Smutne wieczory na Śląskim w Chorzowie

Smutne wieczory  na Śląskim w Chorzowie

Po mundialu piłkarze narzekali, że taktyka Nawałki im nie pasowała, Brzęczek zaproponował coś, co nie pasowało jeszcze bardziej

Trzy mecze – jeden punkt, dwie bramki zdobyte i pięć straconych, spadek z grupy 3. dywizji A do B. To jesienny dorobek naszej reprezentacji z występów w elicie Ligi Narodów UEFA. Na pocieszenie kasa PZPN wzbogacona o 1,5 mln euro – za sam udział. Jednak dobiegający powoli końca rok 2018 jest marny. Nie udało się zniwelować skutków mundialowego tąpnięcia. Po wrześniowym remisie (1:1) z Włochami w Bolonii przyszły dwie dotkliwe październikowe porażki – na uznawanym za niezwykle szczęśliwy stadionie w Chorzowie. Najpierw z Portugalią 2:3, a potem z Włochami 0:1. Najgorsze w tym wszystkim, że to nie żaden przypadek, pech czy niefortunny zbieg okoliczności, ale efekt mizerii naszych futbolistów.

Piłkarz od grania czy od gadania?

Kryzys dotyczy nie tylko poziomu sportowego, ale także atmosfery w biało-czerwonej kadrze. Dopiero teraz dowiadujemy się, że już za czasów Adama Nawałki nie wszystko było takie perfekcyjne, jak powszechnie sądzono, a co gorsza – z dnia na dzień malał autorytet trenera. Jak się powiada w piłkarskim światku, zaczęła rządzić szatnia – i wygląda na to, że przy nowym selekcjonerze te zapędy nie zniknęły. Dowodem jest bezprecedensowa sytuacja, do której doszło po meczu z Włochami, czyli polemika za pośrednictwem mediów kapitana Roberta Lewandowskiego z selekcjonerem Jerzym Brzęczkiem. Zapytałem kilku byłych piłkarzy reprezentacyjnych, jak oceniają to zdarzenie, i byli zgodni: absolutnie nie wypada, żeby kapitan dyskutował w ten sposób z trenerem, jaki system najbardziej pasuje Polakom. Takie rzeczy załatwia się w szatni. Żaden nie przypominał sobie, żeby publicznie obwiniano się o przegrane mecze lub krytykowano obraną taktykę. Co oczywiste, poza szatnią zawodnik i trener powinni okazywać sobie szacunek.

W czym rzecz? W obydwu meczach w pierwszej połowie nasza drużyna wyszła w ustawieniu 4-3-1-2 i zaprezentowała się bardzo słabo. Po przerwie zmieniano system na 4-4-2 z Kamilem Grosickim i Jakubem Błaszczykowskim na skrzydłach i gra Polaków się poprawiła. Właśnie pomysł Brzęczka na ustawienie wyjściowe skrytykował Lewandowski: „Ta druga taktyka na pewno bardziej nam odpowiada. Nie oszukujmy się, przygotowujemy się do meczów eliminacyjnych; jeżeli więc spojrzymy na mecze z Portugalią i Włochami, to łatwo wywnioskować, w której taktyce było nam trudniej, a w której łatwiej. Każdy z nas widział, jaka była różnica, i to, czy ja to potwierdzam, nie ma znaczenia. W pierwszej połowie nie mieliśmy sytuacji, strzałów, była może jedna wrzutka. Po przerwie było już trochę lepiej, przeciwnikowi też grało się trudniej”.

Do tych słów naszego napastnika odniósł się selekcjoner: „Zawodnicy powinni skoncentrować się na wykonywaniu zadań nakreślonych przez trenera. Robert stwierdził tak dzisiaj, a ja pamiętam naszą rozmowę w dniu wczorajszym, podczas której powiedział, że wszystko bardzo dobrze wygląda. Nie chciałbym takiej sytuacji, żebyśmy teraz mówili o zdaniu piłkarzy. Oni są od tego, aby realizować zadania. Zdaję sobie sprawę, że w tym systemie mamy problem, ale skoro na coś się decydujemy, to piłkarze muszą mieć tego świadomość. Nie powinni szukać wymówek. Jeśli ktoś źle zagra albo źle przyjmie piłkę, to niezależnie od tego, jaki będzie system, nic się nie uda. Zdajemy sobie sprawę, że nie jest łatwo, ale sugeruję piłkarzom, aby zaczęli patrzeć na to, co sami robią na boisku. Dwa mecze, w szczególności z Włochami, pokazały, że w tym systemie mamy bardzo duże problemy. To nie jest łatwe i trudno wprowadzić nowe rozwiązanie po dwóch dniach treningów. Nie można myśleć, że zawodnicy od razu zaczną dobrze w nim funkcjonować. Jest presja czasu i też brak czasu, który powoduje, że ciężko wprowadzać nowy system. Zwłaszcza że nie jest się do niego przyzwyczajonym. Mecze z Portugalią i Włochami zweryfikowały nasze przemyślenia i wizję, jak możemy grać w innym systemie. Pokazały, że ten z klasycznymi skrzydłowymi jest dobry, bo byliśmy groźni i stwarzaliśmy sytuacje”.

Polski piłkarz musi mieć skrzydła

Na Facebooku zapiski znanego dziennikarza Jana Zabieglika: „Mecz z Portugalią przegrany tylko 2:3. Goli dla rywali mogło być więcej, bo grali na dobrym poziomie, a nasi głównie im przeszkadzali. Ale były też dwie łyżki miodu w tym gniocie. Gol Piątka głową po rzucie rożnym – bardzo ładny. Widać, że nie darmo chwalą go we Włoszech, gdzie w nowym sezonie w 11 meczach (siedmiu w Serie A, cztery pozostałe w Pucharze Włoch i klubowe towarzyskie) strzelił już 23 bramki dla Genui. Ucieszyła mnie także piękna bramka Kuby Błaszczykowskiego, na którym wieszano psy, że jest niby już skończony i gra w reprezentacji tylko dlatego, że nowy selekcjoner Jerzy Brzęczek jest jego wujkiem. Lewandowski, który wystąpił po raz 100. w reprezentacji Polski, był prawie zupełnie niewidoczny (…). To był już drugi mecz, tym razem z Włochami, w którym reprezentacja Polski co najmniej o klasę ustępowała rywalom, grając na własnym stadionie. Nie wiem, czy nowy selekcjoner Jerzy Brzęczek jest w stanie z tym coś zrobić!”.

Zabieglikowi wtórował szef sportu Wirtualnej Polski, Michał Kołodziejczyk: „To nie wygląda jak kadra w budowie. To wygląda jak kadra w rozsypce. Po dramatycznym mundialu Polacy podnieśli się tylko na jedną połowę wrześniowego meczu z Włochami – w czwartek wieczór na Stadionie Śląskim znowu przez większość czasu grali jak zbieranina przypadkowych piłkarzy, którym ktoś kazał zmierzyć się z poważnym rywalem. Przegrali zasłużenie, przed długimi minutami milczącą publicznością. To milczenie jest być może tylko efektem pierwszego szoku – jak pierwszy dzień w pracy po długim urlopie w tropikach. Być może wracamy do szarej rzeczywistości, w której byliśmy przed kadencją Adama Nawałki. Rzeczywistości, do której będziemy musieli się przyzwyczaić (…).
Między golem na 1:0 i na 2:3 Polacy oddali boisko przeciwnikom. Patrzyli, jak podają, patrzyli, jak uderzają na bramkę. Bernardo Silva, zanim strzelił dla Portugalczyków trzecią bramkę, przebiegł po 17. metrze, mijając pięciu Polaków, którzy nawet nie ruszyli do interwencji. Rozmyta odpowiedzialność, brak liderów, nawet Kamil Glik w rozpaczliwej interwencji wpychający piłkę do własnej bramki – to wszystko sprawia, że na razie trudno wierzyć w sukces tej drużyny. Po pięciu tłustych latach, kiedy wierzyliśmy w zwycięstwo z każdym, teraz czasami trzeba po prostu przyznać – nie mieliśmy szans. Wróciliśmy na Ziemię.

Z Włochami cud był blisko, bo do końca 90. minuty był bezbramkowy remis. Cudu jednak nie było, bo Cristiano Biraghi wepchnął piłkę do naszej bramki w ostatniej akcji meczu i pożegnał nas z elitarną grupą Ligi Narodów. Pasowaliśmy do niej jak kwiatek do kożucha. Nawet nie naokoło – wracamy na swoje miejsce prostą i najkrótszą drogą, skacząc w dół. Możliwość gry z Włochami i Portugalią wywalczona została ostatnimi pięcioma latami sukcesów, nie wiadomo, kto potłukł lustro, ale teraz Europa dość brutalnie udowadnia nam, że były to sukcesy na wyrost.

Polski piłkarz musi mieć skrzydła. Nie wiem, czy zmiana taktyki na jakąkolwiek inną niż z szybkimi pomocnikami po bokach boiska jest możliwa przez najbliższe dekady. Na razie reprezentanci wszystkich polskich piłkarzy – a więc nasza jednostka elitarna, najlepsi z najlepszych – nie są w stanie nauczyć się niczego nowego. Wiatr na skrzydłach jest groźny dla rywali, bez skrzydeł nasza kadra traci polot i wiarę w siebie. Jest zagubiona na boisku, patrzy za piłką i za nią gania. Bez większego sensu (…).

Niedzielny mecz z Włochami mógł zakończyć się już w pierwszej połowie. Nie można byłoby mieć pretensji do losu ani przeklinać na niesprawiedliwość futbolu, gdyby rywale schodzili do szatni z trzybramkowym prowadzeniem. Dwa razy trafili w poprzeczkę, urządzili reprezentantom Polski grę w dziadka – na całym boisku, na dwa, trzy kontakty. To była surowa lekcja (…).

Polacy nie utrzymują się na górze Ligi Narodów, bo Jerzemu Brzęczkowi pozwolono eksperymentować. Bo sam dał sobie taką możliwość. Poprowadził Polskę w czterech meczach, dwa przegrał, dwa zremisował. Ostatnio Polacy wygrali na mundialu z Japonią, kiedy Adam Nawałka dość brzydko kończył piękną kadencję. Po mistrzostwach nasi piłkarze narzekali, że taktyka zaproponowana przez Nawałkę zupełnie im nie pasowała, teraz Brzęczek zaproponował coś, co nie pasowało im jeszcze bardziej. Grali dobrze tylko wtedy, gdy grali jak w trakcie dwóch ostatnich eliminacji – strasząc po bokach. Teraz ze strachem w przyszłość mogą patrzeć tylko kibice. Nijakość w biało-czerwonych barwach wróciła na polskie stadiony”.

Liczby nie kłamią

Przed pójściem na stadion skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż oglądanie meczu piłkarskiej reprezentacji Polski może zagrażać twojemu życiu lub zdrowiu! Taka parafraza ostrzeżenia z reklam nikogo nie powinna dziwić. To, czego byliśmy świadkami podczas dwóch październikowych wieczorów, trudno określić inaczej niż jako wtórny analfabetyzm futbolowy. Wszelkie rozprawianie o kłopotach z taktyką ma się nijak do faktu, że polski piłkarz (w porównaniu z portugalskim czy włoskim) był słabszy technicznie, mniej zwrotny, mniej błyskotliwy, gorzej oceniający i przewidujący sytuację, wreszcie zdecydowanie wolniejszy. Chyba wystarczy…

Z dwudziestki naszych zawodników, których zobaczyliśmy w październikowym dwumeczu, zaledwie jeden – Wojciech Szczęsny – zagrał (przeciwko Włochom) na poziomie, jakiego oczekujemy od reprezentanta kraju. Chociaż nawet on nie ustrzegł się błędów przy wprowadzaniu piłki w boczne sektory, co najczęściej kończyło się stratą. Drugi pewniak w bramce, Łukasz Fabiański, po spotkaniu z Portugalią przyznał samokrytycznie, że ma do siebie pretensje za zachowanie przy drugim i trzecim straconym golu.

Aż strach pomyśleć, jak wyglądałaby batalia z Portugalią, gdyby nie zabrakło w niej Cristiana Ronalda i wielce utalentowanego napastnika Gonçala Guedesa. I jeszcze jedno – dlaczego przeciwko Włochom nie zagrał Krzysztof Piątek? Do tego, że Arek Milik nie trafia, zdążyliśmy się przyzwyczaić, ale byliśmy niezmiernie ciekawi, jak spisze się „Pistolero” w starciu z ligowymi rywalami. Oni autentycznie się go obawiali, o czym świadczyła przedmeczowa wypowiedź kapitana Squadra Azzurra, słynnego obrońcy Juventusu Giorgia Chielliniego: „Jeszcze nie wiem, jak zatrzymać Piątka. Liczę na to, że w następnych dwóch spotkaniach, w reprezentacji i Genui, przestanie strzelać gole. Mam nadzieję, że zrobi sobie przerwę”.

Liczby i fakty nie kłamią. W obu spotkaniach biało-czerwoni oddali po trzy (!) celne strzały, czyli średnio trafiali raz na pół godziny. Grali u siebie, ale w rzutach rożnych „przegrali” z Portugalczykami 4:6, a z Włochami aż 1:8. Zadziwiająca statystyka. À propos – niemoc strzelecka „Lewego” w reprezentacji trwa już 552 minuty. W potyczce z Italią nasz supersnajper nie oddał ani jednego strzału na bramkę. Kapitan narodowej jest jakiś rozkojarzony, sfrustrowany, przemęczony. Jego kontakty (vide polemika) z nowym selekcjonerem wyglądają na co najwyżej poprawne. Robert ma pretensje do całego świata – nie idzie mu w kadrze, także Bayern wpadł w dołek, w efekcie zabrakło go w trzydziestce nominowanych do Złotej Piłki „France Football”. Co ciekawe, na liście nie znalazło się nazwisko ani jednego piłkarza Bundesligi. Wyjątkowo rozmowny Lewandowski ocenił także pomysł rozgrywania spotkań w Lidze Narodów. Ku zaskoczeniu dziennikarzy oraz kibiców oświadczył: „Ja do dziś nie wiem, o co w tym chodzi, i nie są to dla mnie mecze o coś…”. Mało profesjonalne podejście do sprawy – występ w koszulce z białym orłem przestał być wydarzeniem… Źle się dzieje, a nawet bardzo źle, kiedy sam kapitan pozwala sobie na publiczne dzielenie meczów zespołu narodowego na ważniejsze i mniej ważne. Trudno potem się dziwić, że niektórzy nasi zawodnicy nie sprawiają wrażenia wojowników gotowych umierać ani jeden za drugiego, ani za Polskę. Jeżeli ktoś zapyta, jak miałoby to wyglądać, niech sobie przypomni chociażby występy Chorwatów podczas tegorocznego mundialu.

Fot. Konrad Paprocki/REPORTER

Wydanie: 43/2018

Kategorie: Sport

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy