Śmierć norek

Śmierć norek

W ostatnich dniach na czołówki duńskich gazet trafiły zdjęcia z Jutlandii Północnej – do wielkiego rowu ludzie ubrani w specjalne kombinezony wrzucają setki tysięcy martwych norek. Stacja telewizyjna TV2 Nord zaszokowała widzów materiałem „Żywa norka trafiła do kremacji”, pokazując, jak na farmie w Tornby niedokładnie uśmiercano zwierzęta gazem. Jedna z norek przeżyła i miała zostać wrzucona do paleniska. Tak realizowano podjętą na początku listopada decyzję premier Mette Frederiksen o całkowitej likwidacji 12 mln tych zwierząt.

Zakażone SARS-CoV-2 hodowle zaczęto likwidować jeszcze w październiku. Duński minister zdrowia Magnus Heunicke powiedział bowiem, że około połowy z 783 przypadków zakażenia ludzi koronawirusem w północnej części kraju ma związek z fermami norek. Co gorsza, naukowcy z kopenhaskiego Statens Serum Institut u ośmiu osób zatrudnionych w branży futrzarskiej odkryli nową mutację SARS-CoV-2. Nazwali ją Cluster 5 i uznali, że może zagrozić trwającym pracom nad szczepionkami.

Wyjaśnił to dr Kåre Mølbak ze wspomnianego instytutu: „Mutacja ta nie jest zwalczana przez ludzkie przeciwciała w takim samym stopniu jak zwykły wirus”. Co oznacza, że Cluster 5 byłby odporny na obecnie opracowywane szczepionki.

Rząd Danii, nie chcąc, by kraj stał się „drugim Wuhan”, wprowadził całkowitą blokadę siedmiu gmin w Jutlandii Północnej, wstrzymał działalność transportu publicznego na tym obszarze i skierował do pomocy wojsko. Przy czym, jak szybko się okazało, część decyzji podjęto bez podstawy prawnej. Duńczyków przeprosił za to minister ds. żywności, rybołówstwa, równouprawnienia i współpracy nordyckiej Mogens Jensen. O wykryciu nowej mutacji SARS-CoV-2 poinformowano instytucje międzynarodowe ze Światową Organizacją Zdrowia na czele.

Przypadek ten uświadomił wszystkim, że koronawirus może być znacznie groźniejszy, niż się wydawało. Przy czym Dania nie jest pierwszym krajem, w którym SARS-CoV-2 zmutował na fermach norek.

 

Zaczęło się w Holandii

 

Pierwsze informacje o norkach zakażonych koronawirusem pojawiły się w Holandii w kwietniu br. Do połowy października SARS-CoV-2 spustoszył 44 fermy w Brabancji Północnej i 23 w Limburgii, a w Geldrii dwie. Władze szacują dziś, że połowa hodowli norek w tym kraju została zniszczona. Przyjęto zasadę, że jeśli na fermie pojawi się koronawirus, wszystkie zwierzęta zostaną zabite. W ten sposób od kwietnia uśmierconych zostało kilka milionów norek. Ustalono, że źródłem zakażenia na fermach były osoby, które chorowały na COVID-19. A ponieważ norki hodowane są w klatkach, koronawirus błyskawicznie ogarniał całą populację. W dwóch przypadkach odkryto, że ludzie zarazili się od zwierząt. Na szczęście nie były to wirusy, które uległy mutacji.

Sytuacja hodowców norek w Holandii nie była łatwa jeszcze przed wybuchem pandemii. W tym kraju od lat domagano się likwidacji ferm zwierząt futerkowych, choć jeszcze pod koniec XX w. działało tam prawie 600 gospodarstw, najczęściej niewielkich. W latach świetności futro z jednej norki kosztowało 70 euro. Trzy razy więcej niż w roku ubiegłym.

Kilka lat temu rząd w Hadze zdecydował, że branża futrzarska zostanie wygaszona. Pandemia przyśpieszyła ten proces. W sierpniu br. rząd premiera Marka Ruttego ogłosił likwidację wszystkich ferm do końca marca 2021 r.

W październiku koronawirus pojawił się w USA na fermach norek w stanach Utah, Michigan i Wisconsin. Amerykanie zareagowali jak Holendrzy – zaczęli likwidować zarażone populacje. Jednak nie poświęcili temu wiele uwagi. Zajęci byli pandemią, w wyniku której zmarło ponad 230 tys. osób, i kampanią wyborczą. Nie było też federalnych przepisów ani wymagań dotyczących metod zwalczania zakażeń koronawirusem wśród zwierząt. Obowiązek ten spadł na władze stanowe.

W Europie było inaczej. W lipcu na jednej z ferm w hiszpańskiej Aragonii zagazowano, a następnie zutylizowano 100 tys. norek. W kraju ciężko doświadczonym pierwszą falą pandemii nowe źródło zakażeń wzbudziło niepokój. Urzędnicy ostrzegli, że fermy norek mogą stać się „rezerwuarem koronawirusów, inkubując patogeny przenoszone na ludzi”. Dlatego kolejne ogniska starano się zdusić w zarodku.

Norki zakażone SARS-CoV-2 wykryto poza tym we Włoszech oraz w Szwecji. I tak jak w Danii i Holandii podjęto decyzję o ich utylizacji. Polski rząd nie widział jednak tego problemu.

 

Polska norka z ojcem dyrektorem w tle

 

Zwierzęta futerkowe to nad Wisłą politycznie niewygodny temat. Przekonał się o tym Jarosław Kaczyński, gdy we wrześniu br. zapowiedział złożenie w Sejmie projektu ustawy o zmianie ustawy o ochronie zwierząt, nazwanego „piątką dla zwierząt”. Gotowy projekt skierowała do laski marszałkowskiej grupa posłów PiS z Grzegorzem Pudą, który potem został ministrem rolnictwa i rozwoju wsi.

Zbiegło się to z premierą filmu „Krwawy biznes futerkowców” Janusza Schwertnera z portalu Onet.pl. Pokazano w nim skandaliczne warunki panujące na największej fermie zwierząt futerkowych, we wsi Góreczki. Wydawało się, że klimat sprzyja zmianom. Firmowana przez posłów PiS ustawa miała poprawić dobrostan zwierząt. Wprowadzała też m.in. zakaz chowu i hodowli zwierząt futerkowych z wyjątkiem królików. Jej wejście w życie oznaczałoby koniec hodowli norek w Polsce, która obok Danii i Holandii jest znaczącym w Europie producentem tych zwierząt. I koniec wartego w roku 2019 prawie 1 mld zł naszego eksportu skór zwierząt futerkowych.

Oczekiwania Kaczyńskiego zderzyły się z interesem hodowców norek reprezentowanych przez Szczepana Wójcika, jednego z największych hodowców w kraju, którego atutem były doskonałe relacje z o. Tadeuszem Rydzykiem. Omawiając projekt ustawy na antenie Radia Maryja, Wójcik oświadczył, że „PiS wbiło nóż w plecy polskiemu rolnictwu”. I dodał: „Jako obywatel czuję się zdradzony przez Prawo i Sprawiedliwość, które ewidentnie dogadało się z niemieckimi mediami, aby zdradzić polskie rolnictwo i wprowadzić zakazy w tych sektorach, które są solą w oku naszej niemieckiej konkurencji”.

Zapowiadało to ciężką przeprawę w Sejmie i Senacie, której wynik wcale nie był pewny. Ojciec dyrektor mógł liczyć w klubie PiS na co najmniej kilkanaście szabel. Ostatecznie ustawa przeszła w Sejmie głosami Platformy Obywatelskiej oraz części posłów PiS. Następnie z poprawkami przegłosował ją Senat. Po czym zamiast wrócić do Sejmu… utknęła gdzieś na Wiejskiej.

Ceną, którą zapłaciło PiS, były protest i dymisja ówczesnego ministra rolnictwa Jana Krzysztofa Ardanowskiego oraz złamanie dyscypliny przez kilkunastu posłów, którzy głosowali przeciw. Wściekli rolnicy zareagowali protestami pod hasłem: „PiS zdradziło wieś”.

Dziś, gdy Zjednoczona Prawica toczy wojny z pandemią koronawirusa, kobietami i między sobą, nie potrzebuje bijatyki z hodowcami norek oraz wspierającym ich ojcem dyrektorem. Dlatego na początku listopada pojawiły się wypowiedzi rzecznika rządu Piotra Müllera i wicemarszałka z PSL Piotra Zgorzelskiego, z których wynikało, że posłowie PiS pracują nad nową wersją „piątki dla zwierząt”. Nie wiadomo jednak, kiedy ten projekt ustawy trafi pod obrady.

 

Najgorszy scenariusz

 

Polscy politycy i hodowcy nie zauważyli, że norki stały się biologicznym reaktorem, w którym mutuje groźny patogen. 10 listopada br. na stronie internetowej Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi ukazał się komunikat informujący, że w związku z doniesieniami duńskich służb weterynaryjnych o wykryciu u norek zmutowanego koronawirusa SARS-CoV-2 minister rolnictwa i rozwoju wsi Grzegorz Puda niezwłocznie podjął działania, aby zapobiec nowym zagrożeniom. I polecił głównemu lekarzowi weterynarii dokonanie analizy ryzyka i ewentualne przeprowadzenie badań w kierunku możliwości występowania tego wirusa u norek na fermach w różnych regionach Polski.

W Polsce hoduje się ok. 6,7 mln tych zwierząt, więc prawdopodobieństwo, że norki zarażone są „zwykłym” SARS-CoV-2, jest wysokie. Rodzi się pytanie, czy pracownicy Głównego Inspektoratu Weterynarii odkryją zmutowanego koronawirusa, którego w Danii nazwano Cluster 5. To mało prawdopodobne. Mogą za to znaleźć inne, nieznane nauce mutacje. To będzie najgorszy scenariusz. Polska nie jest dziś gotowa do walki z takim przeciwnikiem. Nieudolność premiera i jego ministrów widoczna jest gołym okiem. Słychać głosy lekarzy, że system ochrony zdrowia w Polsce się rozpada, a dodajmy do tego nowe, nieznane zagrożenie.

Jako środki zaradcze pracownicy Głównego Inspektoratu Weterynarii będą mieli do dyspozycji maski, kombinezony ochronne i płyny do dezynfekcji. Współczuję urzędnikowi, który będzie musiał, w przypadku odkrycia zakażonych norek, podjąć decyzję o ich likwidacji. Hodowcy zażądają odszkodowań, o których na razie nie ma mowy. Okaże się też, że brakuje ludzi do przeprowadzenia tej operacji. Trzeba będzie sięgnąć po wojsko.

A jeśli rodzima mutacja koronawirusa okaże się groźna dla ludzi, otworzą się bramy piekieł. Oby ten scenariusz nigdy się nie spełnił.

 

Fot. AFP/East News

Wydanie: 47/2020

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy