpisać się na listę. Co dwa tygodnie dostajesz zaproszenia na imprezę, do któregoś z przyjaznych lokali. Żadnego kojarzenia par, naturalne nierandkowe sytuacje i w przeciwieństwie do tych wszystkich internetowych serwisów – realne.
Athina zna wokół wiele takich przypadków jak swój: ślub w wieku 24 lat, gdy człowiek jeszcze nie wie, czego chce, po dziesięciu latach pobudka, detoks po związku, następnie euforia i powrót do tego, co kiedyś było ważne – znajomi, połykanie książek, kino. Potem zaczyna czegoś brakować: – Próbujesz „powisieć” w internecie, ale czujesz, że to jest bez „fillingu”- mówi. – Internet jest jak półka z szamponami w sklepie. Nie wiesz, który wybrać, a nawet jak kupisz i tak wychodzisz zirytowana, że zostało tyle innych. Analizowałam: najchętniej poznałbym kogoś na party u przyjaciół, bo lubię ich i wiem, że są fajni, więc ludzie, których oni lubią, też muszą być fajni, jest szansa, że i my się polubimy. To najnaturalniejsza sytuacja, ale takich singlom brakuje. Ci, którzy przez pracę obracają się ciągle w tym samym środowisku, mają zawężone grono znajomych, jak ktoś miał się w tym gronie zakochać, już to zrobił. A ponieważ z takimi samymi stworzyliśmy fajną bandę i podobnie spędzamy czas, bo wiadomo, że dla singla wieczór zaczyna się o 22, nie o 18, jak dla rodzin z dziećmi, przyszedł pomysł na „połówki łączcie się”.
W maju we Wrocławiu dziewczyny założyły pierwszy ekskluzywny klub Połówki Pomarańczy dla wszystkich tych, którzy czują dyskomfort w prorodzinnym społeczeństwie, mają lat 25+, średnie i wyższe wykształcenie, dobre zarobki i stanowiska. Kryteria są wyznaczone jasno, żeby podobni mogli spotkać podobnych w jednym miejscu. Od razu 2 tys. singli wyszło z wirtualnych nor do realu. Jedni zajęci karierą przegapili moment, obracają się codziennie w tym samym środowisku, drudzy mają już złote karty kredytowe i zadają sobie pytanie – po co to wszystko? Przyszli rozczarowani próbowaniem i ci, którzy dopiero zaczynają odczuwać potrzebę bycia w związku.
Kasia Adamowicz, singiel z odzysku od siedmiu lat, zauważyła, że po rozwodzie przyjaciółki zaczęły się bacznie przyglądać, jak wyglądają jej relacje z ich facetami: – Towarzystwo wyklucza wolne kobiety, bo są postrzegane jako zagrożenie. Gdy znajomi wychodzą do knajpy, jestem ostatnią osobą, do której zadzwonią. Najgorszy jest sylwester. Wszyscy w parach mają problem, co z tobą zrobić. Takich ludzi jest tysiące.
Do końca roku kluby ruszą w Warszawie, Poznaniu i Katowicach. A niedługo single zaczną nosić specjalne znaczki „Szukam swojej połówki”. Jak we Francji, gdzie pozakładali na ręce obrączki w formie trzech połączonych kółek i pokazują na ulicach, że wolno podrywać.


Single w internecie:
– forum „Świat według singli” (na www.gazeta.pl) – „dla każdego, kto był, jest, będzie singlem z wyboru lub przymusu”. Możesz śmiało poradzić się, na jaki kolor pomalować ściany, pochwalić się, że „oświadczyny przyjąłeś”, zapytać „ile można wlać hydroxyzyny w małego kota”, którego kupiłeś, żeby nie być samotnym.
– forum „Samotni? Dlaczego?” (na www.gazeta.pl). Możesz umówić się na kawę albo pogawędkę i dowiedzieć się, jak ugotować dla jednej osoby.
– www.single.pl – niezależna giełda partnerska. Masz kontakt z ponad milionem singli na świecie. Możliwy prywatny czat na żywo.
– forum „Sympatia” w www.onet.pl – jeśli zapiszesz się do klubu, za 20 gr dziennie możesz dowiedzieć się, komu wpadłeś w oko i dodał cię do swojej listy kontaktów. Codziennie goniec e-mail wysyła ci wizytówki osób, które mogą ci się spodobać.
„Single łączcie się” z „Przeglądem”
„Przegląd” jest medialnym patronem pierwszego w Polsce klubu dla singli, do którego można się wpisać na stronie www.polowki.pl. Osoba, która zostaje klubowiczem, otrzymuje login i hasło, może kupić bilet na dowolną imprezę zamkniętą, a dzięki Karcie Klubu Singla korzystać z przywilejów w specjalnie oznakowanych miejscach przyjaznych, np. dostać rabat w pubach, u zaprzyjaźnionych fryzjerów, w fitness clubach, siłowniach, gabinetach kosmetycznych, u dentystów zrobić bezpłatny przegląd, leczyć zęby z 15-procentową zniżką, wejść do kina na seans zamknięty dla singli.


Singiel – cynik czy idealista?
Bartłomiej Dobroczyński, psycholog Uniwersytetu Jagiellońskiego
– Czy singlów „wyprodukowały” czasy?
– Tak. Skończył się model, że człowiek rodzi się i umiera w jednym domu, pracuje w tym samym miejscu i całe życie ma stałego partnera. Kult pracy, który stanowi o wartości człowieka, zatomizował życie. W dobie korporacjonizmu, gdy jedne firmy plajtują, powstają drugie, ludzie muszą być w „giętkości”, ciągle gotowi na zmianę adresu, pracy, środowiska. Takie firmy jak Sony czy McDonald’s funkcjonują na całym świecie, jeśli jesteś zdolny, mogą potrzebować cię w drugim jego końcu za odpowiednio wyższe zarobki. Wtedy człowiek jest zmuszony rozważyć, czy trzymać się kariery, czy partnera. Jeśli wykonał potężną robotę, inwestując w swój rozwój, studia i kursy, wie, że praca będzie wymagać od niego 80% dnia, mówi: nie mogę nikomu obiecać, że będę z nim cały czas.
– Dawniej ludzie też pracowali?
– Ale wtedy wiele potrzeb zaspokajała tylko rodzina. Chociażby seks. Najbezpieczniej było uprawiać go w małżeństwie, bo ryzyko niepożądanej ciąży skutecznie odstraszało od przypadkowych kontaktów. Dziś dzięki antykoncepcji ludzie na tyle uniezależnili się od prokreacji, że seks nie jest stresem, można mieć od tego koleżankę czy kolegę, bez tych wszystkich gier wstępnych, głębokich, skomplikowanych relacji i zobowiązań. Dawniej rodzina była bazą, wspólnotą stołu, łoża, środowiska. Dziś to wszystko można rozbić: koszule oddać do pralni, zjeść w barze, kupić półprodukt, a środowisko znaleźć w internecie. Paradoksalnie teraz, gdy kobieta zaczęła pracować, ktoś, kto dawniej zapewniał byt, jest jej już niepotrzebny, a i mężczyźnie na nic kobieta, której całymi dniami nie ma w domu. Oboje nie mają z siebie „pożytku”. Myślą: a co będę z jednym, jak mogę mieć siedmiu – ten do łóżka, tamten do kina, ten od intelektualnych rozmów, a inny naładuje mnie energetycznie i utuli. Kapitalizm tylko zaciera ręce, bo singiel jest dużo bardziej „użyteczny” niż rodzina. Socjolodzy odnotowali ostatnio wzrost liczby par, które spotykają się razem na seks, do kina, coś zjeść, ale mieszkają osobno (tzw. LAT – living apart together). Rodzina kupuje jedną lodówkę, a oni wszystko podwójnie. Jest jeszcze jeden czynnik. Jeżeli dla mężczyzny kobieta jest ważna jako ona, nie jej stan konta, nie będzie naciskał na nią jak na konsumenta: zrób sobie operację nosa, bo inaczej cię zostawię. Gdy ją kocha i nie jest dla niego sposobem na imponowanie, z punktu widzenia sprzedawcy dóbr jest bezużyteczny. Dlatego reklama, która lansuje bycie trendy, faworyzuje płytkie związki, bo w takich ludzie na siebie naciskają, ważne stają się ciuchy i rozmiar biustu, czyli wszystko to, co w popkulturze jest wyznacznikiem bycia na szczycie. Ludzie są dla siebie jak gadżety – dzięki temu z kim jestem i ja dobrze wyglądam, to podnosi mój status.
– Zatem singiel to cynik, nie idealista?
– Można być singlem idealistą: chcę kogoś jedynego i nie mam ochoty na powierzchowne historie, a jeśli nie zdarzy się ten ktoś, wolę być sam, widzę przecież, jak znajomi się rozwodzą. I liczę – mam dobrą pracę, a w takiej nie pracuje się osiem godzin, ale 12, jeśli doliczyć godzinę na dojazd, drugą na powrót, wychodzi 14. W sobotę i niedzielę muszę się oprać, wyspać, posprzątać. Nie ma już czasu na wchodzenie w głęboką relację. Nie chcę po dziesięciu latach obudzić się i powiedzieć: nie znam człowieka, z którym mieszkam w jednym domu, bo więcej wie o nim jego komputer i koledzy w robocie. Zresztą o mnie też. I jeszcze jedno – sto lat temu, gdy w kraju mieliśmy jednolitą kulturę, tę samą rasę i religię – było prosto. Dziś, gdy w klubie poznaję dziewczynę, nie wiem, ile mamy wspólnego, czy jest patriotką, buddystką, weganką, feministką. Jeżeli chcemy zbudować związek, wszystkie te niuanse trzeba dogadać. A to wymaga czasu.

 

Wydanie: 49/2005

Kategorie: Obserwacje
Tagi: Edyta Gietka

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy