Skrywana tajemnica żydowskiego miasteczka

Skrywana tajemnica żydowskiego miasteczka

Overview

Do dzisiaj w Klimontowie odnajdowane są ludzkie szczątki w różnych miejscach

Piekielny raj
Jadę do Klimontowa. Upał, duszno, pogoda niemal tropikalna. Ale za to – co za rajski widok! Kraina wśród sadów. Z góry, od Pęchowa, widać wieże klasztoru, poniżej – kolegiaty. Takie małe town, a takie duże budowle, dziwią się potomkowie dawnych mieszkańców, gdy przyjeżdżają tutaj z zagranicy. (…)
Ciche spokojne miasteczko. Tak się wydaje, gdy do niego wkraczam. Jednak za chwilę okaże się miejscem mrocznym i pełnym niedomówień. Miejscem, w którym krew wypływa z domów, placów, spływa uliczkami. Docieram do źródła, by się przekonać, ile jest prawdy w zasłyszanych opowieściach o przerażających mordach, wykopywanych ludzkich kościach.
Okrutne sceny wydostają się tutaj z każdego kąta. (…)
Słyszę przestrogi.
– Jeszcze niedawno, gdy ktoś pytał o dawnych mieszkańców, mógł nieźle oberwać.
– Co chcesz pisać? Po co o tym wspominać? Myślisz, że z kilku rozmów powstanie książka? – odradzają mi niektórzy. (…)

Cena
W Klimontowie ciągle mówią o dawnych sąsiadach, ale jakby wstyd­liwie, na ucho, w zaufaniu. Może trochę bardziej otwierają się podczas jarmarku.
Widocznie sprzyja nastrój.
– Dlaczego przeszłość nadal jest skrywana? – zagaduję Mirosława Szeląga, który prowadzi w swoim domu niewielką izbę pamięci o dawnych mieszkańcach. – Czy naprawdę tak trudno mówić otwarcie? Wydusić wszystko, co siedzi w środku? Oczyścić się?
– Boję się za dużo mówić – odpowiada. – Tutaj mieszkam. Czy warto do tego wracać?
W końcu jednak decyduje się opowiedzieć o przerwanej ciągłości miasteczka.

Przed wojną większość spośród 2 tys. mieszkańców stanowili Żydzi. Nic dziwnego, że po ich wysiedleniu Klimontów opustoszał. Jednak nie na długo. Opuszczone domy szybko zostały zasiedlone. Najpierw Niemcy pozwalali zamieszkać w nich tym, którzy mogli się przydać. Po wojnie, kto znajdował się bliżej władzy, miał odpowiednią legitymację, popierał nowe porządki, ten dostawał mieszkanie.

Niektórym udawało się nie tylko zamieszkać, ale także nabyć prawo własności. Część Żydów wprawdzie wróciła po wojnie, ale nie zamierzała się osiedlać. Wiedzieli, że tutaj jest niebezpiecznie. Dawni właściciele przekazywali więc swoje nieruchomości jako darowiznę albo sprzedawali za śmieszne grosze, przysłowiowe wiaderko ziemniaków, worek zboża, mąki. Chcieli zachować ze swojego dawnego majątku cokolwiek i wyjechać. Państwo ludowe i tak zabrałoby im wszystko.

W taki właśnie sposób niektórzy mieszkańcy Klimontowa stali się właścicielami majątków sąsiadów. (…)

Mirosław Szeląg zapłacił ogromną cenę za swoje zainteresowania, opowiadania, gromadzenie starych gazet, książek, przedmiotów po dawnych sąsiadach.

Gdy został radnym, ktoś puścił plotkę, że remontuje dom za żydowskie pieniądze. Na nic zdały się tłumaczenia, że miał parę złotych z diety, trochę z wynajmu lokalu. Że musiał coś zrobić ze starą chałupą, żeby się nie zawaliła.

Ponownie startował na radnego, ale kojarzenie go z t a m t ą przeszłością nie wróżyło nic dobrego. Mirosław powiedział zbyt dużo. Przegrał wybory.

Jest już stygmatyzowany.

Sandomierska
Gdy w sierpniu 1944 r. na tych terenach pojawiła się Armia Czerwona, z różnych kryjówek, zakamarków, chłopskich drewutni, ziemianek zaczęli wychodzić Żydzi. Pojedynczo. Jakieś niedobitki. Ci, którym udało się przeżyć.

Przybywali z pobliskich wsi, przekonani, że zaczną normalne życie.

Taką nadzieję miała Sabina Wajsbrot, którą w czasie wojny opiekowała się rodzina Bieniasów z pobliskiego Stawiska. Ich syn Stefan zakochał się w dziewczynie. Młodzi postanowili się pobrać.

Jeszcze trwały boje o Berlin. W Klimontowie panowało bezkrólewie. Rządził, kto silniejszy.

W połowie kwietnia 1945 r. Sabina Wajsbrot przygotowała się u sióstr zakonnych do chrztu i spowiedzi. Zaraz potem odbył się ślub. Przybyli wszyscy Żydzi akurat obecni w miasteczku. Weselni goście rozeszli się do dwóch domów – jedni znaleźli się na obrzeżach miasta, w domu Fajntucha przy Sandomierskiej, drudzy przy Opatowskiej. Następnego dnia wszyscy planowali wyruszyć do Łodzi.
Ci z Sandomierskiej nie dotarli tam nigdy.

W nocy z 16 na 17 kwietnia rozległy się strzały. Trwało to kilka, może kilkanaście minut. Ludzie bali się wychodzić z domów, a przez okna niewiele dawało się zobaczyć.

16-letnia wówczas Ania Kaniewska mieszkała na Sandomierskiej, kilka posesji dalej. Było ich czworo w rodzinie. Ojciec dbał o obejście, nieraz wstawał w nocy. Patrzył, czy coś się nie dzieje. Tamtego ranka wszedł do domu.
– Wiecie co? – powiedział. – Wszyscy Żydzi, co mieszkali obok nas, nie żyją. Straszne rzeczy.
Oczom sąsiadów ukazał się makabryczny widok – przed domem na Sandomierskiej leżały ciała pomordowanych. Wśród nich kobieta w ciąży. Jej duży brzuch przykuwał uwagę. Dziecko musiało być już spore, być może lada chwila pojawiłoby się z krzykiem na świecie. Nie było mu dane.

Kilkanaście metrów dalej, przy końcu ulicy, obok kapliczki, leżał młody mężczyzna. Próbował uciekać. To był Abram, kawał chłopa. Zuch, czerstwy, dorodny.

Zginęli wszyscy. Pięcioro. Próbowali uciekać, przez komin przedostawali się na dach. Bronili się. Nie dali rady.

Coraz więcej mieszkańców przybywało na Sandomierską. Jedni powtarzali drugim o strzelaninie, już zbierał się tłum. Ciała leżały. I ta kobieta w ciąży. Przerażające.

Ludzie płakali, szeptali między sobą. Od początku domyślali się, kto za tym stoi. Przebąkiwali o partyzantach. Oficjalnie nie wskazywali na nikogo. Paraliżował ich strach. (…)

A przecież od kilku miesięcy dawała się ludziom we znaki ta sama grupa mężczyzn. O wszystkim próbowała decydować. Rabowała. Szybko chciała się wzbogacić. Zdążyła już sporo zagarnąć, a miała ochotę na więcej.

Urząd Bezpieczeństwa prowadzi poważne śledztwo, przesłuchuje wiele osób, gromadzi liczne materiały. Niespodziewanie przyjeżdża NKWD, zabiera papiery, notatki, brudnopisy. Funkcjonariusze radzieckiej bezpieki twierdzą, że dalsze postępowanie to wyłącznie ich sprawa. Od tego momentu ślad po dokumentacji ginie. Tak twierdzi Feliks Grzesik, który rozmawiał z byłym oficerem UB, gdy obydwaj pracowali w ostrowieckiej hucie.

Jadwiga Cichoń znała kobietę w ciąży, która zginęła przy Sandomierskiej. Pochodziła z Łodzi i tu ją przesiedlono.
– Przyszła po wyzwoleniu do nas i cieszyła się, że udało jej się przechować – opowiada pani Jadwiga.
– A potem poszła na Sandomierską i zginęła.
Anna Augustyn widziała rano zwłoki kobiety w ciąży, już po strzelaninie.
– Obraz okropny! – Pamięta, jakby to było dzisiaj.
Dobrze też znała Abrama, bo przychodził do jej sąsiada, żeby pogadać.
– Uratował się, chciał w Klimontowie założyć biznes – mówi. – Był pewny, że nic mu już nie grozi i że będzie rządził. Miał dolary, złoto. Chciał zabierać co lepsze chałupy. To się nie podobało ludziom. I zginął.
– Kto strzelał? – pytam Henryka Kryja.
– A ja wiem, kto strzelał? Ten, co strzelał, to nie siedział. A siedzieli ci, co wcale nawet nie wiedzieli o strzelaniu. Wszystko na nich zgonili. Ale i ci, co strzelali, też już nie żyją.
– Kto to zrobił? – zastanawia się Władysław Mądry. – Trzeba ostrożnie podchodzić do wszystkich rewelacji. Ludzie różnie mówią. Ktoś miał złość do kogoś. Czy to teraz ma jakieś znaczenie? Przeszło, minęło. Były przypadki przechowywania Żydów. I piękne, i brzydkie karty. Są ludzie, którzy mają brudne ręce. To jest wina wojny, która zniszczyła ludzi, złamała charaktery. Po co znowu wszczynać zamęt? Ludzie i tak się nawzajem nienawidzą. (…)

Za późno na pytania
W zachowanych nielicznych materiałach śledztwa ze zbrodni na Sandomierskiej powtarzają się nazwiska kilku rodzin: P., S., W.
– Ich grzeszki nie są tajemnicą w Klimontowie – mówią Irena Skibińska i T. – Teraz jest już o wiele lat za późno, by wracać do tamtych zdarzeń. Już nie żyją ludzie, którzy to wszystko dokładnie pamiętali: matka Jadzi Szelągowej, Goździewski, Strychaccy, Grygle. Oni wszystko wiedzieli, a pokolenie powojenne zna opowieści jedynie od innych.
– Te wątki nie były popularne, ukrywano je, unikano ich w rozmowach. Ludzie nie chcieli się wypowiadać.
P. uważano za bandytów. Moja babcia Wołowska, matka mamy, powiedziała, że to są przestępcy, a nie partyzanci. Rabowali. Babci – z czworgiem małych dzieci – zabierali wszystko: ser, kluski, jajka, drób. (…)
– A partyzant S.? – drążę temat.
To tajemnica poliszynela. (…)
– S. był naczelnikiem gminy. Gdy jakieś sprawy docierały o wiadomych rodzinach, to wszystkie ukręcano. A docierały różne. Jego starszy brat, pseudonim „Sikora”, podjął współpracę z UB. Historie z przeszłości nie były darowane. Wisiały nad nim jak bat. Inwigilujesz środowisko, nic ci nie zrobimy, przestaniesz, przypomnimy twoje sprawki. Te metody i teraz są wykorzystywane! Najmłodszy brat był lekarzem MSW w Wyszkowie.
– Są sprzeczności w książce o rodzinie S., wydanej przez syna jednego z braci. Bo jak można pracować u Żyda i walczyć w AK? Jak można wyjść z lasu i kupić największą kamienicę w Klimontowie bez opresji? A gdzie plecak z dolarami, ciało łączniczki, która tu przybyła w okresie okupacji i ślad po niej zaginął?
– Jeszcze się ruszała, jak ją zasypywali! Ale nikt nie chciał mówić głoś­no, tylko na ucho, w wielkim zaufaniu! (…)

Pomnik
P. wymieniany jest jako odpowiedzialny za mord na Żydach w Klimontowie. Ludzie zeznają wręcz, że brał w nim udział. Przed śmiercią zmienił poglądy polityczne, stał się bardzo religijny. Opinie o nim są dość kategoryczne.
Ze zdwojoną siłą odżyły dawne emocje, gdy P. doprowadził do powstania pomnika.

Ludzie zaczęli wysyłać listy do różnych instytucji: do miejscowej parafii, IPN i Żydowskiego Instytutu Historycznego. Pisali z oburzeniem: „W zaułkach ulic, w grobowej ciszy i pod strachem do dziś słyszę o wyczynach tego »partyzanta«. Przechodnie z obrzydzeniem i pogardą spoglądają na tablicę z jego nazwiskiem i stopniem porucznika. Na jego widok, wchodzącego ze sztandarem do kościoła, ludzie tracą zmysły. Fakty wołają o pomstę do nieba. Boże, gdzie jesteś?”.

Pomnik jest poświęcony podpułkownikowi Antoniemu Wiktorowskiemu „Krukowi”. Został odsłonięty w czerwcu 2006 r. To typowy obelisk. Są na nim dwie tablice, jedna poświęcona legendarnemu dowódcy AK. A druga? Druga – fundatorom.

Do samego pomnika nikt nic nie ma. Tylko do niektórych nazwisk umieszczonych na tablicy. Zwłaszcza do nazwiska partyzanta P.
– „Kruk” tu nie walczył, on wywodzi się z gminy Bogoria. Ale jego można jeszcze przeboleć. Nie tych jednak, co są pod „Krukiem”.
– A kto jest pod „Krukiem”?
– Główny inicjator, wielki działacz społeczny, dobrodziej P. ze swoją rodziną – wyjaśnia z ironią T. – Dobrodzieje społeczeństwa Klimontowa. Śmiechu warte! Prywatny pomnik! Oprócz P. są też na tablicy nazwiska: jego bratanka, zięcia, siostrzeńca. Wszyscy z tytułami magistrów, doktorów, profesorów, inżynierów.
– A dlaczego ich nazwiska? Pewnie sypnęli groszem, by pomnik mógł powstać.
– Ja się nie godzę z tą dolną tablicą. To zupełnie niepotrzebne i śmieszne. Wygląda, że to nie pomnik „Kruka”, tylko P. (…)
Pomnik stanął przed kolegiatą. To miejsce trochę zastępcze, trochę niefortunne. Obok nasycenie tablic, są jeszcze dwa pomniki: powstańców styczniowych, zbudowany w okresie międzywojennym, i tych, którzy polegli podczas II wojny światowej, odsłonięty w lipcu 1964 r. roku, w 20. rocznicę utworzenia Polski Ludowej.
– Pomnik z sześćdziesiątego czwartego roku to egzemplifikacja chłopstwa, które tu przyszło po wojnie i dobrze się z władzą ludową wzięło pod rękę – wyjaśnia T. – Panowie z NSZ i AK nigdy nie darzyli sympatią tych z BCh. Jest materialnym wyrazem tych niesnasek, gardzenia jednej grupy inną. Dlatego powstał drugi, poświęcony „Krukowi”. (…)
Teraz jest jeszcze większe zamieszanie. Jedni kombatanci składają przed pomnikiem „Kruka”, drudzy przed pomnikiem z czasów Polski Ludowej. I omijają pomniki oponentów.

Za stodołą w Zagaju
Chaskiel Grosfeld przechowywał się u Kwietnia w Zagaju. Na górze. Często przebiegał obok domu Feliksa Grzesika, zaglądał do sąsiadki Lasotowej, gdzie załatwiał jakieś sprawy.

Wracał przez podwórko Feliksa, przez pole Kilarskiego, ogród. Biegł w stronę cmentarza, potem skręcał w prawo, przez Ogrodową, przez rzekę. Miał tam przerzucony kamień, po którym przeskakiwał na drugą stronę.

Gdy wieczorami wracał, matka Feliksa pytała:
– Chaskiel, zjesz trochę zupy?
– Zjem. Bardzo chętnie.
I matka Feliksa go częstowała.
– Są rzeczy, które się przeżywa i które wyryte są piętnem – mówi po latach Feliks Grzesik.
Niespodziewanie do gospodarza w Zagaju przyszło kilku zamaskowanych partyzantów z Klimontowa.
– Gdzie jest ten Żyd Chaskiel, którego tu ukrywałeś?
– pytają go.
– Nie wiem. (…)
Zaczęli bić gospodarza kańczugami i kijami. Znęcali się nad nim, kopali. Pewnie by go zabili, gdyby nie żona. Zaczęła błagać o łaskę dla męża. Pokazała dziecko w kolebce, synka, który dopiero co się urodził.
– Jest u sąsiada, na górce. – Wydała Żyda.
Po nocnej wizycie gospodarz był cały siny. Żona leczyła go przez dwa tygodnie.
Partyzanci znaleźli Chaskiela i zastrzelili go za stodołą.

Syn sąsiada zwierzył się potem, że znalazł 20 dolarów. A gdzie? W sieni powiesił na drewienku czapkę, która Żydowi spadła, gdy prowadzili go za stodołę. Nosił tę czapkę dwa lata. Trochę mu się popruła, próbował ją zszywać i znalazł pod podszewką zwitek banknotów.

Po wojnie mieszkańcy poznali kilku partyzantów. Ale ci zagrozili, że jak ktoś powie o Żydzie, to mu przez przypadek może stać się coś złego.
Podczas przesłuchania wszyscy milczeli. Bali się o gospodarstwa, że mogą pójść z dymem. Zmowa milczenia.
Wszystko działo się na oczach wsi.

Abram
Starszym mieszkańcom w pamięci najwyraźniej utkwiła postać Abrama. (…) U chłopa w Konarach się przechował. U którego dokładnie? Nikt nie chce się przyznać. Błąkał się po wsi po wejściu Armii Czerwonej. Bogaty, podobno w butach z cholewami trzymał zwitki dolarów.
Razem z nim powróciło do Klimontowa kilku Żydów. Dwóch z nich ukrywał gospodarz z Zakrzowa, ale też nie chciał się tym chwalić. (…)
Abram wyróżniał się wśród ocalałych. Urodzony zuch. Postawny, zbudowany, syn rzeźnika. Rodzice bili bydło rzeźne, jałowice, bolce. Prowadzili tanią jatkę. – Znałem go dobrze jeszcze sprzed wojny – mówi Józef Błąkiewicz. – Mojego wzrostu, dwa, trzy lata starszy ode mnie. Surowy, taki spod siekiery. Toporem zabijał byczki, a nie każdy to potrafił.

W trakcie wysiedlania przyszedł do Grzesików. Wszyscy mieszkali w Rogaczu niedaleko Przybysławic.
– Dzień dobry, pani Grzesikowa!
Grzesikowa piekła chleb i w całej izbie czuć było zapach.
– Chleba może dać? – pytał.
Widział, że na kuchni gotuje się kawa.
– Kawy może dać?
Gdy dostał chleb, kawę, wyjął kawał boczku wieprzowego. Kroi i je, popija kawą. Zza pasa wystaje mu ruski nagan.
Syn Grzesikowej, Feliks, miał wtedy 14 lat i doskonale pamięta całą rozmowę.
– A Józek gdzie jest? – pyta Abram.
– Niemcy go złapali – odpowiada Grzesikowa, chociaż tak naprawdę jej syn pojechał na akcję „Burza”.
– Na strychu siedziałem i widziałem, że poszedł z partyzantami. Jak bym palcem kiwnął, już by na Syberię go wzięli.
Przed wojną rodzina Abrama kupiła sad i ogród od Kilarskiej. Józek wywoził im owoce do sprzedania.
– Był taki Abram, kawał skurczybyka, wszystko wiedział – opowiada Henryk Kryj. – Zagaduje do mnie, że będzie miał klucze od naszego kościoła. I on będzie rządził, a nie ksiądz. (…)

Zginął razem z innymi na Sandomierskiej. Udało mu się uciec z posesji, ale śmierć dosięgła go kilkaset metrów dalej.
Eugeniusz Niebelski, historyk z KUL, napisał o Abramie, że donosił na Polaków. Ludzie przed nim ostrzegali. Dzisiaj dodałby, że tak mówili mieszkańcy.
– Tak słyszałem od ludzi i tak napisałem. Nie badałem sprawy, śledztwa nie prowadziłem. Rozumiem postępowanie podziemia. Taka była rzeczywistość, chociaż nie akceptuję zbrodni.
Zdaje sobie sprawę, że z relacji wychodzą czasem różne historie. Trzeba się zastanowić, czy je przytaczać. Trzeba szukać prawdy, która jest najważniejsza. Nie można zamazywać niedobrych stron przeszłości. Jeżeli doszło do zbrodni, to trzeba ją nazwać tak, jak na to zasługuje. Tego się nie da inaczej wytłumaczyć.
– Jeśli trzeba, niech pan pisze bolesną prawdę – mówi. – Nie można zaciemniać rzeczywistości, pisać półprawdy. Trzeba zaprezentować różne relacje, a nie oceniać.

Gdy przychodzi wieczór
Ważne są w życiu chwile, nastroje. Zdarza się, że ludzie tutaj mówią czasem o tym, o czym myślą naprawdę.

Tomasz Staszewski, artysta plastyk z pobliskich Sulisławic, opowiada, jak jego mama była świadkiem zdarzenia w 1944 r.: Niemcy ładują ze sklepów towar na ciężarówki, uciekają przed zbliżającą się Armią Czerwoną. Od Opatowskiej, z góry, idzie jakiś gospodarz. Niesie na ręku dziecko.

Gospodarz jest już na rogu Sandomierskiej. Podchodzi do jednego z Niemców. Coś szepce mu do ucha i podaje mu dziecko. Niemiec chwyta maleństwo za nóżkę i rozbija jego głowę o kant najbliższej kamienicy, stojącej na rogu Sandomierskiej i Opatowskiej.
Mózg się rozlewa.

Mama pana Tomasza to widzi. Czegoś się domyśla.
– Gospodarz na pewno dziecko przechowywał gdzieś w Pęchowie lub dalej – opowiada po latach. – Potem wydał Niemcom. Różne powody decydowały o jego postępku. Może nie chciał go dalej trzymać, bo swoich miał kilkoro? Wcześniej chował, bo może mu Żydzi za to płacili. Gdy przestali, dziecko stało się niepotrzebne.

Być może był zastraszony. Może bał się o rodzinę, ratował swoje i jej życie. Tak, może zrobił to ze strachu. Lepiej tak myśleć i tłumaczyć sobie jego zachowanie. Ale i to go nie usprawiedliwia. Postąpił jak kanalia.

Prymitywni ludzie, okrutni, wyobrażali sobie, że Żydzi mają dużo złota. Tymczasem większość to była biedota. Tylko nieliczni posiadali drogocenne sztabki.

Spod kapliczki gospodarz wykopał ciało Żyda i przywiózł sąsiadowi na podwórko.
– Jak wziąłeś pieniądze, to i zabierz ciało! – powiedział mu.
Czy można było im pomóc?
Podczas prac budowlanych odkopano ludzkie kości. Robotnicy wywieźli je na cmentarz.
– Czyje to kości mogą być? – pytali zaciekawieni.
– Trzeba do P. jechać! Oni będą wiedzieć! – usłyszeli od starszych.

Do dzisiaj w Klimontowie odnajdowane są ludzkie szczątki w różnych miejscach.

Dom na Sandomierskiej też nie daje o sobie zapomnieć, burzy spokój mieszkańcom. Niektórzy snują wnioski, że fatum wisi nad tym budynkiem. W marcu 2014 r. znów doszło do tragedii – 61-letni mężczyzna popełnił w nim samobójstwo. Nie pochodził z Klimontowa, miał stąd żonę. Jego teściowa, wiekowa kobieta, zmarła w wieku około 90 lat.

W Klimontowie jest wiele opowieści o domach, w których straszy. Ludzie się żalą, boją. Stanisław Sas-Tarnawski opowiada o tym, że w jego domu pojawia się była właścicielka Sabinka Wajsbrot, ktoś stuka po nocach.
– To dlatego mieszkańcy Klimontowa pod wieczór wychodzą ze swoich domów, by porozmawiać?
– No tak, nie mogą w nich wytrzymać. Tak straszą ich duchy dawnych sąsiadów.

Fragmenty książki Andrzeja Nowaka-Arczewskiego Zmiłuj się nad nami, Prószyński i S-ka, Warszawa 2017

Wydanie: 16/2017

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. Anonim
    Anonim 23 kwietnia, 2017, 14:36

    Autor po raz kolejny zamieszcza fragmenty książki ilustrując je fotografiami z moich zbiorów nie posiadając mojej zgody. Z. P.

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. Anonim
    Anonim 23 kwietnia, 2017, 14:58

    … i może przy okazji autor wyjaśni skrywaną tajemnicę pochodzenia i wykorzystania fotografii na okładkę swojej książki. Z.P.

    Odpowiedz na ten komentarz
    • Anonim
      Anonim 24 kwietnia, 2017, 12:01

      Przestrzegam potencjalnych, przyszłych rozmówców autora. Pomimo zapewnienia z jego strony, że nie wykorzysta mojej osoby, jak również moich wypowiedzi w tej publikacji, złamał umowę i uczynił to cynicznie na podstawie nagrań powstałych skrycie, bez wymaganej zgody na taką rejestrację a następnie publikację. Autor nie tylko, że nie miał takiej zgody, ale nie zechciał uwzględnić zastrzeżenia wysłanego do niego dwukrotnie listami elektronicznymi. Proponuję również przyszłym interlokutorom, aby nie udostępniali żadnych materiałów, szczególnie fotografii, ponieważ będziecie musieli np. udowadniać swoje prawa do nich. I nikt wam nie podziękuje, a swoje fotografie zobaczycie w książce(czy artykułach takich, jak ten, bez żadnej adnotacji praw, czy źródła), o ile ją kupicie, bo nie macie co liczyć na egzemplarz autorski.

      Odpowiedz na ten komentarz
  3. Anonim
    Anonim 29 kwietnia, 2017, 23:05

    Panie Z., chcę jeszcze raz podziękować, bez Pana sugestii , bez rozmów, wielu dyskusji – książka nie miałaby takiego kształtu. Chciałem Pana szczególnie uszanować wymieniając Pańskie imię i nazwisko w osobnym rozdziale. Niestety, nie zgadzał się Pan na to, więc uszanowałem to zdanie i nie wymieniałem Pana w tekście książki.
    Panie Z., zdjęcia historyczne, archiwalne przekazał mi Pan, bym mógł wykorzystać w książce. Pytałem Pana przed publikacją, czy zamieścić w książce, w stopce redakcyjnej, do kogo należą zdjęcia. Powiedział Pan, bym napisał, że zdjęcia historyczne należą do Pana i tak to jest w stopce redakcyjnej napisane. Jedno z tych zdjęć zostało przez grafika zamieszczone na okładce książki. Czytelnicy książki wiedzą, że to jest zdjęcie historyczne, archiwalne i jego właścicielem jest Pan, bo jest ono także zamieszczone w środku. Zdjęcie zamieszczone powyżej też jest Pana własnością.
    Odnośnie innych słów Pana nie będę się wypowiadał, bo myślę, że znajdą finał w innym miejscu. A.N.

    Odpowiedz na ten komentarz
  4. Anonim
    Anonim 1 maja, 2017, 07:59

    Z ogromną radością i niecierpliwością oczekuję wspomnianego finału w „innym” miejscu, tym bardziej, że jego gospodarz zaoszczędzi mi wszelkich formalności, bo i ja także noszę się z zamiarem organizacji takiego spotkania. Odnośnie słów, które tu padły, również nie będę się wypowiadał.
    P.s.gwoli ścisłości – w stopce redakcyjnej prawa do zdjęcia zamieszczonego na okładce przypisano firmie internetowej.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy