Chusta dla Allaha

Chusta dla Allaha

Iran się zmienia. Ludzie testują cierpliwość władz, a zwłaszcza okrytych złą sławą Strażników Rewolucji

Zawarte kilka tygodni temu porozumienie Iranu z grupą 5 + 1 (USA, Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Rosja i Chiny) to największy sukces irańskiej dyplomacji od czasu obalenia szacha. Dziś trudno jednak powiedzieć, kto oprócz Teheranu na tym zyskał. A mówiąc dokładniej: kto zyskał, oprócz rządzących duchownych. Zwykli Irańczycy, choć tłumnie świętowali na ulicach, z nowego otwarcia z pewnością nie skorzystają.Jak zgrabne są Iranki, zobaczyłem na lotnisku w Stambule. A potem jeszcze trochę w samolocie. W obcisłych dżinsach czy legginsach, z rozpuszczonymi włosami wiele z nich prezentowało się znakomicie. Niestety, tuż przed lądowaniem w Teheranie czar prysł. Kobiety przyoblekły się w workowate stroje skrzętnie zakrywające niepolityczny dżins. Na głowy pozakładały chusty, hidżaby, a niektóre nawet nikaby. – Po co ci to? – zapytałem jedną z nich. – To dla Allaha – odparła. Wyszło na to, że Allaha nie ma ani w samolocie, ani w ogóle poza irańskimi granicami.

Iran jednak się zmienia. Ludzie testują cierpliwość władz, a zwłaszcza okrytych złą sławą Strażników Rewolucji. – To nie dzieje się z dnia na dzień – tłumaczy Pasha, właściciel hotelu, w którym zatrzymałem się w Isfahanie. – Dopiero jak się spojrzy 20-30 lat wstecz, widać różnicę.

Tuż po obaleniu szacha w 1979 r. restrykcje dotyczące ubioru były znacznie surowsze. Zakaz noszenia krótkich rękawów dotyczył także mężczyzn. Kobiety musiały dokładnie zasłaniać włosy, tak aby nawet pojedynczy kosmyk nie był widoczny spod chusty. Dziś właśnie po jej upięciu najłatwiej poznać, jak zbuntowana jest nosząca ją kobieta. Te najbardziej zrewoltowane zapinają kolorową, prześwitującą tkaninę gdzieś z tyłu głowy, ledwo kilka centymetrów nad karkiem. Inne na czubku. Oczywiście nie brakuje także superpoprawnych, nie dość że całkowicie zasłaniających włosy, to wręcz tworzących swoisty daszek nad czołem. Wiek nie ma przy tym znaczenia. Raczej tradycja i wychowanie.

Przemysł pogardy

Zmarły w czerwcu 1989 r. Ruhollah Chomeini jest wciąż obecny, ale na nikim nie robi już wrażenia. Jego podobizna spogląda z tysięcy plakatów, banknotów, ale także ekranów bankomatów i gazet. Cytaty Najwyższego Przywódcy znajdują się nawet w tak absurdalnych miejscach, jak park dinozaurów w Isfahanie czy policyjny filmik przestrzegający kierowców przed nadmierną prędkością. Chomeini spowszedniał, stał się takim samym elementem krajobrazu, jak billboard z reklamą. To także pokazuje, jak dalece Iran się zmienił. Gdy w 1979 r. Chomeini wrócił z wygnania, witały go miliony zwolenników. Najwięksi fanatycy rzucali się całować samochód, który wiózł ajatollaha. Gdy umarł, tłum rozerwał trumnę, by zabrać kawałek jego ubrania. Nie pozwalano go pochować, bo nie godzono się z myślą, że już nie żyje.

Dziś sprawa ubioru czy antyamerykańskich marszów stała się rutyną, na którą nikt nie zwraca uwagi, a i nikt nie buntuje się przez to. Ludzie przeciwni władzy szepczą po domach przy zasłoniętych żaluzjach, żalą się cudzoziemcom, świadomi, że ci zaraz wyjadą i zapomną. Brakuje zorganizowanej, silnej opozycji. – Rzecz w tym, że wielu rodaków żyje w miarę wygodnie, problemy z pracą nie różnią się zbytnio od tych w krajach zachodnich – tłumaczy socjolog Amanollah Gharaii Moghaddam. – Jeśli dostosujesz się do norm społecznych i religijnych, a nie byłeś w Europie czy USA i nie masz porównania, to nawet nie zauważasz, że coś jest nie tak.

„Przemysł pogardy” – tak modne ostatnio w Polsce określenie – prawdziwy rozkwit przeżywa właśnie w Iranie. Pogardy dla wszystkiego, co zachodnie, świeckie, nieislamskie. W przedszkolach pokazuje się dzieciom animowane historyjki o nieuczciwych, przekupnych Żydach skonfrontowanych z bogobojnymi, uczciwymi czcicielami Allaha. Na uroczystości państwowe i religijne co bardziej radykalni rodzice zakładają dzieciom na czoła zielone opaski z wypisaną szahadą, muzułmańskim wyznaniem wiary. Ciekawe jednak, że ta ideologia wbijana ludziom do głów od najmłodszych lat nie znajduje szerszego posłuchu. Płomienne wystąpienia liderów, kukły Obamy, Busha czy Netanjahu, hasła wzywające do zniszczenia USA czy Izraela nie przesłonią faktu, że dla większości Irańczyków nie ma to wszystko znaczenia i jest niczym innym, jak tylko fasadą, za którą nic się nie kryje. Zgodnie z wolą władz, ludzie wykrzykują antyzachodnie hasła, bo jest to element celebry, życia publicznego, lokalnego kolorytu, nad którym nie warto w ogóle się zastanawiać.

Jedynie władza, z dala od rzeczywistości, tkwi w swoim świecie i kontynuuje niezmienne od lat rytuały. Niczym w monstrualnej planszowej grze wszystko jest z góry zaplanowane i wyreżyserowane. Demonstracje w kolejne rocznice rewolucji są oczywiście obowiązkowe i przypominają PRL-owskie pochody pierwszomajowe. Ludzie dowożeni są na miejsca zbiórki podstawionymi przez władze autobusami, a po marszu tłumnie udają się do wybranych restauracji, realizując „kupon żywieniowy”. Jedyny kłopot polega na tym, że w pracy trzeba podpisać listę obecności, nie tylko wychodząc na marsz, ale i po nim.

Również to, co „spontanicznie” wykrzykuje rozentuzjazmowany tłum, nie jest przypadkowe. W zależności od politycznej koniunktury lista państw, które są passeé, zmienia się. Gdy kilka lat temu Londyn wysunął zastrzeżenia co do irańskiej polityki, „wzburzeni obywatele” natychmiast zareagowali hasłami: „Precz z Wielką Brytanią”. Podobnie było z Rosją, gdy nie chciała bezwarunkowo wesprzeć irańskiego stanowiska. Z kolei gdy kilka miesięcy temu Obama zapowiedział negocjacje dotyczące irańskiego programu nuklearnego i zmianę amerykańskiej polityki wobec Teheranu, z plakatów zniknęły USA. Wydaje się, że jedynie Izrael nie ma szans udobruchać ajatollahów, chyba że – zgodnie z życzeniem byłego prezydenta Iranu Mahmuda Ahmadineżada – „zostanie wymazany z mapy”.

Władza skrupulatnie pilnuje też symboli. Ali Chamenei, obecny Najwyższy Przywódca, następca Chomeiniego, nie może na plakatach pojawiać się sam. Taki przywilej ma tylko Chomeini. Nigdzie nie ma podobizn prezydenta, który choć wybierany w wyborach powszechnych, w irańskim systemie politycznym jest tylko zwykłym urzędnikiem. Irańskie władze to świat hermetyczny; politolodzy zajmujący się Iranem bacznie obserwują, czyje podobizny, w jakiej kolejności i na jak dużym plakacie pojawiają się w publicznych miejscach, niczym dawni sowietolodzy na podstawie zdjęć z honorowych trybun dowiadujący się o przetasowaniach na szczytach w ZSRR.

Strony: 1 2

Wydanie: 31/2015

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy