Smutny koniec zabawy zapałkami

Smutny koniec zabawy zapałkami

Brytania „znów” miała być Wielka. Tymczasem po referendum ma problemy

Z wyniku brytyjskiego referendum głośno cieszy się przede wszystkim Nigel Farage, lider brytyjskich nacjonalistów. Znacznie mniej cieszą się ci Brytyjczycy, którzy posłuchali jego i innych polityków i byli przekonani, że głosują za czym innym niż w rzeczywistości. Brytania „znów” miała być Wielka. Tymczasem ma problemy. Na dodatek nikt nie wie, kiedy Zjednoczone Królestwo wyjdzie z Unii, jak to zrobi i na jakich zasadach.

Farage się cieszy, ale inny lider kampanii Vote Leave (Głosuj za wyjściem), Boris Johnson, ma w ostatnich dniach raczej kwaśną minę. To może zaskakiwać, bo przecież wygrał. Ale nie powinno. Wymarzonym scenariuszem dla eksburmistrza Londynu była bowiem nie wygrana, lecz niewielka porażka. Taki wynik pozwoliłby podważyć pozycję Camerona – który referendum rozpisał tylko po to, by je wygrać i wzmocnić swoją pozycję w partii – i rzucić mu wyzwanie w walce o fotel premiera. Jednak kiedy człowiek bawi się zapałkami, musi liczyć się z tym, że się poparzy. Dla Davida Camerona będą to poparzenia fatalne. Dla Borisa Johnsona – lżejsze, ale także nie ma powodów do radości. Gdyby Johnson nieznacznie przegrał referendalne głosowanie, najpewniej byłby premierem. Teraz jest człowiekiem, który spowodował katastrofę. Podniesie się z tego, ale stracił pierwszą szansę na zajęcie stanowiska szefa partii. Inna sprawa, że raczej nie będzie to szansa ostatnia.

Były burmistrz Londynu sam zrezygnował ze startu w partyjnych wyborach. Wiedział, że ma w nich ograniczone szanse, a prowadzenie kampanii będzie oznaczać konieczność odpowiadania na pytania o liczne złożone przed referendum obietnice, które już okazały się kłamstwem. Obietnice, które nigdy nie zostałyby rozliczone, gdyby Brexit przepadł w referendum.

Miliony na służbę zdrowia

Byłyby to trudne pytania, bo Johnson i Farage w kampanii obiecywali równie chętnie i bajkowo jak Beata Szydło. Teraz okazuje się, że obietnice nie były obietnicami albo w ogóle nie były składane. Tymczasem dziennikarzom na Wyspach można zarzucić wiele, ale nie to, że nie potrafią liczyć i unikają pytań o pieniądze. Dlatego narasta poczucie zniesmaczenia i ludzie, trochę za późno, sięgają po kalkulatory. „Nawet dla tak optymistycznego brexitera jak ja ostatnie kilka dni było trudne. Kiedy docierają do nas pewne podstawowe prawdy, wielu ludzi, którzy głosowali za wyjściem, zaczyna się czuć nieco zdradzonych”, pisał na łamach „The Independent” Sean O’Grady. A to dopiero początek, bo Vote Leave obiecało wszystko wszystkim – z wyjątkiem imigrantów.

Wyjście z Unii miało (bo już nie ma) pozwolić na zwiększenie finansowania służby zdrowia, otwarcie setek nowych szkół, zwiększenie liczby miejsc w podstawówkach, miało dodać pieniędzy na badania naukowe, rolnictwo, budowę nowych dróg, poprawę kolei, rozbudowę lotnisk, większą liczbę nowych mieszkań komunalnych, wyższe emerytury, pomoc dla biznesu, a nawet nowe łodzie podwodne dla królewskiej marynarki. I to wszystko przy jednoczesnym zmniejszeniu deficytu budżetowego oraz obniżeniu podatków. Zarówno osobistych, jak i tych płaconych przez przedsiębiorców, podatków VAT oraz lokalnych. Na skutek zniesienia VAT na energię elektryczną niższe miały się stać także rachunki za prąd, co miało przynieść gospodarstwom domowym oraz firmom 12 mld funtów oszczędności rocznie. Tę obietnicę błyskawicznie zweryfikowało życie. Wielka Brytania jest importerem energii. Spadający kurs funta, który wrócił do poziomu z czasów Margaret Thatcher, spowoduje, że za prąd trzeba będzie płacić więcej. Jeżeli kurs się utrzyma, to o 12%, jak sprawnie wyliczają dziennikarze ekonomiczni z Wysp.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 27/2016

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy