SORtownia. Drzwi, a za nimi magia

SORtownia. Drzwi, a za nimi magia

Na moment odszedłem do pogotowia, żeby odsapnąć. Najcięższy dyżur w karetce jest i tak lżejszy niż najlżejszy na oddziale ratunkowym

Piotr przez kilka lat pracował jako lekarz w szpitalnym oddziale ratunkowym połączonym z jednym z 14 polskich centrów urazowych. Śmigłowce i karetki zwożą ofiary z wielonarządowymi obrażeniami z najcięższych wypadków (nie tylko komunikacyjnych). Są też zawały, udary, nieudane próby samobójcze, zatrucia, utonięcia, porażenia prądem. Wszystko, co najgorsze. Na oddziale 18 łóżek, dwóch lekarzy, pięć pielęgniarek, jeden ratownik. Obszar operacyjny: promień 80 km, 600 tys. ludzi. Średnio w czasie doby obsługiwanych jest 70 pacjentów. Zdarzają się jednak dyżury, podczas których przewija się setka. Praca w tempie sprinterskim. Dzieje się tyle, że nie wiadomo, w co ręce włożyć.

Przez sale niesie się dzwonek telefonu. To dźwięk nieszczęścia. Informacja, że ktoś stanął nad przepaścią i jeszcze nie podjął decyzji. Lekarz ze śmigłowca w telegraficznym skrócie:

– Lecimy. Dziecko, wypadek samochodowy. Uraz wielonarządowy: brzuch, klatka piersiowa, twarzoczaszka, połamane nogi i ręce. Krążenie zatrzymane, reanimowany. Siedem minut i jesteśmy. Cześć.

Piotr uruchamia procedurę. Najpierw informacja do pracowników oddziału. Krzątanie wokół erkowego łóżka, włączenie USG, szykowanie przyrządów i aparatury. W tym czasie Piotr wydzwania trauma team: grupę lekarzy specjalistów, bez której uratowanie dziecku życia będzie niemożliwe.

– Panie doktorze, zaraz zleci na śmigle dziecko z wypadku – to do ortopedy.

– Panie doktorze, ciężki przypadek, dziecko, wielonarządowe obrażenia – to do chirurga. Podobne telefony wykona jeszcze do neurochirurga, torakochirurga, radiologa i anestezjologa. Wszyscy zjawią się w kilka minut. Staną przed rozsuwanymi drzwiami, wciągną na dłonie gumowe rękawiczki.

Wjeżdżają nosze, ratownicy trzymają kroplówkę. Chłopiec – na oko sześć lat – leży na ortopedycznej desce. Jest cały we krwi, widać otwarte złamania. Sytuacja dramatyczna. Brak oznak życia, zatrzymane krążenie.

– Miał wiotką klatkę piersiową, kręgosłup, szyję. Był po prostu cały połamany – opowiada Piotrek.

To nie film, więc nikt nie krzyczy: „Panie doktorze, tracimy go!”. Oczywistych poleceń też nie ma, wszyscy wiedzą, co robić. Akcja przypomina pracę dobrze zaprogramowanej maszyny. Wkłucia, pobranie krwi, próba krzyżowa. Piotr udrażnia drogi oddechowe: wyciąga rękę, pielęgniarka podaje laryngoskop. Jeszcze raz: rurkę intubacyjną, ssak. Ktoś inny rozcina ubranko, jeszcze inny – cewnikuje. Radiolog robi przyłóżkowe zdjęcia kończyn. Raz, dwa, trzy, cztery – trwa nieustanny masaż. No, dalej mały. Gdy tylko ruszy, będzie można pojechać na trauma skan, całościowy tomograf komputerowy. Później – od razu na centralny blok operacyjny. Wszyscy są gotowi, kilku chirurgów pali się do pomocy. Raz, dwa, trzy, cztery, tlen. Dawaj!

Ale chłopiec nie ruszy. Nie otworzy oczu. Jego serce nie zabije. Zaraz na oddział wbiegnie matka. Zrozpaczona kobieta, która chwilę wcześniej dowiedziała się o śmierci męża. Przy życiu trzyma ją tylko nadzieja na uratowanie syna. Ona jeszcze nie wie tego, co wie Piotr. Za chwilę jej o tym powie. A gdy powie, ona wpadnie w obłęd.

– Normalni na oddziałach ratunkowych i w centrach urazowych nie pracują. Obcujemy z takimi widokami i zdarzeniami, urwanymi nogami, wnętrznościami, mózgiem na wierzchu, śmiercią, że normalny człowiek by zwariował. Czasem podczas reanimacji zdarza się komuś z nas zaśpiewać, powiedzieć żart. Rozmawiamy ze sobą w taki sposób, że gdyby ktoś nas nagrał, byłby ogólnopolski skandal. A my po prostu tak odreagowujemy. Staramy się odciąć. Bez tego skończylibyśmy w psychiatryku. Śmierć dzieci to jednak sytuacja skrajna. Porusza nawet lekarzy medycyny ratunkowej. To rzadkie przypadki, w naszym szpitalu jest ich 10-12 w roku.

Niby rzadkie, ale raz w miesiącu trzeba taką śmierć przeżyć.

Piątek, godzina 13.05

– Wieziemy wam pana, upadek z dużej wysokości. Urazy ręki i kręgosłupa. Duża utrata krwi. Jesteśmy za kilka minut – mówi ratownik. Rozłącza się.

Z kolei ten SOR jest nieduży. Raptem cztery łóżka obserwacyjne i dwa erkowe, te do reanimacji. Gdy w okolicy zdarzy się coś naprawdę poważnego, pacjent wieziony jest od razu 60 km do centrum urazowego, do Piotrka. Jednak i tu zdarzają się bardzo ciężkie przypadki.

– Ogarnę to, ty zajmij się resztą – mówi do kolegi lekarza Darek, 12 lat w zawodzie jako chirurg i specjalista medycyny ratunkowej. Na dyżurze nieprzerwanie od 30 godzin. Jeszcze tylko 18 i jego szychta dobiegnie końca. Dziś na oddziale jest ich dwóch, do pomocy cztery pielęgniarki. W oddali słychać wyjącą syrenę. Na terenie szpitala milknie, jeszcze dwa razy w lewo i karetka będzie na podjeździe.

Nosze wjeżdżają na oddział. Słychać jęk. Mężczyzna spadł z maszyny podczas pracy w lesie. Lecąc, obijał się o metalowe elementy. Złamana kość rozorała skórę. Kumple z roboty zadzwonili po pomoc.

– Zakładamy historię. Tomografia: głowa, szyja, zdjęcie klatki piersiowej, ręki – mówi Darek.

Działają automatyzmy. Pobranie krwi: jonogram, morfologia, keratynina. Od pana czuć alkoholem, to również trzeba sprawdzić. Jeszcze grupa krwi i próba krzyżowa. Ciśnienie, tętno, temperatura. Wszystko idzie jak w zegarku. Pielęgniarka rozwija jeden z opatrunków. Rana wygląda bardzo źle, obficie krwawi. (…)

– Halo, proszę pana! Słyszy mnie pan? – Stan pacjenta nagle się pogarsza, traci oddech. Darek wstrzymuje nosze. – Nieprzytomny! – Lekarz podnosi głos. – Zatrzymał się! Dawać go na erkę!

Pojawia się drugi doktor. Na trzy: raz, dwa, trzy, hop! Zaczyna się walka.

Intubacja, elektrody, EKG. Adrenalina według protokołu, masaż, raz, dwa, trzy, cztery, tlen, defibrylacja, raz, dwa… Pielęgniarki krążą wokół pacjenta jak wolne elektrony. Jedna zakłada cewnik do pęcherza, druga wkłuwa się w szyję. Raz, dwa, trzy, tlen, tlen. 5 minut, 15, 20. Jedna, druga, trzecia pętla reanimacyjna. Pan Karol, lat 56, pracownik leśny, ojciec czwórki dzieci, dziadek dwójki wnucząt. Jego los w rękach Darka, Jakuba, Danki i Renaty.

Piątek, godzina 13.20

Pięć osób na lewo od małego stolika. Siedzą na krzesełkach wzdłuż ściany. Na stoliku kilka ulotek, kolorowe pismo, nad nim – tablica korkowa z przygwożdżonymi obwieszczeniami.

Sześć, siedem – w dalszej części poczekalni. W kącie, koło okna, jest jeszcze jedno wolne miejsce. Usiądź i obserwuj. (…)

Jedna z pań (ta pierwsza od lewej) mówi, że od kilku dni boli ją brzuch. Dziś już nie wytrzymała i przyszła. Kazali czekać na badania, siedzi drugą godzinę. Ten gość najbliżej automatu wracał wczoraj z roboty i krzywo stanął. Myślał, że samo przejdzie, ale kostka spuchła. Przykuśtykał. Kazali czekać. Siedzi już od dwóch godzin. A to dziecko z ojcem pojawiło się tu 45 minut temu. Wyszedł do nich lekarz. Niemal w biegu spytał, gdzie boli.

– Tutaj – powiedział chłopiec, wskazując na pępek. Doktor zamienił z opiekunem dwa słowa, kazał czekać i czmychnął za drzwi.

Do recepcji wchodzi 50-latek. Trudno powiedzieć, czy na twarzy ma wyrysowany jeszcze strach, czy to już ból.

– Słucham pana? – słychać z okienka.

– Zakłuło mnie w klatce. Ledwo idę – duka pielęgniarce w rejestracji.

Ta bez kolejnych pytań prowadzi go na oddział.

Scenę obserwuje mężczyzna z dłonią owiniętą ręcznikiem. Mył naczynia, pęknięta szklanka rozcięła mu skórę od małego palca aż po kciuk. Owinął więc łapę, wsiadł w auto i przyjechał. Patrzy na to, walczy ze sobą dobrych kilka minut, ale nie wytrzymuje. Wstaje, wchodzi na oddział przez duże, białe drzwi. Szarpie za jedną klamkę – zamknięte. Za drugą – nic. Kilka kroków dalej, kolejna klamka – drzwi puszczają. W pomieszczeniu jeden lekarz, dwie pielęgniarki. Rozmawiają, on trzyma kawę. O nie, tego to już za wiele.

– To ja, k… czekam od dwóch godzin, aż ktoś mi łaskawie pomoże, a wy sobie, do ch… kawkę pijecie? Na dodatek ja siedzę i czekam, a jakiś gość wchodzi z ulicy i zajmujecie się nim od razu? Poza kolejnością? Robicie sobie, k… jakieś żarty?

Konsternacja.

Piątek, godzina 14.00

Raz, dwa, trzy. Tlen, tlen. Jeszcze trochę, próbujmy. Kolejne minuty: 10, 15, 20. To już grubo ponad godzina walki o ojca czwórki, dziadka dwójki. Zespół się nie poddaje. Jeszcze kilka ruchów i jest! Monitor krzyczy dobrą nowiną. Wrócił, odżył, udało się! Pacjent odzyskuje rytm.

– Dzwońcie po kardiologa do konsultacji, teraz jak najszybciej na diagnostykę. Pacjent wyjeżdża na zdjęcia. Zespół nie świętuje sukcesu, na tym niewielkim oddziale mają w miesiącu kilka podobnych. Ale zmęczenie, owszem, daje o sobie znać. Lekarze z dwoma pielęgniarkami na moment siadają, jeden chwyta duraleksową szklankę z zimną kawą, którą zrobił dwie i pół godziny wcześniej. Łyk. Rozsuwają się drzwi. To pielęgniarka.

– Panie doktorze, zrobiłam pacjentowi z ulicy EKG. Są zmiany niedokrwienne.

Czyli zawał. Jeden z lekarzy kończy dwuminutową pauzę, znika.

Mija kilkanaście sekund. Znów rozsuwają się drzwi. Teraz jakiś gość z ręcznikiem owiniętym wokół ręki. Momentalnie wybucha. (…)

– Proszę pana, właśnie skończyliśmy reanimację. Musimy chwilę odpocząć. Proszę stąd wyjść i czekać na swoją kolej – mówi jedna z pielęgniarek. I tak jest wyjątkowo miła dla agresywnego pacjenta.

– Gówno mnie obchodzi jakaś reanimacja!

Konsternacja, ale tylko chwilowa. Takie zachowanie to przecież smutna norma. (…)

Prokurator za mielone mięso

– Czasy są podłe, system do szpiku chory, a ludzie bezczelni – mówi Piotr. – Według raportu NIK 80% pacjentów, którzy pojawiają się na oddziałach ratunkowych, w ogóle nie powinno się tam znaleźć. (…) Z wielu powodów lgną jednak do oddziałów ratunkowych. Jeśli już dostaną się do lekarza pierwszego kontaktu, ten najczęściej nie zleci dodatkowych badań krwi albo moczu. Ze zwykłej chciwości, bo jeśli zleca, musi płacić za to z puli na wszystkich pacjentów, którą dostaje od NFZ. Mój kolega, lekarz rodzinny, miesięcznie wydaje na to 3,5 tys. zł. Jego kolega zza ściany – tylko 500 zł, ale w tym czasie wypisuje skierowania na SOR. Wie, że jeśli wyśle do nas człowieka, pacjent zostanie gruntownie przebadany, a on nie wyda grosza. (…)

Darek: – Ludzie uważają SOR za wielką przychodnię, laboratoria i zespół diagnostyki, gdzie od ręki mogą sobie zrobić badania. To prawda, mamy tu możliwości diagnostyczne. Wszyscy zapominają jednak, że są one przeznaczone dla pacjentów w stanie nagłego zagrożenia życia! (…)

Przez niewydolność systemu (…) w poczekalniach oddziałów ratunkowych dochodzi do scen wręcz absurdalnych.

– Ludzie nas straszą, nagrywają smartfonami, mówią, jakie mamy im robić badania. „Jak pan nie zabierze mamusi do szpitala, to pójdzie pan siedzieć” – nawet sobie nie zdajesz sprawy, ile razy coś takiego słyszałem. Zastraszeni lekarze i ratownicy boją się nie przyjąć takiej osoby. Nikt nie chce ryzykować, więc kolejki rosną – przyznaje Piotr.

Pewnego dnia na oddział Wojtka i Darka przyszła kobieta z siatką z zakupami. Stała bywalczyni, wielokrotnie odsyłana przez dyżurnych do NPL. Tym razem znów z niepoważnymi dolegliwościami, znów odesłana do lekarza rodzinnego. Po miesiącu listonosz zostawił na oddziale prokuratorskie pismo. Pani oskarżyła lekarzy i pielęgniarki o kradzież pomidorów oraz mielonego mięsa. Pięciu pracowników oddziału musiało iść do prokuratury i składać zeznania w sprawie domniemanej kradzieży produktów na niedzielny obiad.

(…) Wojtek dodaje na poważnie: – Takich pacjentów jest ogrom. Roszczeniowi, opryskliwi, wulgarni. Jeśli dolegliwości nie nakazują przyjęcia, pacjent jest odsyłany. (…) I wytłumacz się później sądowi, dlaczego nie udzieliłeś pomocy. Dlatego na SOR-ach jest taki ścisk. System jest niewydolny do tego stopnia, że w kolejkach stoją czasem nawet karetki – mówi Wojtek. (…)

Codzienny armagedon

Dla pracownika SOR wyrwanie pacjenta ze szponów śmierci nie jest wcale największym wyzwaniem. Nie jest nim błyskawiczne podejrzenie udaru albo zaopiekowanie się osobą, której maszyna rolnicza ucięła rękę na wysokości łokcia. O wiele trudniejsze jest ściągnięcie spodni nieprzytomnemu, mającemu we krwi sześć i pół promila alkoholikowi i umycie mu tyłka z zaschniętego, cuchnącego kału. Później – zacewnikowanie. Później – założenie wkłucia. Dla pielęgniarek i ratowników zatrudnianych na oddziałach ratunkowych to codzienność. Skala jest wstrząsająco gigantyczna.

– Jak robiłem szkołę, ratownictwo medyczne, nasłuchałem się o wzniosłych celach. Ideały runęły w pierwszym tygodniu pracy. Zwożą do nas dosłownie wszystko. Oczywiście są zawały, udary, obrzęki płuc, wypadki, ale nasza zmora to alkoholizm i zaniedbanie – mówi Wojtek.

Sobota, majowe popołudnie. Pary spacerują deptakiem, dzieciaki naciągają rodziców na cukrową watę i kulkowe lody. Uliczny grajek mógłby starać się trochę bardziej, ale nie ma już co wybrzydzać. Później w stronę parku, do przyjemnego cienia. Tu lekkie poruszenie, bo ktoś leży pod ławką. Dla większości spacerowiczów to zwykły, ludzki śmieć. Na pewno pijany, nie ma co podchodzić. Dobrze, że ktoś w ogóle zdecydował się zadzwonić na 112.

– On tu leży i się nie rusza – mówi dzwoniący, ale ani myśli udzielać pomocy.

Przyjeżdża karetka, ratownik wyławia chłopa z jeziora wymiocin. Oddycha, ale kontaktu nie ma z nim żadnego. Mieszanina alkoholu, rzygowin i brudu tworzy dość specyficzny bukiet zapachowy. Nie ma innej opcji, trzeba jechać na SOR. Na oddziale badanie krwi: grubo ponad 6 promili. Piękny wynik. Jak na ten oddział – rekordowy.

– Brak świadków zdarzenia. To zadrapanie na czole raczej nie z dzisiaj, ale pewności nie ma – mówi obsługa karetki lekarzom.

Procedura jest więc jasna: nieprzytomny od alkoholu pacjent, z podejrzeniem ewentualnych urazów głowy, musi przejść cały proces diagnostyczny, nie wyłączając tomografii komputerowej. Nie ma lekarza, który zrezygnowałby z tego badania. W przypadku późniejszych powikłań doktor zatrudniony na kontrakt odpowiada za błędy całym swoim majątkiem. W Polsce pacjent rekordzista miał w ciągu roku 160 tomografii. Koszt jednej to ok. 300 zł. Normalni ludzie zapisując się na badanie, czekają trzy miesiące w kolejce.

Pacjent jedzie na tomograf, wraca w jeszcze gorszym stanie, niestabilny. Decyzja: jak najszybciej na OIOM. Podjeżdża wewnętrzna karetka, pijaka wspiera respirator, kardiomonitor, pompy infuzyjne. Później kilka godzin walki o życie podławkowej znajdy na oddziale intensywnej terapii. W końcu odzyskuje przytomność. Zanim ktokolwiek zdąży mu zakomunikować, gdzie jest i co się wydarzyło, wstaje, wyrywa z siebie cewnik, zrywa wenflony, chlapie dookoła krwią. Krzyczy:

– Pier… to, idę do domu!

I idzie. (…)

– Zdarzają się dyżury, przede wszystkim w weekendy i święta, podczas których wszyscy pacjenci na SOR są pod wpływem alkoholu. Nawet nie tyle pijani. Oni są po prostu NAJEBANI. Nie ma nikogo z migotaniem przedsionków, nikogo z udarem, zawałem. Wszyscy z promilami. Ten tutaj 5, tamten 6, ten na materacu na ziemi 4,5 promila. Na oddziale są tylko dwa łóżka z pasami, które pozwalają na unieruchomienie pacjenta. (…) Zrywają opatrunki, wyrywają wenflony, więc krew sika po ścianach i podłogach. Miesza się z ich wymiocinami, a salowa lata z mopem i próbuje to wszystko sprzątać. To taki nasz codzienny armagedon. A na zmianie ja, lekarz i cztery pielęgniarki. Często sobie nie radzimy. Raz był taki burdel, że jak o północy wezwałem na oddział policję, to siedzieli z nami do szóstej rano. Po prostu nie mogliśmy ogarnąć tych ludzi – wspomina Wojtek. (…)

Agresja to tutaj stały bywalec. Piotrek z centrum urazowego wielokrotnie podczas dyżurów godził się z losem i czekał na moment, kiedy pacjent rzuci w niego monitorem bądź pobije stojakiem od kroplówki. Na co drugim dyżurze wyzywany jest od kurew, szmat i pedałów, jednym uchem wpuszcza ten potok obrzydliwości, drugim go wypuszcza, ale po sierpniowym zdarzeniu było naprawdę dramatycznie. Karetka przywiozła na oddział wyjątkowo agresywnego i wulgarnego pacjenta. Wyrywał się, miotał. W końcu zaczął pluć na pielęgniarki i lekarzy krwią.

– Mam hacefała! Mam HCV! – wydzierał się przy tym na cały szpital. Może psychopata, ale przynajmniej prawdomówny, bo nie kłamał.

Piotrkowi zakażoną krwią splunął prosto w twarz. Pacjentowi założono później sprawę w sądzie, tylko co z tego, skoro przez kolejne miesiące lekarz musiał przechodzić badania wykluczające zarażenie wirusem. (…)

10 nocy w swoim łóżku

Różne są oddziały i różna na nich intensywność pracy. Na niektórych można czasem znaleźć dwie-trzy godziny spokoju i przyłożyć głowę do poduszki. Pielęgniarka ma budzić w trudnych chwilach. Są też oddziały, gdzie o śnie nie ma co śnić. Na takim właśnie pracował Piotrek.

– Na moment odszedłem z SOR do pogotowia, żeby odsapnąć psychicznie i fizycznie. Najcięższy dyżur w karetce jest i tak lżejszy niż najlżejszy na oddziale ratunkowym – mówi.

W centrum urazowym nie ma chwili, żeby wziąć głębszy wdech. Momentu, by normalnie zjeść. Grzejesz obiad w mikrofalówce cztery razy, bo cały czas cię odciągają od stołu. Gdy Piotrek przychodził do roboty, pracowało tu 10 lekarzy specjalistów medycyny ratunkowej. Dziś jest sześciu. Niektórzy nie wytrzymali tempa, teraz trzeba robić ponad siły, żeby spiąć grafik. Piotrek najwięcej w miesiącu przepracował 410 godzin. Norma to między 350 a 400 godzin. Teraz padnie kwota, uwaga, proszę o zachowanie spokoju: miesięcznie na kontrakcie zarabia ok. 30 tys. zł brutto. Minus 1300 zł ZUS i 19% podatku. Brak lekarzy w połączeniu ze zwożonymi tu przypadkami najcięższymi z możliwych powoduje zwiększenie stawek. A o jakich przypadkach jeszcze mowa? Na przykład o mężczyźnie z krwiopluciem, który chwilę wcześniej wrócił z egzotycznej wycieczki. Podejrzenie eboli, specjalne skafandry (i tak nieprzystosowane do tego wirusa), antybiotyki. Na szczęście to nie była ebola, ale zespół miał stracha.

Kasa, jak na polskie warunki, jest dobra, ale praca – wykańczająca psychicznie i fizycznie. Po przedłużonym dyżurze, czyli 24 godzinach plus siedmiu następnych, Piotr wracał do domu, po drodze siadał na ławce na placu zabaw i tam usypiał. (…)

– Zdarzało mi się pracować pełne dwie doby non stop i uważam, że ostatnie godziny mojej pracy były zagrożeniem dla pacjentów. Na polskie warunki zarabiam bardzo dużo, bo 20 tys. zł netto, ale robię na dwa i pół etatu, większość życia spędzam w pracy. Nie dzieje się tak z chciwości. Tego wymaga ode mnie pracodawca. Bez mojej dyspozycyjności nie zepnie grafiku – mówi.

Darek spędza w pracy dwie trzecie miesiąca. Oprócz niewielkiego oddziału ratunkowego są trzy oddziały pogotowia i jeszcze jeden oddział ratunkowy w innym mieście. W swoim łóżku śpi 10-11 nocy w miesiącu. Do szpitala, w którym właśnie rozmawiamy, ma z domu 120 km. Leśnymi drogami, przez wioski, to prawie dwie godziny w jedną stronę. Dojeżdża tak od czterech lat, ma tu 10 dyżurów w miesiącu. Na tej trasie spędza 40 godzin w miesiącu.

– Gdyby się nie opłacało, tobym nie przyjeżdżał. No i ja chyba jednak nadal lubię tę robotę. (…)

Fuchy w wolnych chwilach

Wojtek składa myśli w zwarty komunikat. W końcu mówi:

– Prosisz, żebym opowiedział o moim najcięższym dyżurze. Nie umiem tego zrobić. Tu nie ma czegoś takiego, jak najcięższy dyżur. Każdy jest albo ciężki, albo bardzo ciężki. Zdarza się, że przez okrągłe 24 godziny nawet nie usiądziesz. A dyżury bywają i kilkudniowe. (…)

Wojtek pracuje ok. 300 godzin w miesiącu. Jest ratownikiem zatrudnionym na kontrakcie w SOR. ZUS, podatek – wszystko na jego głowie.

– W styczniu rodziło mi się dziecko, wziąłem 10 dni wolnego, chciałem być blisko żony. Zrobiłem tylko 190 godzin, więc nie zapłaciłem ZUS i podatku. Gdybym zapłacił, zostałoby mi na życie 1000 zł. W lutym wypracowałem ponad 300 godzin, więc zapłacę za dwa miesiące.

Zażynając się ponad siły na dyżurach, możesz zarobić 7 tys. zł brutto. ZUS, podatek 19% – wychodzi niecałe 5 tys. I pamiętaj, że aby tyle dostać, musisz praktycznie zamieszkać w szpitalu.

– Ponoć czasem dorabiasz na fuchach?

– Spawam metalowe ogrodzenia.

Na początku pracy na oddziale bardzo angażował się emocjonalnie. Teraz potrafi się odciąć, choć nie zawsze. Jakiś czas temu karetka przywiozła kobietę – posiniaczoną, zmaltretowaną przez męża. Wszystkie żebra połamane, rana głowy, krwawienie w mózgu. Cała zmiana rzuciła się na pomoc. Po wstępnym zaopatrzeniu pacjentka została wysłana na neurologię.

– Gdy dotarła do nas informacja, że zmarła, w myślach powiedziałem do siebie: gdyby policja przywiozła jej męża do nas na przebadanie, mnie też musieliby zamknąć do więzienia.

Niedługo później przyjechał starszy pan, pod siedemdziesiątkę. Znali go tu wszyscy, bywał często, bo zdrowie szwankowało. Załoga bardzo go lubiła, nawet gdy cierpiał, zawsze zachowywał dobry humor, rozśmieszał pielęgniarki i salowe. Dobrze wychowany, serdeczny pan. Tego dnia przyjechał z dusznością. Wojtek przewiózł go na tomografię. Podczas badania pękł mu tętniak. Staruszek zmarł.

– Najgorsze, że nie było dla niego ratunku. Nic nie mogliśmy zrobić. Pracuję tu już dwa lata. Po 11. zgonie przestałem je liczyć.

Będzie coraz gorzej

Specjalistów medycyny ratunkowej w Polsce jest bardzo mało, ok. 900. To dziedzina szczególna, trzeba mieć predyspozycje do zarządzania zespołem, wydawania szybkich i trafnych poleceń. Na zaglądanie do książki nie ma czasu.

– Podczas kongresu medycyny ratunkowej w Karpaczu wypowiadali się goście ze Stanów Zjednoczonych. Chwalili się: w tym roku mieliśmy 1896 miejsc specjalizacyjnych i wszystkie zajęliśmy! A u nas w Polsce od lat są wolne miejsca, nikt nie chce robić tej specjalizacji. Idą na to tylko pasjonaci. Pytaliśmy więc: Jak to robicie, że u was jest inaczej? I wiesz, jaka była odpowiedź?

– Pewnie pieniądze.

– Dokładnie, cash. Medycyna ratunkowa jest w Stanach najbardziej opłacalną specjalizacją. No i lekarz nie pracuje tam 400 godzin w miesiącu, ale to chyba oczywistość. Praca w ratownictwie jest niewdzięczna. Pacjenci nawet później ci nie podziękują. Podadzą rękę chirurgowi, który ich operował, ortopedzie, który ich składał. My w całym zamieszaniu giniemy, SOR to taka sortownia. A nasza praca jest szalenie ważna, przecież po kilka razy dziennie wyciągamy ludzi z zaświatów.

– Za dobrą robotę nikt cię tutaj nie pochwali. Z kolei za złą minę albo odburknięcie – zawsze się ktoś przyczepi. Pacjenci nie zdają sobie sprawy, jak wygląda nasza rzeczywistość, jak zorganizowana jest nasza praca. (…) – mówi Darek.

Po dwóch pełnych dniach na oddziale w końcu pakuje neseser, odwiesza fartuch. Dwa piętra w dół z dyżurki do wyjścia. Zanim wskoczy do auta, musi jeszcze przeciąć poczekalnię. Tam – pięć osób, brzęczący automat do kawy, jarzeniówka. Każdy wygląda pomocy. Darek zerka jeszcze w lewo. Nad wejściem na oddział napis: „Dziękuj Bogu, że możesz czekać. Ci za drzwiami czekać już nie mogą”. Zapina kurtkę.

Imiona bohaterów zostały zmienione.

Fragmenty książki Pawła Kapusty Agonia, Wielka Litera, Warszawa 2018

Fot. Łukasz Solski/East News

Wydanie: 6/2019

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy