Nobel dla dysydenta

Nobel dla dysydenta

W konflikcie między islamem a resztą świata Orhan Pamuk stara się godzić obie strony, co na wschód od Bałkanów jest aktem wielkiej mądrości i odwagi

Nagrodę Nobla przyznaje się w tym roku po raz 105. Orhan Pamuk jest jej 103. laureatem w dziedzinie literatury i pierwszym urodzonym po 1950 r.
Niemal żaden komentarz nie podważa rangi jego pisarstwa. Pamuk ma już za sobą sukces międzynarodowy; kilkanaście jego książek zostało przetłumaczonych na ponad 30 języków i wydanych w 40 krajach. Otrzymały one kilka wysoko lokowanych nagród, z których zapewne najpoważniejsza to irlandzka IMPAC Dublin Literary Award za powieść „Nazywam się Czerwień” (2003). U nas wyszła niedawno jedynie powieść „Śnieg” (w krakowskim Wydawnictwie Literackim, w przekładzie Anny Polat).
Większość polskich krytyków znalazła się 12 października w kłopocie. Jeśli nawet słyszeli o tym pisarzu, to mało kto czytał go w obcych wydaniach, a wznawiany pośpiesznie „Śnieg” dopiero teraz będzie miał prawdziwe wzięcie. Za chwilę Pamuk będzie i u nas tak dobrze znany, jak na Zachodzie, gdzie jego szanse na Nobla były wysoko oceniane. Może nawet będziemy o niego toczyć spory, tak jak toczyliśmy o Daria Fo (Nobel 1997) lub Elfriede Jelinek (2004).
Autor ten tworzy „prozę gorącą”. Nie ucieka od drażliwych problemów i nie pisze „pod dyktando”. Podkreśla się fakt, że podjął niezwykle drażliwą dla Turków historię masakry Ormian w 1915 r., która odbija się fatalnym echem po dzień dzisiejszy, wziął w obronę Salmana Rushdiego, na którego Chomeini wydał wyrok śmierci, odtrącił zaloty (czytaj: ordery) własnego państwa, a nawet został za „patriotyczną niesubordynację” postawiony przed sądem. Stosując polskie miary, można powiedzieć, że Pamuk jest pisarzem dysydentem. Jego odwaga cywilna i ten nie zawsze łatwy standard stawania po stronie słabszych przyniosły mu szacunek międzynarodowej społeczności.
Pytanie brzmi: jak te niewątpliwe zalety przekładają się u Pamuka na wartość czysto literacką? Czy te książki są tak samo dobre, jak słuszne? Na to nam, Polakom, przyjdzie niestety odpowiedzieć dopiero za jakiś czas.
Literacka Nagroda Nobla od początku imponuje, ale i zaskakuje publiczność niekoniecznie akceptowanymi werdyktami. Już w 1901 r. (pierwsza edycja) wszystko zaczęło się skandalem – nagrodę dostał mało znany francuski poeta Sully Prudhomme, podczas gdy spodziewano się lauru dla Lwa Tołstoja; awantura o to była okrutna. Późniejsze dekady nieustannie przynosiły zachwyty i rozczarowania. Wymienię tylko dziesięciu pisarzy, którzy nigdy Nobla się nie doczekali: Borges, Bułhakow, Cortazar, Joyce, Ibsen, Ionesco, Kafka, Proust, Rilke i Strindberg. Gdybym wymieniał dalej, włos by się zjeżył na głowie. Dzisiaj można ten dylemat rozwijać: czy była pora na Nobla dla Pamuka, skoro nie mają jej tacy żyjący i wciąż piszący autorzy jak Eco, Fuentes, Llosa czy Vonnegut? Lub Salman Rushdie, postać wybitna, przerastająca Pamuka.
Hm, to trochę przypomina spór o Masłowską, ale prawdą jest, że kapituła Nobla zawsze używała nagrody bardziej jako narzędzia komentowania świata, a nie literatury. Mówi się o jej „poprawności politycznej” i „kalendarzu geograficznym”. Szwedzcy akademicy dbają, by nagradzać „słuszne postawy”, komentować aktualne procesy i wydarzenia i przestrzegać praw „kulturowości etnicznej”. Z jednej strony to dobrze – bez tej inklinacji nie wiedzielibyśmy wiele o takich pisarzach jak Nadżib Mahfuz (1988), Derek Walcott (1992), Wole Soyinka (1986) ani o takich problemach, na jakie zwraca nam uwagę Toni Morrison (1993) czy wspomniana Jelinek. A wiedzieć warto. Poza tym Szwedzka Akademia nie daje nagrody pisarzom złym.
Co najwyżej drugorzędnym z tych pierwszorzędnych. Wiele mniej znanych nazwisk, jak np. pisarza chińskiego Gao Xingjian (2000) czy hinduskiego Vidiadhara Surajprasada Naipaula (2001), to nazwiska wybitne.
Podobny problem mamy z Orhanem Pamukiem. Akademicy po raz kolejny docenili pisarza-opozycjonistę i za ważny akcent uznali w tym roku wątek dramatu ormiańskiego, który zaczął po niemal stu latach mieć wpływ na sprawy Unii Europejskiej oraz – i chyba przede wszystkim – nabrzmiały konflikt między islamem a resztą świata, w którym Pamuk stara się być obiektywny i godzić obie strony, co na wschód od Bałkanów jest aktem wielkiej mądrości i wręcz prometejskiej odwagi. W takie postacie jak on czy Rushdie wpatrzone są z nadzieją oczy reszty świata. Jeśli literatura może siać zgodę i łagodzić obyczaje, to właśnie dzięki takim ryzykownym próbom, jakie ci pisarze podejmują, stawiając czoło upiorowi terroru.
Dlatego ja, acz z pewnym umiarem, bronię tego werdyktu. Jego sens w tym, że tacy jak Pamuk mogą „zapracować” na spokojniejsze czasy, kiedy przyjdzie pora, aby w Sztokholmie przypomniano sobie np. o Umbercie Eco. I bardzo chciałbym tego doczekać.
Sam zaś tegoroczny laureat, pisarz młody, bo zaledwie 54-letni, zapewne do Nobla dorośnie i potwierdzi swoje do tej nagrody prawo.

 

Wydanie: 42/2006

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy