Spór o dopłaty

Spór o dopłaty

Polska-Unia: ile pieniędzy dostaną nasi rolnicy?

Witaj Europo. Gdy już znajdziemy się w Unii, takich dyskusji jak ta dotycząca dopłat dla rolników – według jakiego systemu otrzymywać będą pomoc z unijnej kasy, czy będą to dopłaty rzędu 55% czy 25% – będziemy mieli znacznie więcej. To typowe dla Brukseli – mnogość przepisów powoduje, że kluczowe sprawy ustalane są na szczeblu ekspertów. Że politycy negocjują sprawy najważniejsze, ramowe, a szczegóły ustalają fachowcy.
W tej sprawie specyfika Brukseli zderzyła się ze specyfiką polską. Sprawa sposobu naliczania dopłat dla rolników wybuchła w chwili, gdy finalizowana była redakcja traktatu akcesyjnego, który Polska ma podpisać 16 kwietnia. Niektórzy politycy PSL już zapowiedzieli, że nie zgodzą się na jego podpisanie, bo są w nim zapisy o niekorzystnym dla Polski sposobie naliczania dopłat. Piękny gest, tylko że traktat takich spraw nie reguluje, określają je przepisy niższego rzędu. Z kolei młodzi politycy PiS podczas konferencji prasowej zwrócili się do rządu, by ujawnił i udostępnił wszystkie dokumenty dotyczące naszej akcesji do Unii oraz te podpisane w Kopenhadze. Odpowiadała Im Danuta Hübner, minister do spraw europejskich, przypominając, że wszystkie materiały są od dawna dostępne i znajdują się w Sejmie.
W ten sposób zderzyły się dwie mentalności – brukselskiego biurokraty i polskiego Sarmaty. Jest w całej sprawie jeszcze trzecia racja – premiera Leszka Millera, który, jeżeli chce wygrać czerwcowe referendum unijne, nie może sobie pozwolić na wpadki i falowanie nastrojów. Po powrocie z Kopenhagi jego eksperci mówili, że owe 55% dopłat to około 340 zł na hektar rocznie. Jarosław Kalinowski mówił nawet o sumie 400 zł. Wieś te słowa zapamiętała. Więc on też, pisząc listy do premierów państw Unii, oraz wysyłając do Brukseli swych przedstawicieli, uczestniczy w grze.

W sprawie dopłat

dla rolników Polska dysponuje całym pakietem dokumentów, z których wynika jednoznacznie, że urzędnicy z Brukseli proponowali nam system uproszczony. W sposób formalny propozycja ta pojawiła się we Wspólnym Stanowisku z 20 czerwca 2002 r. Już wówczas mówiono, że ma on więcej zalet niż system podstawowy (standardowy, bezpośredni). Po pierwsze, tańszy jest system informatyczny IACS, który go obsługuje, po drugie, jest prosty, więc eliminuje możliwości nadużyć. Po trzecie, jest zgodny z europejską tendencją – Unia zamierza bowiem odejść od systemu bezpośredniego już w roku 2007 i zastąpić go uproszczonym.
Polska przyjęła tę propozycję i zapisała ją w stanowisku negocjacyjnym przesłanym do Brukseli 25 listopada 2002 r . Tam nikt go nie odrzucił. Wcześniej przedstawiciele Komisji Europejskiej, pytani przez naszych dyplomatów o sprawę dopłat i możliwość stosowania dwóch systemów – uproszczonego i standardowego – odpowiadali, że to niemożliwe. „Musicie się zdecydować na jeden z systemów”, mówili.

Nowe interpretacje

pojawiły się więc niedawno, gdy brukselscy urzędnicy usiedli po zakończeniu szczytu w Kopenhadze do spisywania „Konkluzji Negocjacji Akcesyjnych”.
Otóż w Kopenhadze Leszek Miller zmusił Unię do zwiększenia puli dopłat dla polskiego rolnictwa. Do sumy dopłat 25% Unia zgodziła się dopłacać dodatkowo 15%, które pochodziłyby z funduszy przeznaczonych na rozwój wsi, czyli tzw. II filaru. Oraz na to, by kolejne 15% było wypłacane z polskiego budżetu. W pierwszym roku polscy rolnicy mieliby więc otrzymać 55% dopłat.
Tymczasem brukselscy urzędnicy, redagując „Konkluzje Negocjacji”, przypomnieli, że w sposób uproszczony Polska może dysponować tylko pulą 25% dopłat, którą Bruksela zaproponowała nam na początku, pochodzącą bezpośrednio z budżetu Unii. Pozostałe kwoty muszą być, zgodnie z unijnym prawem, rozliczane w inny sposób.
W jaki?
Brukselscy urzędnicy zaproponowali nam system standardowy, czyli dopłaty bezpośrednio do produkcji rolnej. Przekonując, że ten system ma przewagę – pieniądze otrzymują w nim przede wszystkim ci, którzy produkują, mają lepsze gospodarstwa.
To zalety, a teraz wady: otóż dopłaty bezpośrednie przysługują (co logiczne) tylko rolnikom produkującym towary dotowane w Unii Europejskiej, czyli np. zboże, rośliny oleiste, hodującym bydło. Ale ponieważ w Unii nie jest dotowana produkcja wieprzowiny i ziemniaków, producenci tych towarów musieliby zadowolić się jedynie sumą 25%. Poza tym zastosowanie dwóch systemów naraz radykalnie zwiększyłoby koszty ich prowadzenia.
Dlatego też

Polacy oprotestowali

obecne propozycje. I w ten sposób, chcąc nie chcąc, rozpoczęły się kolejne negocjacje.
Mniej więcej już wiadomo, jak się potoczą. Politycy i dyplomaci będą szukać formuły, która pozwoli wypłacać rolnikom owe 55%, tak by nie naruszać europejskich praw. Mówi się więc o tzw. wzmocnionym systemie uproszczonym – polegałby on na wypłacaniu rolnikom pełnych 55%, ale tylko tym, którzy produkują towary dotowane w Unii. Są rozpatrywane także inne warianty. Na przyjęcie najlepszego rozwiązania i brukselscy, i polscy urzędnicy mają rok, do marca 2004 r.
W ten sposób mogliśmy odbyć pierwszą lekcję na temat Polska w Unii. I przekonać się, że diabeł tkwi w szczegółach i w brukselskiej biurokracji. Im bardziej będziemy tam zadomowieni, obeznani z jej mechanizmami, im więcej swoich ludzi będziemy tam mieli, tym łatwiej przyjdzie nam omijać tworzone przez UE pułapki.
Na razie jest z tym tak sobie.

 

Wydanie: 6/2003

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy