Bez głosu w Ameryce

Bez głosu w Ameryce

Administracja Donalda Trumpa robi wszystko, by ograniczyć prawa wyborcze wielu obywateli USA

W Stanach Zjednoczonych kampania prezydencka trwa w najlepsze. Polityczny cyrk obwoźny z napisem „Reelekcja Donalda Trumpa” ruszył w kraj, spotykając się nie tylko z potencjalnymi wyborcami, ale przede wszystkim z darczyńcami i grupami zawodowymi mogącymi wesprzeć kampanię. I właśnie podczas takiego spotkania, trochę przez przypadek, wyszedł na jaw jeden z fundamentów planu obozu obecnego prezydenta na pozostanie w Białym Domu na kolejne cztery lata.

21 listopada 2019 r. w Wisconsin ze sztabowcami Trumpa spotkali się przedstawiciele stanowego oddziału Republikańskiego Zrzeszenia Prawniczego. Jednym z głównych prelegentów był Justin Clark, wpływowy doradca prezydenta, znany z bezkompromisowej taktyki politycznej i kontrowersyjnych wypowiedzi. Już po kilku minutach wystąpienia udowodnił, że miano lidera ofensywy kampanijnej w obozie republikańskim nie zostało mu nadane przypadkowo. Opowiadając o taktyce na tegoroczne wybory, bez ogródek powiedział, że będzie oparta na jak najbardziej wyrafinowanym utrudnianiu oddania głosu całym grupom społecznym. Dodał też, że nie widzi w tym nic złego, bo „republikańską tradycją jest opieranie się na ograniczaniu praw wyborczych w celu zdobycia przewagi w Waszyngtonie i chronienia w ten sposób swojego elektoratu”.

Clark natychmiast zaprzeczył, że takie słowa padły, co zabrzmiało o tyle niewiarygodnie, że został w Wisconsin nagrany, a w posiadanie taśmy weszła agencja Associated Press. Co więcej, choć wypowiedź Clarka była politycznie niepoprawna i mogła go kosztować miejsce w sztabie wyborczym, większość amerykańskich ekspertów i komentatorów politycznych jest akurat zgodna, że powiedział prawdę. Zresztą niemal od razu potwierdziły to decyzje sądowe w wielu miejscach Ameryki.

28 grudnia, niecały miesiąc po głośnym wystąpieniu Clarka, sąd federalny w stanie Georgia wydał wyrok w sprawie tamtejszych spisów wyborców. Położony na południu stan, będący symbolem walki czarnych obywateli USA o ich prawa obywatelskie, od zawsze uchodził za miejsce, w którym głos w wyborach oddać najtrudniej w całym kraju. Zwłaszcza jeśli jest się przedstawicielem mniejszości etnicznej lub innej marginalizowanej grupy społecznej. Tym razem postępowanie sądowe dotyczyło decyzji władz stanowych o wykreśleniu ponad 313 tys. mieszkańców Georgii (ok. 2% populacji całego stanu) z rejestrów wyborczych. Podstawą było wprowadzone z inicjatywy republikańskiego sekretarza stanu Brada Raffenspergera nowe prawo o tzw. kontakcie ze stanem. Jeżeli osoba zarejestrowana jako wyborca w Georgii nie weszła w interakcję z władzami stanowymi ani razu w ciągu ostatnich siedmiu lat – nie płaciła tu podatków, nie głosowała stąd w wyborach federalnych – wówczas zostaje pozbawiona praw wyborczych na tym terenie.

Przeciwko ustawie Raffenspergera zaprotestowała Stacey Abrams, polityczka Partii Demokratycznej i jedna z najaktywniejszych działaczek na rzecz powszechnego prawa wyborczego w całych Stanach Zjednoczonych. Za pomocą założonej przez siebie grupy wpływu Fair Fight Action (Akcja na rzecz Uczciwej Walki) natychmiast zaskarżyła dokument do sądu federalnego, argumentując, że narusza on konstytucję i prawa obywateli do wyboru prezydenta i przedstawicieli w Kongresie. Jej zdaniem na liście sporządzonej przez Raffenspergera było co najmniej 120 tys. osób, które zostały wpisane na podstawie fałszywych lub niepełnych danych. Osoby te powinny więc zostać przywrócone do spisu wyborczego. Apelacja została jednak odrzucona, bo sędziowie nie znaleźli podstaw do powtórnej analizy danych wyborczych.

Decyzja z Georgii jest o tyle ważna w kontekście walki republikanów z demokratami, że jest to jeden z najrówniej podzielonych politycznie i spolaryzowanych stanów, w którym Afroamerykanie stanowią aż 31% populacji. Szacunki Fair Fight Action pokazują też, że na liście Raffenspergera było więcej zarejestrowanych demokratów niż republikanów. Już na pierwszy rzut oka widać, że jest to miejsce, gdzie Donald Trump mógłby się potknąć na tegorocznym szlaku wyborczym. Wprawdzie aż od 2004 r. we władzach stanowych dominują republikanie, ale za każdym niemal razem wygrywają bardzo niewielką przewagą głosów. Chociażby dlatego muszą zrobić wszystko, by szala nie przechyliła się na drugą stronę.

Cas Mudde, holenderski politolog i jeden z najlepszych na świecie ekspertów zajmujących się współczesnym populizmem, ocenia, że w przypadku działań administracji Trumpa zastosowanie ma stara zasada o wyborach w krajach pozornie demokratycznych. Jeśli władza chce je wygrać, ma na to dwa sposoby: sama zdobyć więcej głosów albo ograniczyć liczbę tych oddanych na przeciwnika. Jak widać na przykładzie Georgii, republikanie są raczej zwolennikami tej drugiej opcji.

Ustawa Raffenspergera nie jest pierwszym dowodem na prawdziwość tej tezy. Jak wyliczył dziennik „The Guardian”, od 2012 r. z rejestrów wyborczych w Georgii wykreślono prawie 1,5 mln osób. Oczywiście w niektórych przypadkach – ludzi, którzy przeprowadzili się na stałe do innego stanu, oddawali głos w wyborach gdzieś indziej lub stracili prawa wyborcze w wyniku wyroków sądowych – zabieg ten był jak najbardziej zasadny. Niemniej jednak większość to obywatele, którzy stracili prawo głosu, bo nie nadążają za ciągle zmieniającymi się regulacjami definiującymi, kto i na jakiej podstawie może zagłosować w wyborach.

Obecny gubernator Georgii, Brian Kemp, jest absolutnym mistrzem w wymyślaniu sposobów na odebranie możliwości głosowania. Od ubiegłego roku szefuje stanowej administracji, wcześniej przez 15 lat był jej członkiem legislatorem i sekretarzem stanu. W tym czasie wprowadził wiele zmian do stanowego kodeksu wyborczego. Zmienił m.in. katalog dokumentów uznawanych za ważne dowody tożsamości przy głosowaniu. W pewnym momencie, aby móc wziąć udział w wyborach w Georgii, trzeba było mieć stanowe prawo jazdy. Automatycznie dyskwalifikuje to osoby prowadzące auta na papierach z innego stanu lub nieposiadające prawa jazdy w ogóle. Akceptowanym dokumentem nie jest też amerykański paszport. Udowadnia on co prawda obywatelstwo, ale nie reguluje przynależności stanowej. Jedynym dowodem tożsamości, który na liście figuruje niezmiennie, jest dokument wydany przez władze stanowe. Co jakiś jednak czas zmieniają się jego parametry, a dokładnie – wymagania wobec zdjęcia. Komisja wyborcza ma prawo odmówić możliwości oddania głosu osobie, której zdjęcie nie spełnia wymogów stanowych. Jeśli dodać do tego personalny aspekt sporu – Kemp wygrał ubiegłoroczne wybory właśnie ze Stacey Abrams – widać jak na dłoni, że ograniczanie praw wyborczych to naprawdę fundament republikańskiej taktyki politycznej.

Georgia nie jest pod tym względem wyjątkiem w skali kraju. Brennan Center for Justice, prawnicza organizacja pozarządowa zajmująca się badaniem praw obywatelskich, wylicza, że w ostatniej dekadzie aż 25 stanów, czyli połowa, wprowadziło nowe restrykcje w czynnym prawie wyborczym. Spośród nich 15 zmieniło katalog akceptowalnych dokumentów, w tym w sześciu zmiany dotyczyły zdjęcia identyfikującego obywatela. 12 stanów zmieniło zasady rejestracji wyborczej (w USA głosujący muszą rejestrować się na nowo przed wyborami) oraz czas i reguły głosowania korespondencyjnego. Wreszcie aż 14 stanów ograniczyło prawa wyborcze po raz pierwszy właśnie w wyborach prezydenckich z 2016 r.

Autorzy raportu Brennan Center podkreślają jednak, że wykluczanie całych populacji z głosowania odbywa się nie tylko poprzez nowe ustawy i kruczki prawne. W wielu kontrolowanych przez republikanów stanach ogranicza się liczbę komisji wyborczych, przez co aby zagłosować, trzeba często odbyć długą i męczącą podróż. Nie wspominając o tym, że wybory w USA są organizowane zawsze w dzień roboczy, więc pójście do lokalu wyborczego oznacza najczęściej konieczność brania wolnego lub wiele godzin spędzonych w wieczornych kolejkach. Kosztowne jest też regularne wyrabianie nowych dokumentów czy robienie zdjęć identyfikacyjnych. Jednym słowem, wyborcze wykluczenie odbywa się również za pomocą pieniędzy.

Jeśli dodać do tego prawie 6 mln skazańców, którzy zdaniem inicjatywy Sentencing Project nie mogą w praktyce głosować w wyborach ogólnokrajowych (rzadziej z powodu wyroków, częściej z powodu braku komisji czy możliwości wyrobienia nowego dokumentu), ogólna liczba osób z ograniczonym czynnym prawem wyborczym w USA może wynosić 10 mln, czyli ok. 4% wszystkich uprawnionych do głosowania. Ta statystyka pokazuje najlepiej, że amerykańska demokracja jest już powszechna tylko na kartach konstytucji.

Fot. Annie Bolin/Unsplash

Wydanie: 4/2020

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy