Spółdzielczości nie da się zakopać

Spółdzielczości nie da się zakopać

Książka

Spółdzielczości nie da się zakopać

O autorze tej książki wiele mówi już motto, od którego zaczyna swoją rozmowę z czytelnikami. Dedykuje ją bowiem „wszystkim, którzy pozostali wierni spółdzielczym wartościom”. Kto dziś tak myśli? Kto jeszcze wierzy w świat wartości? Przecież to jest jawne pójście pod prąd w czasach pogoni za dobrami, którą lansuje przedziwny polski kapitalizm. Przedziwny, bo ślepy nawet na to, co się dzieje ze spółdzielczością w USA, Kanadzie czy w państwach skandynawskich. Tam bowiem spółdzielczość ma się całkiem dobrze i ciągle się rozwija. Przybywa spółdzielni i spółdzielców. Gdy o tym mówię na spotkaniach ze studentami, towarzyszy mi zdumienie słuchaczy. Nie mieści się im to w głowach umeblowanych przez kulawą doktrynę liberalną. Doktrynę, która za sprawą prawicy ma w Polsce wymiar obowiązującego dogmatu. Skoro nasza młodzież niemal nic nie wie o spółdzielczości, to skąd ma wiedzieć, że mądra kooperacja ludzi jest wartością samą w sobie? Że jest także świat, w którym wyłącznym celem nie musi być dążenie do maksymalnego zysku. Zysku osiąganego za wszelką cenę. Także za cenę grzebania elementarnych wartości. Niestety, większość polskiej klasy politycznej, nie zadając sobie trudu poznania specyfiki spółdzielczości, pała do niej tak wielką niechęcią, że chciałoby się zapytać: dlaczego? Odpowiedź jest dość oczywista. For money. Jak w starej reklamie z udziałem Beenhakkera. Tacy ludzie nie sięgną po „O lepszy, przyjazny świat” Alfreda Domagalskiego. I trudno. Na szczęście coraz więcej jest takich, którzy świata zmajstrowanego przez polityków i rynki finansowe mają serdecznie dość. A Domagalski nie tylko dostarcza im argumentów i wiedzy, ale – co bardzo rzadkie – wprowadza czytelników w świat wartości i idei.
Autor nie jest spółdzielcą świeżej daty. To nie Palikot, który już był prawicą i lewicą, i czymś tam jeszcze. Domagalski to samorządowiec i polityk mogący bez wstydu wydrukować swoje teksty sprzed 20 lat. Nie zamienił ludowego sztandaru na inny i nie sprzedał idei spółdzielczych na giełdzie. Twardo chodzi po ziemi. Słucha i szuka takich rozwiązań, które będą atrakcyjne dla ludzi. Zwłaszcza teraz, w czasie kryzysu współczesnego kapitalizmu. I wbrew temu, co piszą powiązane z koncernami media, przyszłość należy do poglądów, jakie głosi Domagalski. Próby zakopania do grobu społecznej gospodarki rynkowej są skazane na klęskę. Podobnie jak absurdalne podejście do spółdzielczości, które obowiązuje po 1989 r. Na szczęście spółdzielczość w Polsce mimo tego bezrozumnego i bardzo szkodliwego działania ciągle żyje. Spychana na margines, gnębiona prawnie i fiskalnie nie dała się wyrugować z przestrzeni publicznej. Szkoda tylko zmarnowanego wysiłku tysięcy ludzi, którzy swój talent i pracę mogliby skierować na rozwój spółdzielczości, a nie na jej obronę.
Alfred Domagalski tworzy własne projekcje spółdzielczości. Ma wyrazistą wizję jej miejsca w Polsce. Jako pozytywista z przekonania chce świat poprawiać. Dla mnie najciekawsze są jego analizy dotyczące odpowiedzialności świata finansów za kryzys i te dotyczące negatywnych konsekwencji gloryfikowania ponad miarę indywidualizmu zamiast kooperacji. Właśnie doświadczamy efektów spekulacji na rynkach finansowych. Podobnie jak Alfred Domagalski nie godzę się na to, co robi w Polsce klasa polityczna. Jej spolegliwość wobec mechanizmów sprzyjających przekrętom powinna się zakończyć rozliczeniem i odesłaniem do diabła. Butę i bezczelność, z jaką traktuje się w naszym kraju spółdzielczość, trzeba przerwać. Wszelkimi możliwymi sposobami. Alfred Domagalski ciągle próbuje drogi negocjacji. Ale na miejscu rządu nie liczyłbym na to, że to się nie zmieni.
Jerzy Domański

Alfred Domagalski, O lepszy, przyjazny świat, Wydawnictwo Spółdzielcze, Warszawa 2012

Wydanie: 28/2012

Kategorie: Książki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy