Skończyć z neoliberalizmem

Skończyć z neoliberalizmem

Przyczyną kryzysu demokracji zachodniej jest realizacja doktryny neoliberalnej

Wraz z falą demonstracji przeciw ministrowi Giertychowi i całej koalicji PiS-LPR-Samoobrona polska lewica uwierzyła, że powiały w końcu pomyślne dla niej wiatry. Prawica pokazała wreszcie brunatne oblicze, a spontaniczne protesty przeciw ministrowi Giertychowi ożywiły uśpione społeczeństwo obywatelskie. Pojawiła się okazja, aby odzyskać wigor i legitymację utraconą po przegranych z kretesem wyborach. Wystarczy tylko przyłączyć się do walki z nową koalicją, najlepiej zawierając wielką koalicję oporu z „wszystkimi siłami demokratycznymi”. W owym jednolitym froncie połączyć się powinny SLD, SdPl, Zieloni, Partia Demokratyczna, a o ile to możliwe, także Platforma Obywatelska. Taka mniej więcej logika leży u podstaw działań wielu liderów lewicy. Wszystko wskazuje jednak na to, że jest to logika fałszywa, w dodatku oparta na niezrozumieniu dynamiki społeczno-politycznej, z którą mamy dziś do czynienia w Polsce.
Nie trzeba specjalnego wysiłku, aby zauważyć, że nasi obrońcy demokracji niezbyt nadają się do roli lekarstwa na chorobę autorytaryzmu. Zdecydowanie bardziej wyglądają na jeden z jej objawów. Jakiż to projekt demokratyczny wyłania się z pomysłów lansowanych w przeszłości przez partie, które miałyby stworzyć jednolity front w obronie demokracji? Do ulubionych haseł pryncypialnych liderów PO należy projekt ograniczenia reprezentatywności parlamentu (czyli wprowadzenia ordynacji większościowej i okręgów jednomandatowych), poza tym narzucenie finansowania partii politycznych przez wielki biznes (do tego prowadzi obcięcie dotacji państwowych). Minione lata pokazały, że politycy, którzy dziś bronią demokracji, traktowali jej zdobycze jako zawalidrogę, którą zawsze można poświęcić w imię kompromisu z Kościołem, dla ambicji geopolitycznych czy „obiektywnych” wymogów rynku. Prawdę mówiąc, jeśli zestawimy kwartet Kaczyńscy, Lepper, Giertych z jego poprzednikami, straci on wiele ze swego groźnego oblicza. Cóż takiego strasznego mogą wymyślić rządzący koalicjanci? Zrobią coś gorszego niż ci, których można dziś zobaczyć na demonstracjach i konferencjach prasowych opozycji? Cokolwiek się stanie, nie możemy zapominać, że to za rządów ugrupowań, których liderów odnajdujemy w Platformie i Partii Demokratycznej, wprowadzono religię do szkół, zawarto archaiczny konkordat ograniczający suwerenność państwa, wprowadzono zapisy o konieczności przestrzegania wartości chrześcijańskich w mediach elektronicznych i odebrano kobietom prawo do decydowania o macierzyństwie. To dzięki nim Polska może się dziś poszczycić niezłą dynamiką wzrostu zysków spółek giełdowych i wywindowanym sztucznie kursem złotego, a jednocześnie 60% obywateli żyjących poniżej minimum socjalnego, ponad 5 mln niedożywionych, rozwarstwieniem, które coraz bardziej przypomina standardy latynoamerykańskie, i 18-procentowym bezrobociem. Z drugiej strony także uchodzący za lewicowego prezydenta Aleksander Kwaśniewski i wielu jego przyjaciół z SLD podlizywali się hierarchii kościelnej, torpedowali próby liberalizacji ustawy antyaborcyjnej, zmienili prawo pracy, aby pracodawcy mogli jeszcze łatwiej wyrzucać pracowników lub szantażować ich wyrzuceniem i wreszcie, last but not least, to oni wysłali polskie wojska na wojnę do Afganistanu i Iraku.
Rzecz jasna może być jeszcze gorzej i dlatego nie należy w żadnym razie lekceważyć zagrożenia, jakie niesie ze sobą nowa koalicja. Nie zmienia to faktu, że największym zagrożeniem wydaje się dzisiaj wiara w jednolity front demokratów przeciw autorytarystom. Przyjęcie takiej, lansowanej przez PO i „Gazetę Wyborczą”, wizji konfliktu dzielącego polską scenę polityczną jest szczególnie niebezpieczne dla lewicy. Oznacza to, że godzi się ona na odgrywanie roli kwiatka do kożucha, bezwolnego instrumentu w rękach Rokity, Tuska i Frasyniuka. Pomysł jednolitego frontu SLD-SdPl-PD-Zieloni i PO kryje w sobie pułapkę. W obecnym układzie sił politycznych przyłączanie się lewicy do walki PO z PiS jest równoznaczne z kapitulacją. Przy obecnych wpływach SLD i SdPl, o Zielonych nie wspominając, nie mają one najmniejszych szans nie tylko na nadanie swojego tonu jednolitemu frontowi, lecz także na zmobilizowanie jakiegokolwiek poparcia wokół haseł zapożyczonych od Platformy i Demokratów.pl. Już raczej napędzą zwolenników antypisowskiej prawicy.
Jest jeszcze głębszy wymiar całej tej sprawy. Otóż wiele wskazuje na to, że prawdziwą podstawą jedności sił mających stworzyć jednolity front antykoalicyjny nie jest wcale antyautorytaryzm ani umiłowanie wartości demokratycznych, lecz neoliberalizm. To zaś bardzo źle wróży nie tylko samemu frontowi, ale przede wszystkim grupom społecznym, których miałby on bronić przed zakusami władzy.
Trzeba przypomnieć, że to właśnie realizacja doktryny neoliberalnej jest odpowiedzialna za kryzys, w jakim znajduje się obecnie demokracja przedstawicielska w świecie zachodnim. Od mniej więcej ćwierćwiecza obserwujemy homogenizację parlamentarnej sceny politycznej. Od czasów pionierów neoliberalizmu – Ronalda Reagana i Margaret Thatcher największe partie zaczęły się do siebie upodabniać. Coraz trudniej odróżnić tradycyjną socjaldemokratyczną czy postkomunistyczną lewicę od konserwatywnej czy liberalnej prawicy. W Europie proces ten nie jest wprawdzie tak zaawansowany jak za oceanem, lecz także przybiera spektakularne formy. Ameryka ma swoje kampanie wyborcze, w których jedyną różnicą między kandydatami jest krój noszonych przez nich garniturów, Europa dopracowała się pseudolewicowej ideologii Trzeciej Drogi, przypieczętowującej proces odrzucania resztek lewicowości przez partie socjaldemokratyczne. W każdym z tych przypadków podstawą zlewania się lewicy i prawicy w bezpłciowe centrum jest konsens w kwestii neoliberalizmu. To właśnie on jest dziś głównym zagrożeniem dla zachodniej demokracji.
Konsens ów sprowadza się do przekonania, że nie ma alternatywy dla fundamentalizmu rynkowego i że płace oraz inne zdobycze socjalne są tylko zmienną dostosowawczą na ołtarzu zysku. Dlatego właśnie prymat neoliberalizmu wyklucza autentyczną debatę, redukując wybór, jaki mają obywatele, do sposobów ubierania się i „stylu” poszczególnych polityków. On także sprawia, że scena polityczna odrywa się od rzeczywistych aspiracji i interesów (z wyjątkiem interesów dominującego kapitału). Zmieniać się może wszystko, ale tak, aby wszystko pozostało po staremu.
Neoliberalna polityka realizowana przez wszystkie polskie rządy po roku 1989 niszczy zdobycze socjalne, czyli społeczną treść demokracji, bez której jest ona wyłącznie fasadą. W ten sposób nie tylko odbiera rosnącej liczbie obywateli materialne środki do realizacji przyznanych im przez konstytucję praw, ale też przyczynia się do społecznej anomii, utraty poczucia sensu i skuteczności uczestnictwa w procesie demokratycznym, a w konsekwencji przekształca Polskę w społeczną pustynię.
Walka z nielubianym ministrem wpisuje się w ten proces, mimo że pozornie wygląda na ożywienie obywatelskiej aktywności. Stawianie kwestii demokracji przy jednoczesnym przemilczaniu antydemokratycznego charakteru polityki neoliberalnej jest sposobem na ocalenie demokratycznego pozoru tam, gdzie demokracja jest wykluczana. To próba zorganizowania polityki wokół spektaklu antagonizmu, który nie narusza panującego stanu rzeczy i skutecznie kanalizuje potencjał społecznego niezadowolenia.
Alternatywa, przed którą stoimy dziś w Polsce, nie brzmi: autorytaryzm kontra demokracja, ale neoliberalizm, czyli zagrożenie dla demokracji, kontra opór przeciw niemu, a zatem obrona demokracji. W tej sytuacji lewica ma ogromną rolę do odegrania. Jej zadaniem jest bowiem nadać polityczną formę owemu konfliktowi. Musi ona odkryć walkę, która toczy się dziś poza sceną polityczną, wybuchając co jakiś czas przy okazji strajków, bojowych demonstracji, blokad dróg, okupacji zakładów. Lewica musi zająć pozycję w sporze notorycznie wykluczanym z horyzontu politycznego w społeczeństwach burżuazyjnych, ponieważ samo jego istnienie podważa prawomocność panujących na nim układów i jego rzekomo demokratycznego charakteru. Największym zagrożeniem, z jakim mamy dziś w Polsce do czynienia, nie jest autorytaryzm Giertycha, ale ignorancja lewicy, która wciąż nie potrafi pojąć, że z wiary w nieistnienie antagonizmu między pracą a kapitałem nie wynika wcale, że takiego konfliktu nie ma. Cena tej ignorancji może być większa niż ta, którą zapłacą polscy uczniowie za wyczyny ministra z LPR. Konflikt między neoliberalizmem a jego ofiarami może zostać zagospodarowany przez skrajną prawicę, a wtedy w Polsce może zabraknąć miejsca na jakąkolwiek lewicę. Wystarczy wsłuchać się w dyskurs socjalny PiS, aby dostrzec, że taki proces już trwa.
Rzecz jasna nie chodzi o przeciwstawianie sobie walki o prawa mniejszości i walki z wyzyskiem, tak jak to zwykła czynić „wrażliwa społecznie” prawica. Chodzi o coś wręcz przeciwnego. O zrozumienie, że rozdzielenie kwestii emancypacyjnych i socjalnych czyni je podatnymi na wrogie przejęcie ze strony prawicy (liberałowie eksploatują dyskurs mniejszościowy, konserwatyści socjalny). Lewica musi pojąć, że jej zadaniem jest zakwestionowanie owego podziału, zdemaskowanie go jako jednego z ideologicznych fundamentów panującego porządku. Jeśli naprawdę drogie są jej ideały demokracji, musi dążyć do nadania politycznej formy zasadniczemu antagonizmowi zakorzenionemu w mechanizmie reprodukcji społecznego bytu.
Sytuacja ta każe nam sparafrazować słynne powiedzenie Maksa Horkheimera, że nie można mówić o faszyzmie, pomijając milczeniem kapitalizm. Dziś nie można mówić o zagrożeniu autorytarnym, wypierając ze świadomości fakt, że jego podłożem nie są żadne mroczne siły spoza cywilizowanego świata, ale mechanizmy rządzące kapitalizmem. Oznacza to, że trzeba się odważyć na odrzucenie wiary w mądrość niewidzialnej ręki rynku i rzekomo organiczny związek kapitalizmu i demokracji.

Autor jest redaktorem naczelnym polskiej edycji miesięcznika „Le Monde diplomatique” oraz redaktorem półrocznika „Lewą Nogą”

 

Wydanie: 24/2006

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy