A Małysz wciąż pierwszy

A Małysz wciąż pierwszy

Pustynia, gwiazdy i terenowe samochody

Monika Jakimowicz
Korespondencja z Maroka

Zobaczyć Orła z Wisły przygotowującego się w Afryce do Rajdu Dakar czy podziwiać jego żonę i córkę, szalejące w rajdowym aucie po pustyni, to rzadka okazja. Dlatego z radością z niej skorzystałam i ruszyłam wraz z zespołem obsługi ratowniczej na trasę rajdu samochodów terenowych RMF Morocco Challenge. To trzecia edycja tej imprezy, organizowanej przez Agnieszkę i Alberta Gryszczuków w niedostępnych zakątkach marokańskiej pustyni.

Mercedes patriota
Ruszyliśmy land roverem z Gorzowa Wielkopolskiego. Do pokonania mieliśmy ponad 10 tys. km. Nasz samochód, z zapasami żywności i potężnym ładunkiem na dachu, musiał być prowadzony z dużą ostrożnością. Od niemieckiej granicy jechaliśmy w małym konwoju, złożonym z dwóch terenówek z ekipą medyczną i z auta serwisowego dla zawodników. Podróżowaliśmy non stop, a w pokonaniu senności pomagał nam niedawny wynalazek naszych zachodnich sąsiadów: każdy, kto korzystał z płatnej (innych tam prawie nie ma) toalety, dostawał bon na zakup kawy.
Problemy zaczęły się we Francji. Serwisowy mercedes sprinter, mający pomagać innym, sam zaczął wymagać pomocy i wyraźnie nie chciał oddalać się od ojczystego kraju. Wlekliśmy się przy akompaniamencie jęczącego silnika, wreszcie, po kilku próbach reanimacji, sprinter w tumanach spalin zaczął się dusić i krztusić, po czym dokonał żywota. Następnego dnia ekipa zakupiła w Lyonie nowego serwisowego dostawczaka. Przy odbiorze auta nieco zdziwił nas fakt, iż miało ono takie same tablice rejestracyjne jak ciężarówka stojąca na parkingu obok. Nie dopytując o szczegóły, pojechaliśmy nowym autem na przegląd oraz po dokumenty. Tam na szczęście tablice zostały zmienione. Ruszyliśmy dalej, aż do portu w hiszpańskiej Almeríi. Promem dopłynęliśmy do Melilli, graniczącej z marokańskim Nadorem. W tym miejscu skończyła się cywilizacja.
Na granicy staliśmy wiele godzin, a znani z opieszałości marokańscy celnicy skutecznie wydłużali nasze oczekiwanie. Pozwoliło nam to zaobserwować kilka tamtejszych wynalazków służących do transportu różnego sprzętu z Hiszpanii do Maroka. Np. ze zwykłego roweru można zrobić pojazd do przewozu połowy samochodu lub wielkich kół do ciągnika.

Gwiazdy na pustyni
W Maroku spotkaliśmy Adama Małysza, przygotowującego się tu do Rajdu Dakar, oraz jego żonę i córkę. Były też nasze gwiazdy uczestniczące w rywalizacji VIP-ów: Anna Dereszowska, Piotr Grabowski czy Piotr Zelt. Zespół Blue Cafe na marokańskich wydmach nagrywał ujęcia do nowego teledysku.
Naszym zadaniem było zabezpieczanie mety pierwszego odcinka na pustyni. Nieoczekiwanie zepsuła się pogoda. Zachmurzyło się, zaczął wiać porywisty wiatr, na horyzoncie widać było błyski piorunów. Zadzwoniliśmy do ekipy znajdującej się na starcie. Okazało się, że zawodnicy ruszyli na trasę w strugach deszczu. Burza nie przeszkodziła jednak Adamowi Małyszowi, który pierwszy przekroczył metę – i prowadzenia nie oddał do końca rajdu. Gdy wszyscy dotarli do mety, ekipy serwisowe wzięły się do pracy, a reszta uczestników rozbiła obóz. Noc w górach Rif na wysokości ponad 1300 m. n.p.m. była naprawdę chłodna.
Jedna z ekip skonstruowała mobilną, wygodną toaletę, budzącą duże uznanie uczestników. Na metalowym, składanym stelażu, przypominającym nogi od turystycznego krzesła, umocowano deskę klozetową, na nią zaś założono worek na śmieci. Gdy natomiast otworzyło się tylne drzwi samochodu, powstawała kabina prysznicowa. Przyczepiona tam prysznicowa słuchawka pozwalała spłukać z siebie uciążliwości życia na pustyni.
W następnych dniach rajdowe ekipy ratownicze miały wiele pracy. Nie obyło się bez kilku wypadków. Najcięższy zdarzył się w okolicach miasta Merzouga. Rajdowiec Jacek Stelmaszczyk, jadący quadem, wypadł z pojazdu. Siła uderzenia była tak duża, że stracił możliwość poruszania się. Zabezpieczonego i unieruchomionego pacjenta, z utrudnionym oddechem i pokruszonymi zębami, zawieziono do szpitala w terenowej karetce ratownictwa medycznego. Prześwietlenie wykazało złamanie kręgosłupa, na szczęście rdzeń kręgowy nie został uszkodzony. Zawodnik przez najbliższe kilkanaście miesięcy będzie wykluczony z rajdowej rywalizacji. Od tamtego momentu pozostali zaczęli jeździć nieco ostrożniej.
Na pustyni pogoda szybko wróciła do tropikalnej normy: 36 st. C w cieniu. Uszkodzenia pojazdów przysparzały serwisom pracy do białego rana, po paru dniach pojawiły się też problemy z tankowaniem. Okazało się, że w promieniu kilkuset kilometrów nie ma prądu i nie działa jedyna w okolicy stacja benzynowa, więc jechaliśmy na oparach oleju napędowego. Rozwiązanie znaleźliśmy dzięki miejscowej ludności. Tubylcy, ze stosowną marżą, odsprzedali nam zakupione wcześniej zapasy paliwa. Tankowanie z kanistrów odbywało się w małych uliczkach, w sekrecie przed miejscową policją, bo podobno transakcje te były nielegalne.

Pasażerowie na gapę
Po kilku pustynnych noclegach mieliśmy postój w przyzwoitym hotelu. Wypoczynek w hotelowych ogrodach szybko przerodził się w basenową wojnę. Kilku żartownisiów z Piotrem Grabowskim na czele wrzucało swoich suchych kompanów do wody. Nikomu nie darowano. Nawet Adam Małysz wziął przymusową kąpiel. Wieczory były chłodne, więc po wyjściu z wody trzeba było rozgrzewać się trunkami przywiezionymi z Polski. Luksusowy przerywnik trwał bardzo krótko, znowu czekała nas pustynia.
Jeden z postojów był wyjątkowo odludny – oprócz naszej ekipy nikogo, pustynia ze wszystkich stron, aż po horyzont. Raptem na widnokręgu zobaczyliśmy jakieś punkty poruszające się w naszym kierunku. Nadciągali tubylcy na rowerach. Po chwili oglądaliśmy wyroby miejscowych rzemieślników. Przybysze, zainteresowani naszym obuwiem i reklamowymi koszulkami, szybko rozebrali nas do rosołu. Przy okazji wypatrzyli w samochodzie butelkę whiskey. Nie było wyjścia, musieliśmy ją wspólnie rozpić na zakończenie handlu wymiennego.
Nasz rajd zakończył się w opuszczonym forcie Legii Cudzoziemskiej. Był to wieczór przyznawania nagród i podsumowań. Podczas pożegnalnej nocy nie obyło się jednak bez niemiłego incydentu. Zazdrośni zawodnicy ukradli i zniszczyli puchar należący do Krzysztofa Kretkiewicza, zwycięzcy w kategorii quadów. Nie zmąciło to radości „Krecika”, który stwierdził, że następny rajd też wygra, a wandale będą czerwoni z zazdrości. Świetnie poradziła sobie także Iza Małysz, zajmując drugie miejsce w klasyfikacji VIP.
Rankiem, niewyspani, ruszyliśmy w powrotną podróż do Nadoru. Na granicy okazało się, że mieliśmy dodatkowych pasażerów. Ich determinacja, by opuścić Maroko, była naprawdę duża. W jednym z naszych samochodów serwisowych celnicy znaleźli aż ośmiu ukrytych Marokańczyków chcących przejechać granicę! Inni wyskakiwali z pięter budynków wprost na naczepy naszych ciężarówek. Najbardziej zdesperowani byli zaś ci, którzy zamknęli się w chłodni samochodu cateringowego. Marokańskie służby graniczne wykazały się jednak skutecznością i podróż przez Hiszpanię aż do Polski odbyliśmy już bez nieproszonych gości.

Wydanie: 46/2011

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy