Sojusz w imię czego?

Sojusz w imię czego?

To SLD będzie teraz rozdawać karty i jego największym błędem byłoby, gdyby za cenę przyjęcia do „dobrego towarzystwa” pozwolił podrzucić sobie znaczoną talię

Dawno temu w szczęśliwej Anglii Jeremy Bentham, jeden z prekursorów filozofii utylitaryzmu, obiadował w towarzystwie człowieka interesu. Kiedy przedsiębiorca miał już dość gadulstwa filozofa, powstrzymał jego słowotok, powiadając: „Panie Bentham! To, co pan mówi, to tylko idee! Nic, tylko idee!”. Na to Bentham, zaczerpnąwszy oddechu, odrzekł: „Drogi panie, był sobie kiedyś filozof Jean-Jacques Rousseau, który napisał książkę. Książka ta nie zawierała nic, tylko idee. Ale drugie wydanie tej książki było oprawione w skóry tych, którzy śmiali się, kiedy ukazało się pierwsze”.
Anegdota ta ilustruje wiarę w siłę idei, tak bliską ludziom lewicy – dawnej i obecnej. Ulubionym zajęciem intelektualistów prawicowych jest natomiast krytykowanie lewicy za tę właśnie wiarę w możliwość racjonalnej naprawy nieracjonalnej rzeczywistości społecznej, a w szczególności oskarżanie Rousseau o zapoczątkowanie tego występku. Sens (nie)sławnej książki Paula Johnsona pt. „Intelektualiści” sprowadzić można do tego, że to nic innego, jak

wiara lewicowych
intelektualistów

w siłę racjonalnych idei, które wcielali w życie powodowani swą hybris, sprawiła, że ponieśli w tym spektakularną i nieuniknioną klęskę. Taki sposób ujęcia tego problemu pozwala wyjaśnić programowy antyintelektualizm prawicy. Wskazując bowiem na dotkliwie namacalny przykład marksizmu, intelektualiści prawicowi z uporczywością starają się dowodzić, jak bardzo szkodliwe mogą być idee.
Ostatnimi czasy niektórzy związani z prawicą intelektualiści, głównie Jadwiga Staniszkis, wyrażają żal z tego powodu, że swoim zaangażowaniem przyczynili się do powrotu politycznych ugrupowań prawicowych do władzy i obecnie wypierają się miana ojców i matek chrzestnych tego sukcesu. Sukcesu, który, jak wiadomo, zakończył się wielką i bolesną dla wszystkich porażką. Trudno im się dziwić. Okazało się bowiem, że „drugie wydanie” głoszonych przez nich idei – bez względu na to, czy śmialiśmy się z nich, czy nad nimi płakali – jest właśnie cierpliwie a starannie oprawiane w nasze własne skóry przez ich wcielaczy.
Jadwiga Staniszkis sformułowała również ostatnio ideę sojuszu Sojuszu Lewicy Demokratycznej z kształtującą się jeszcze Platformą Obywatelską. W propozycji prof. Staniszkis chodzi w istocie o koalicję ideologiczną nowoczesnej lewicy z archaicznym liberalizmem.
Propozycja ta nie jest zaskoczeniem. Analogiczne sugestie formułowali zwolennicy SLD również w odniesieniu do Unii Wolności. Przedstawiciele tej ostatniej wszelako zawsze z lekceważeniem i wstrętem odrzucali tę myśl.

W swym samozadowoleniu

jednak zagubili emancypacyjną siłę myśli liberalnej, która uległa stłamszeniu przez tę zdogmatyzowaną polityczną i intelektualną reprezentację polskiego liberalizmu. Uświadomili to sobie zbyt późno, aby się pozbierać. Taka ocena stanu polskiego liberalizmu wcale nie jest ani oryginalna, ani wnikliwa, lecz mimo to pozostaje słuszna. Zagubienie tej emancypacyjnej siły wolnej myśli przez jej polskich głosicieli stało się bowiem oczywiste dla większości ludzi w Polsce, którzy początkowo byli gotowi do wielkich poświęceń na rzecz tych emancypacyjnych ideałów, lecz po dekadzie wysiłków zrozumieli, że ich praca została zlekceważona i zniweczona przez tych, którym powierzyli swe zaufanie.
Stawia to jednak pytanie, kto i jak ten tradycyjnie liberalny potencjał wolności może ocalić. Konstruktorzy i budowniczowie Platformy nie mogą nimi zostać, ponieważ wyszli z tej samej szkoły, która zrobiła wszystko, aby go zniweczyć. Z tej przyczyny inicjatywa nie leży po ich stronie. To SLD będzie teraz rozdawać karty i jego największym błędem byłoby, gdyby za cenę przyjęcia do „dobrego towarzystwa”, za jakie się uważa UW i PO, pozwolił im podrzucić sobie znaczoną talię.
Dlatego wydaje się, że alternatywa wobec dotychczasowych postaw intelektualno-politycznych musi składać się z rdzenia egalitarnych i demokratycznych idei lewicowych. Muszą one być wsparte i uzupełnione dwoma pojęciami, które tradycyjnie uważano za

niemożliwe do pogodzenia

z lewicowością. Chodzi mianowicie o pojęcie liberalizmu w jego różnych zastosowaniach oraz o pojęcie dobra wspólnego, tradycyjnie zawłaszczane przez republikańskie koncepcje polityczne.
Nowoczesne pojęcie lewicowości we współczesnym świecie nie ma bowiem sensu bez liberalizmu politycznego i obyczajowego, ale także nie ma ono sensu bez liberalizmu ekonomicznego. Wszystkie te obszary, w których tradycyjna lewica dążyła do emancypacji, należy odebrać liberałom, których początkowy sukces popchnął później w kierunku dogmatu i skostnienia. Te podstawowe idee liberalne należy odebrać liberałom, lecz po to jedynie, aby zaprząc je, zwłaszcza liberalizm ekonomiczny, w służbę nowocześnie rozumianych wartości demokratycznych i egalitarnych. Jednocześnie nowoczesna lewica musi się wyzbyć tradycyjnej archaicznej klasowości (na szczęście już to w większości uczyniła) i zastąpić ją troską o dobro wspólne wszystkich ludzi zamieszkujących nowoczesne państwo. Jak bowiem dotychczasowa historia dowiodła, nikt nie był w stanie o nie się zatroszczyć.
Nowoczesna lewica winna zachować zarazem świadomość, że treść pojęcia dobra wspólnego musi być każdorazowo negocjowana w demokratycznym procesie sporu o to, czym owo dobro wspólne jest. Taki konglomerat idei daje więcej nadziei, że ich wydanie będzie wymagało mniej ludzkiej skóry.


Autor jest profesorem Uniwersytetu Wrocławskiego

Wydanie: 34/2001

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy