Spod prysznica po Nobla

Spod prysznica po Nobla

„Przegląd” towarzyszył polsko-amerykańskiemu nobliście, Frankowi Wilczkowi

Kiedy w ubiegły wtorek do apartamentu w sztokholmskim Grand Hotelu laureatowi Nagrody Nobla, Frankowi Wilczkowi, dostarczono „Przegląd” z wywiadem, którego zachciał nam udzielić, był nieco zaskoczony. Jego żona Betsy Devine, uczestniczka tego planu zaskoczenia męża, żartuje, że bardziej niż dostarczeniem… wiadomości o przyznaniu Nobla 5 października br. Frank wyglądał go co roku od lat. Była 5.30 rano w podbostońskim Cambridge, kiedy Wilczek po nieprzespanej nocy udał się pod prysznic. Wtedy zadzwonił telefon…

Telefon o świcie

– Podniosłam słuchawkę i kiedy usłyszałam głos mówiący z obcym akcentem, byłam już pewna – wspomina Betsy. – Zaczęłam wołać Franka. Wypadł cały mokry. I tak stojąc w kałuży, rozmawiał z Akademią Szwedzką. Nie udawał, że jest zaskoczony. Kiedy usłyszałam, że mówi „30 lat”, wiedziałam, że to odpowiedź na pytanie, od kiedy spodziewał się nagrody. Potem wytarł się, założył dresy i powiedział: „Muszę sam się z tym wszystkim poukładać”. Wyszedł. Wrócił po dwóch godzinach, chyba już „ułożony”. Poprosił o śniadanie. Telefon nie przestawał dzwonić. Zaczynała się przygoda z Noblem…
Piątkowe popołudnie i wieczór wieńczyły dokonania dziesiątki tegorocznych noblistów. Jak każe tradycja, zawsze wręcza się te najbardziej prestiżowe w świecie nagrody 10 grudnia, w rocznicę śmierci ich patrona-fundatora. Polacy nie byli przez werdykty Komitetu Noblowskiego rozpieszczani. Zwykle też otrzymanie nagrody wiązało się z ich działalnością poza krajem. Inna kategoria to laureaci polskiego pochodzenia. Doszukiwanie się go u cudzoziemskich noblistów stało się nawet przedmiotem pewnej specjalizacji. Manifestowanie polskich korzeni przez wyróżnionych jest już o wiele rzadsze, a przez to tym cenniejsze. Frank Wilczek należy do tej kategorii. Nasz polsko-amerykański (współ)autor „instrukcji działania” kwarków, najmniejszych cząstek materii.

Festiwal sztokholmski

Wręczanie nagród odbywa się tradycyjnie w sali koncertowej filharmonii sztokholmskiej. To wielka, ceremonialna gala z ustalonym od lat porządkiem.
Laureaci wraz z rodzinami odbyli dwa oficjalne treningi w Stockholm Concert Hall. Obejmowały one m.in. występowanie we frakach dostarczanych przez organizatorów. Jeśli trzeba, są one dopasowywane do figury laureata. Zwykle jednak podane wcześniej wymiary wystarczają, by strój pasował jak ulał. Betsy dodaje, że frak na piątkowy występ przyniesiono we czwartek po południu. Kiedy w piątek rozmawiałem z Frankiem trzy godziny przed galą, już zaczynał się ubierać. Podczas gali prezentował się znakomicie.
Po wręczeniu nagród towarzystwo przenosi się do sztokholmskiego ratusza, gdzie odbywa się tradycyjny bankiet noblowski z kulminacją godną Hollywoodu. Jest nią konsumpcja wspaniałego deseru lodowego przy świetle pochodni.
Te dwa prestiżowe fajerwerki oczywiście dominują w cyklu imprez Tygodnia Noblowskiego. Nie można jednak pominąć innych. Dziennikarze mają swój czas na specjalnych konferencjach prasowych, na których odpytują laureatów w poszczególnych dziedzinach. Dla fizyków Franka Wilczka, Davida Grossa i Davida Politzera wraz z chemikami Aaronem Ciechanowerem, Avramem Hershką i Irwinem Rosem dniem „spowiedzi” był wtorek, 7 grudnia. Co ciekawe, żydowskie korzenie Ciechanowera i Hershki też sięgają Polski, skąd wyjechali przed wojną ich rodzice.
Z naukowego punktu widzenia, najważniejsze są wykłady laureatów. Tercet kwarkowy wygłosił je w środę w wypełnionej po ostatnie miejsce Aula Magna Uniwersytetu Sztokholmskiego. Najpierw mówił David Gross, potem Frank Wilczek, a kończył David Politzer. Zgodnie z oczekiwaniem „nasz” noblista skupił się na paradoksie tym silniejszego przyciągania się kwarków, im dalej od siebie się znajdują. Ktoś z sali zapytał żartobliwie: – To chyba, panie profesorze, jak z miłością. Im obiekty dalej od siebie, tym bardziej je do siebie ciągnie!
W zasadzie tak. Różnica polega jednak na tym, że układu kwarkowego nie daje się rozbić na kawałki. Z siłą wiązania uczuciowego bywa różnie.

Słodka fantazja ambasadora

Były też codzienne obiady i kolacje dla laureatów. Najważniejsze – w Komitecie Noblowskim i Akademii Szwedzkiej. Wesoły u ambasadora USA w Sztokholmie, Teela Bivinsa. Ten teksański kolega George’a W. Busha zadbał, aby nobliści poczuli się w progach ambasady swojsko i domowo. Tak się akurat składa, że Frank Wilczek głosował na Johna Kerry’ego i ostentacyjnie wspierał tego kandydata. Podobnie zresztą jak inni koledzy nobliści, jednak atmosferze przyjęcia to nie zaszkodziło. Ambasador przygotował nawet specjalną niespodziankę dla Wilczka – fantazyjny czekoladowy deser sypiący iskrami sztucznych ogni. Tym go ujął. Noblista kocha bowiem słodycze i fantazyjne desery. Być może, po mamie Włoszce…

Jubileuszowy pokłon noblisty

We Franku Wilczku drzemie także polska galanteria. Ze Sztokholmu i noblowskiego rozdania uczony złożył najlepsze życzenia z okazji 100. urodzin Ewie Curie-Labouisse, córce podwójnej polskiej noblistki z lat 1903 i 1911, Marii Skłodowskiej-Curie. – To znamienna polska pointa, że wręczanie mojej nagrody zbiegło się z tak dostojnym jubileuszem. Biografię Marii Curie autorstwa jej córki Ewy czytałem z zapartym tchem w latach szkolnych. Ewa Curie-Labouisse to wielka renesansowa postać i dama, której dłoń pragnę ucałować – powiedział laureat Wilczek.
Kwiaty od niego dostojnej jubilatce już przekazałem…

 

Wydanie: 51/2004

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy