Skumbrie w tomacie

Skumbrie w tomacie

Kiedy ten numer PRZEGLĄDU pojawi się w kioskach, już zapewne wszystko będzie wiadome. Będziemy wiedzieli, czy znów żyjemy w normalnej, demokratycznej Polsce, czy przeciwnie, polskiej demokracji wolą większości został zadany kolejny cios. Tym bardziej bolesny, że samobójczy. Czy dochowaliśmy zobowiązania z preambuły konstytucji, „by przekazać przyszłym pokoleniom wszystko, co cenne z ponad tysiącletniego dorobku”, czy też przyszłemu pokoleniu przekażemy wszystko, co jest tego dorobku zaprzeczeniem: brak tolerancji, ksenofobię, rozbitą wspólnotę, zacofanie i ciemnotę?
Dziś już pewnie odpowiedź na te pytania jest znana. Wróćmy jednak do niedawno zakończonej kampanii wyborczej, w której te dwie wizje Polski były przez kandydatów na prezydenta przedstawiane.
Trzy dni przed drugą turą wyborów prezydenckich abp Marek Jędraszewski zwrócił się do wiernych archidiecezji krakowskiej z apelem, by „w imię miłości do Ojczyzny i w duchu wielkiej za nią odpowiedzialności” wzięli udział w wyborach. Aby jednak, spełniając swój patriotyczny obowiązek wobec ojczyzny, owieczki nie zbłądziły i głupio nie zagłosowały, arcypasterz powiedział im, na kogo mają głosować. Poinstruował, by opowiedziały się za kandydatem, „którego polityczny program jest bliski nauce społecznej Kościoła ze względu na obronę fundamentalnej wartości życia oraz tradycyjnie pojmowaną instytucję małżeństwa i rodziny, a także troskę o zagwarantowanie rodzicom prawa do wychowywania ich dzieci”. Jakby co, arcybiskup nie wskazał żadnego nazwiska. Arcybiskup jest przecież bezstronny, do polityki, jak zresztą cały Kościół w Polsce, się nie miesza. Faryzeizm w klasycznej postaci.
Przypomina mi się taki stary dowcip. Czterech panów gra w karty. Z tych czterech jeden ma okulary. W pewnym momencie jeden z graczy z finezją godną arcybiskupa mówi: „Ktoś tu chyba oszukuje. Nie mam pewności, więc nie powiem kto. Ale jak jeszcze raz to się zdarzy, to tak mu dam w pysk, że okulary spadną…”.
Wielu ludzi ta rekomendacja arcybiskupa oburzyła. W internecie zawrzało. Nie wiem dlaczego. Przecież to nic nowego. Przed laty, gdy w wyborach kandydował Aleksander Kwaśniewski, też jeden z biskupów instruował wiernych, że „Żyd ma głosować na Żyda, katolik na katolika, komunista na komunistę”.
Niewiele to pomogło. Nie wiem, jak głosowali Żydzi, ale większość głosów na „komunistę” oddali jednak katolicy. Najwyraźniej albo wbrew subtelnej sugestii biskupa nie uważali Kwaśniewskiego za komunistę, albo generalnie mieli wskazania owego biskupa i jego cenną myśl polityczną w, powiedzmy, nosie. Tak czy inaczej, Kwaśniewski wybory wygrał.
Na miejscu sztabu Trzaskowskiego na apel abp. Jędraszewskiego wcale bym się nie oburzał, tylko publicznie podziękowałbym arcybiskupowi za poparcie… Rafała Trzaskowskiego. I wyjaśnił, że dotąd nikt tak lapidarnie i precyzyjnie nie scharakteryzował jego programu. Bo zgodnie z nauką Kościoła trzeba kochać bliźniego, a nawet miłować wrogów. A konkurent Trzaskowskiego wciąż ludzi dzieli, sieje nienawiść. Trzaskowski tego nie robi. Zgodnie z nauką Kościoła grzechem ciężkim jest krzywoprzysięstwo. A to właśnie konkurent Trzaskowskiego ślubował stać na straży konstytucji i dobrowolnie do ślubowania dodał „tak mi dopomóż Bóg”, po czym konstytucję bez skrupułów łamał. Trzaskowski tego nie robił. Trzaskowski nigdy i nigdzie nie atakował tradycyjnie pojmowanej rodziny; sam taką założył i w niej żyje (która to cnota obca jest wielu prominentnym działaczom PiS, co prezydentowi Dudzie jakoś nie przeszkadza). Można być otwartym na postulaty środowisk LGBT, a równocześnie uznawać tradycyjnie pojęte małżeństwo za wartość. I tak – zdaje się – uważa Trzaskowski. Uważa również, że rodzice powinni mieć prawo do wychowywania dzieci, i dlatego sam z tego prawa korzysta, nie posyłając syna do pierwszej komunii, narażając się na chamskie ataki ludzi, którzy – jak widać – rodzicom prawa do wychowywania dzieci wzbraniają.
Można sobie żartować, a sprawa jest poważna. Kościół w Polsce nie przyjął do wiadomości art. 25 konstytucji, wedle którego władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, a stosunki między państwem i Kościołem są kształtowane na zasadach ich „autonomii oraz wzajemnej niezależności każdego w swoim zakresie”. Nie przyjął do wiadomości, że państwo jest świeckie.
Niewypowiedzianą szkodę uczyniono Polsce, wypowiadając konkordat z 1925 r., w którym Ojciec Święty zobowiązywał się przed mianowaniem biskupa zasięgać opinii prezydenta RP, a biskup po mianowaniu musiał składać przysięgę wierności, w której mówił: „Przed Bogiem i na Świętą Ewangelię przysięgam i obiecuję, jak przystoi biskupowi, wierność Rzeczypospolitej Polskiej. Przysięgam i obiecuję, iż z zupełną lojalnością szanować będę rząd ustanowiony konstytucją i sprawię, aby go szanowało moje duchowieństwo”.
Niczego takiego nie ma w obecnie obowiązującym konkordacie. Role się odwróciły. To rządy starają się dochować wierności i lojalności Kościołowi. Do II RP mam stosunek krytyczny. Ale dla polskiej prawicy II RP to wciąż wzór i ideał. No to przypominam te wzorcowe relacje między państwem a Kościołem w II RP. Może chociaż w tym zakresie zbliżmy się do tego ideału?

Wydanie: 29/2020

Kategorie: Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy