Sojusz na nowe czasy

Sojusz na nowe czasy

Lewica musi być w obozie demokratycznym. Jej wyborcy najbardziej zdecydowanie bronią Trybunału Konstytucyjnego

Jest nowy czas. Polska zmieniła się 25 października. Zmieniła się też 12 grudnia. Nie, nie dlatego, że tego dnia była konwencja SLD. Mało kto ją zauważył. Zmieniła się, bo 12 grudnia na ulice w obronie demokracji wyszło 50 tys. Polaków.
Niezależnie od intencji organizatorów tamtej demonstracji stała się ona symbolem zmiany. Symbolem nowego podziału Polski. Nowego zdefiniowania miejsc na scenie politycznej.
Pierwszym podziałem po roku 1989 był podział na postkomunę i post-Solidarność – mocny, wyraźny, wydawało się, że będzie trwał długie lata.
Tak się nie stało. Już w kampanii 2005 r., po rezygnacji Włodzimierza Cimoszewicza, Lech Kaczyński rzucił ideę podziału na Polskę liberalną i Polskę solidarną, który jednak szybko został zastąpiony przez podział na Polskę Jarosława Kaczyńskiego i PiS oraz Donalda Tuska i PO. Obaj liderzy spostrzegli, że ten podział jest źródłem ich siły, bo zasysa wszystko, co pojawia się  na scenie politycznej. Cynicznie więc grali, by był coraz dramatyczniejszy i nieodwołalny. Partie, które swego czasu szły ręka w rękę jako PO-PiS, nagle stały się biegunami polskiej polityki! Czuwał nad tym „przemysł pogardy”, czuwała „mowa nienawiści”, a politycy SLD zgrzytali zębami, z roku na rok coraz bardziej spychani na margines jako coś niepotrzebnego, niepasującego do obecnego świata.
Ten podział w końcu skruszał, bo rozpadł się, czy też znacznie osłabł, jeden z jego kluczowych elementów – Platforma Obywatelska. Tusk wyjechał do Brukseli, władzę wzięło PiS. I zaczęło rządzić. Te rządy, te decyzje, które już zostały podjęte, wyrysowały nową linię. Po jednej stronie stanęli ci, którzy są za PiS, po drugiej ci, którzy są przeciw i bronią demokracji.
Czy w tak podzielonym świecie można być gdzieś pośrodku? Oczywiście, że nie. Lewica musi być w obozie demokratycznym, choćby dlatego, że nie może być z PiS. Wyborcy lewicy – jak pokazują sondaże – są najbardziej antypisowscy i najbardziej zdecydowanie bronią Trybunału Konstytucyjnego.
Musi tam być także z innego powodu – SLD jest poza parlamentem, stracił więc możliwość uprawiania polityki gabinetowej. Jedynymi miejscami, gdzie może walczyć o życie, są ulica i media. Przede wszystkim te nietradycyjne, bo na łaskawość telewizji publicznej Sojusz nie ma co liczyć.
Mądrość polega więc na tym, by tak przekształcić SLD, by jak najlepiej pasował do nowych czasów. To będzie zadanie nowego szefa partii. Jego osobowość określi kształt ugrupowania i szanse w grze politycznej.
Rzecz jasna, w przyszłości mogą się zdarzyć różne rzeczy, ale styczniowy wybór, najpierw 16 stycznia, a potem podczas nadzwyczajnego kongresu, określi na 90% przyszłość partii.
Faworytami w tej rozgrywce są Jerzy Wenderlich i Krzysztof Gawkowski, niektórzy do tego grona dorzucają Włodzimierza Czarzastego.

JERZY WENDERLICH
Ma w SLD autorytet, bo był wicemarszałkiem Sejmu, jest sprawnym mówcą, no i zdobył największą liczbę głosów spośród wszystkich kandydatów z SLD. Popierają go starsi działacze Sojuszu, byli posłowie, zwłaszcza ci krytyczni wobec Leszka Millera i idei Zjednoczonej Lewicy. Cokolwiek by zatem mówił, będzie się kojarzył z nimi. Czyli z przekonaniem, że Zjednoczona Lewica to był błąd i trzeba wrócić do SLD jako samodzielnego bytu, nie wiążąc się z innymi ugrupowaniami.
Nigdy już nie zweryfikujemy opinii, że startując samodzielnie, SLD przekroczyłby próg 5%. Socjolodzy, analizując wyniki wyborów, utrzymują, że idąc do wyborów samodzielnie, Sojusz uzyskałby 4,1% poparcia. Dlaczego więc teraz, w jeszcze trudniejszych okolicznościach, miałby być silniejszy? Zwłaszcza że Jerzy Wenderlich to polityk gabinetowy, a nie wiecowy. I wyważony w swoich wypowiedziach, co dobrze wygląda u polityka partii rządzącej, ale w przypadku opozycjonisty, który musi się przebijać spoza Sejmu, już nie.
Z takim balastem trudno mu będzie odbudowywać Zjednoczoną Lewicę, raczej będzie działał na rzecz uspokojenia sytuacji wewnątrz SLD.

KRZYSZTOF GAWKOWSKI
Forsował koncepcję Zjednoczonej Lewicy, więc to jego winią w SLD za porażkę wyborczą. On odpowiada za to, że niewiele brakowało. Że pierwsze miesiące kampanii były czasem straconym, że ruszyła dopiero wtedy, gdy zaczął nią kierować Dariusz Joński, zabrakło straconych wcześniej dni i pieniędzy na zdobycie brakujących głosów.
Przypomina też, że ZL po przedstawieniu Barbary Nowackiej zaczęła w sondażach iść w górę i że jedne z najlepszych wyników uzyskały kandydatki spoza Sojuszu: Nowacka, Nowicka, Szczuka.
Gawkowski jest przedstawicielem młodszych działaczy SLD, otwartych na współpracę w ramach Zjednoczonej Lewicy, przygotowanych do tego, że naturalną przestrzenią aktywności partii staną się ulica i internet. To z jego inicjatywy Sojusz wysłał 12 grudnia delegację na manifestację KOD.
Poza tym zręcznie unika zarzutu, że chce wejść w buty Leszka Millera – proponuje bowiem nową formułę, z mocną rolą Barbary Nowackiej, co jest jakąś gwarancją, że media taką formacją będą się interesować.

WŁODZIMIERZ CZARZASTY
Do Sojuszu wkroczył z przytupem – na zjeździe mazowieckiego SLD, na którym został wybrany na szefa struktur wojewódzkich, mówił, że tworzy listę chętnych do rad nadzorczych spółek skarbu państwa. Ten sposób zarządzania nie okazał się skuteczny – w wyborach samorządowych partia poniosła na Mazowszu klęskę.
Podobnie było z obecnością w mediach – początkowo wydawało się, że je podbije, potem – gdy stało się jasne, że nie ma nic do powiedzenia – już tylko irytował.
Klęską okazała się kampania wyborcza, której początkowo był szefem. Prowadził ją źle, w dniu, w którym w trybie awaryjnym przejmował ją Dariusz Joński, poparcie dla Zjednoczonej Lewicy spadło do 5%! Dodatkowo wydał pieniądze, których zabrakło w ostatnim tygodniu, na finiszu kampanii.
Tym samym dorobił się opinii słabego organizatora, polityka bez poglądów, na dodatek osoby kolekcjonującej wrogów, a nie przyjaciół. Jego SLD byłby taki jak on – zepchnięty do kąta, naburmuszony, bez szans na większą grę.

Podział jest więc dość prosty. Po jednej stronie są opowiadający się za Zjednoczoną Lewicą i są to raczej działacze młodsi, gotowi nawet na zmianę nazwy czy formuły organizacyjnej, po drugiej – zwolennicy czystego SLD, którzy wierzą, że szyld Sojuszu ma wciąż magiczną moc, a w innych lewicowych ugrupowaniach widzą konkurencję.
Inne sprawy, które kiedyś były w SLD przedmiotem wielu batalii, takie jak stosunek do Polski Ludowej, do PZPR, do Kościoła, do polityki gospodarczej, prywatyzacji itd., znalazły się na marginesie. Spór ZL kontra czysty SLD przykrywa całą resztę.
W zależności od tego, która z tych grup będzie górą, kształtować się będzie przyszłość SLD i ludzi, którzy jeszcze tam zostali. Ich los jest więc w ich rękach.

Wydanie: 2/2016 2016

Kategorie: Publicystyka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy