Krew na rękach „wyklętych”

Krew na rękach „wyklętych”

Dlaczego IPN nie zajmuje się cywilnymi ofiarami „wyklętych” – było ich co najmniej 5143, w tym 187 dzieci do lat 14

„Gdy wszyscy weszli, żołnierze zaryglowali drzwi i podpalili budynek. W środku oprócz mężczyzn były kobiety i dzieci. Jeden z żołnierzy zlitował się nad ludźmi i pozwolił komuś wyskoczyć przez okno i otworzyć drzwi. Jednak gdy wszyscy wybiegli, pozostali żołnierze zaczęli strzelać. Niektórzy celowali w powietrze. W całym zdarzeniu zginęło 14 osób. Część od kul, pozostali po prostu spłonęli żywcem”.
Ta relacja nie opisuje zbrodni hitlerowskiej, choć bestialstwo żołnierzy przypomina zachowanie niemieckich siepaczy z Einsatzgruppen. Nie był to także wybryk pijanych czerwonoarmistów, mimo że ostatnimi laty właśnie im przypisuje się u nas odpowiedzialność za wszystkie nieszczęścia II wojny światowej. Wydarzenia, o których tu mowa, miały miejsce już po wojnie, 29 stycznia 1946 r. Strzelający zaś do mieszkańców Zaleszan żołnierze byli Polakami, mieniącymi się w dodatku porządnymi katolikami, co miały potwierdzać medaliki i krzyżyki na ich szyjach. W taki oto sposób szerzył na Podlasiu patriotyzm oddział Romualda Rajsa – „Burego”.

Znamiona ludobójstwa

Wydarzenia z Zaleszan to tylko jeden z wielu epizodów z działalności tzw. żołnierzy wyklętych – o tych czynach ich apologeci najchętniej by zapomnieli. Samemu „Buremu” i jego bandzie przypisuje się zamordowanie ponad stu mieszkańców podlaskich wsi i miasteczek: mężczyzn, kobiet i dzieci. IPN, odgrywający główną rolę w budowaniu mitu „wyklętych”, szacuje liczbę ofiar pacyfikacji tego regionu na co najmniej 79, a działania tamtejszego powojennego podziemia wprost nazywa noszącymi „znamiona ludobójstwa”.
Kilka fragmentów ze śledztwa IPN (S 28/02/Zi) w sprawie zbrodni popełnionych przez oddział Romualda Rajsa:
W dniu 31 stycznia 1945 r. oddział „Burego” zatrzymał się we wsi Puchały Stare. Po zwolnieniu kilku furmanów deklarujących polskie pochodzenie pozostałych pozbawiono życia. Zostali oni wyprowadzeni z domu, gdzie byli przetrzymywani, do pobliskiego lasu w kilku grupach i tam rozstrzelani. Jedną z osób, która uczestniczyła w egzekucji i najpewniej osobiście wykonywała „wyroki”, był dowódca drużyny o pseudonimie „Modrzew”. (…) Zwłoki zabitych pochowano w wykopach po ziemiankach z czasu wojny, które lekko przysypano i przykryto gałęziami drzew. Zginęło wówczas 30 osób. Najstarszy spośród nich miał 56 lat, najmłodszy 17 lat.
W dniu 2 lutego 1946 r. plutony wyruszyły w kierunku poszczególnych wsi. Pierwszy pluton pod dowództwem „Wiarusa” wyruszył do wsi Szpaki, drugi pluton pod dowództwem „Bitnego” udał się do Zań, natomiast trzeci pluton pod dowództwem „Leszka” – do Końcowizny. Plutonowi „Leszka” towarzyszyło dowództwo. W godzinach wieczornych do wsi Szpaki wkroczył pluton pod dowództwem „Wiarusa”. Żołnierze zaczęli podpalać zabudowania i strzelać do mieszkańców. Śmierć od kul lub w płomieniach oraz od odniesionych od tego ran poniosło siedem osób. Zostali zastrzeleni: Filipczuk Paweł (47 lat), Kłoczko Wasyl (58 lat), Szeszko Dionizy (50 lat), Szeszko Jan (45 lat), Szeszko Jan (21 lat). W jednym z domów dokonano gwałtu na kobiecie. Wymieniona poddała się napastnikom, gdyż wcześniej Maria Pietruczuk (18 lat), która stawiała opór napastnikom, została postrzelona w okolicy klatki piersiowej i pleców.
Powyższe ustalenia nie przeszkodziły w rehabilitacji Romualda Rajsa i wypłaceniu jego rodzinie sowitego odszkodowania. Sam IPN, choć uznał, że zbrodnicza działalność „Burego” „niewątpliwie położyła się cieniem” zarówno na samym dowódcy, jak i na jego podkomendnych, przypominał, że mają oni „niepodważalne zasługi w walce z komunistycznym zniewoleniem”. Czyżby antykomunizm usprawiedliwiał każdą, nawet najohydniejszą zbrodnię?

Mit potęgi „wyklętych”

Powojenne zbrojne podziemie działało na terenie całego kraju. Według danych IPN, do 1956 r. przez różnego rodzaju organizacje i grupy konspiracyjne przewinęło się łącznie od 120 do 180 tys. osób. Liczby te robią wrażenie, jednak trzeba pamiętać, że w faktyczną partyzantkę angażowali się nieliczni. O ile jeszcze w 1945 r. można mówić o 13-17 tys. osób, o tyle rok później było ich już niemal trzykrotnie mniej. Szeregi leśnych stopniały jeszcze bardziej po ogłoszeniu amnestii w lutym 1947 r. Szacunki Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego z końca 1947 r. wskazywały na 3-4 tys. ludzi. Mit potęgi żołnierzy wyklętych, których miało wspierać niemal całe społeczeństwo, nie znajduje oparcia w faktach.
Ponad sto ofiar ma na koncie oddział mjr. Zygmunta Szendzielarza – „Łupaszki”. Jednak najbardziej szokuje wcale nie liczba zabitych cywilów, lecz to, że większość tych zbrodni dokonano w 1944 r., kiedy Polska nadal znajdowała się pod okupacją niemiecką. Jak można mówić o bohaterstwie i patriotyzmie, skoro wtedy gdy Warszawa szykowała się do powstania, obozy śmierci pracowały pełną parą, a kolejni cywile ginęli w ulicznych egzekucjach, „Łupaszka” mordował litewskich policjantów oraz niewinne kobiety i dzieci? Grozy sytuacji dodaje fakt, że jego oddział działał w strukturach Armii Krajowej. Chociaż więc mjr Szendzielarz dowodzący 5. Brygadą Wileńską świadomie złamał rozkazy dowództwa, plama na honorze AK pozostała, szczególnie na Litwie.
Glinciszki i Dubinki – dwie wioski na ówczesnym pograniczu polsko-litewskim. To tam rozegrał się jeden z najtragiczniejszych epizodów we współczesnej historii relacji sąsiedzkich. 20 czerwca 1944 r. jeden ze szwadronów podległych „Łupaszce” starł się z oddziałem litewskich policjantów, zabijając czterech z nich. W odpowiedzi Litwini dokonali masakry polskich mieszkańców Glinciszek i okolic. W masowej egzekucji zginęło 39 osób, w tym ponad 20 kobiet i dzieci. Przybyły następnego dnia patrol SS dokonał ekshumacji zabitych i nakazał aresztowanie odpowiedzialnych za mord policjantów.
Nie mając możliwości wzięcia rewanżu na faktycznych sprawcach zbrodni, „Łupaszka” zdecydował się zastosować odpowiedzialność zbiorową. Złamał tym samym rozkaz przełożonych z AK, zgodnie z którym należało traktować „ludność cywilną bez różnicy narodowości i wyznania (Polak, Litwin, Białorusin, Żyd, katolik, prawosławny). Żadne nadużycia w stosunku do ludności cywilnej nie mogą mieć miejsca. Ich życie i mienie musi być ochraniane przez AK”.

Brygada Śmierci

Nie zważając na to, 23 czerwca 1944 r. oddział „Łupaszki” dokonał pacyfikacji wsi Dubinki. Z zimną krwią zamordował 27 osób, w tym dziewięć kobiet i trzynaścioro dzieci, spośród których najmłodsze miało zaledwie kilka miesięcy. Na tym jednak „Brygada Śmierci” nie poprzestała. W dwóch pobliskich wsiach z polskich rąk zginęło kolejne 12 osób: dwójka starców, kobiety i dzieci. W Zajeziorkach „wyklęci” zastrzelili kobietę z niespełna roczną córeczką. Łącznie, w ciągu zaledwie dwóch dni, zamordowano 68 osób, z których zdecydowaną większość stanowiły kobiety i dzieci. Dodatkowo na przełomie czerwca i lipca 1944 r. oddział AK pod dowództwem mjr. Mieczysława Potockiego – „Węgielnego” rozstrzelał kolejnych 13 mężczyzn jedynie za to, że byli Litwinami.
Zbrodnie te drobiazgowo opisał Paweł Rokicki w książce „Glinciszki i Dubinki”, wydanej w zeszłym roku przez IPN (!). Praca zebrała pozytywne recenzje, nie wpłynęła jednak na IPN-owską ocenę działalności „Łupaszki”. Przygotowana w instytucie w 2012 r. wystawa „Za świętą sprawę – Żołnierze »Łupaszki«” nadal peregrynuje po szkołach i instytucjach w całym kraju. Na oficjalnej stronie internetowej IPN zaś wciąż można przeczytać, że oddział „Łupaszki” walczył bohatersko „z okupantem sowieckim oraz polskimi agentami reżimu komunistycznego”.
Od września 1945 r. „Łupaszka” kontynuował działania na Pomorzu i w okolicach Szczecina. Lista jego tutejszych „wyczynów” jest równie długa, choć na szczęście nie tak krwawa. Wśród meldunków sporządzanych przez lokalne delegatury Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego przeważają te dotyczące zwykłych rabunków.
Trudno doszukiwać się w tych rabunkowych akcjach wielkiego patriotyzmu czy antykomunizmu. Warto także się zastanowić, na ile usprawiedliwione były zabójstwa lokalnych działaczy partyjnych i milicjantów, którzy wykonywali swoją pracę, przeważnie bez wgłębiania się w marksistowską ideologię. Jak wszyscy szli w niedzielę na mszę do kościoła, by w poniedziałek już jako milicjanci pilnować porządku. Tymczasem szacuje się, że w latach 1945-1948 oddział „Łupaszki” zlikwidował co najmniej 70 funkcjonariuszy MO, a także 60 żołnierzy i oficerów Wojska Polskiego oraz Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW).
Pamiętając o zasłużonej niesławie niektórych oddziałów KBW, trzeba również mieć świadomość, że – jak pisał prof. Andrzej Ajnenkiel – „przekształcenie kilku regularnych frontowych dywizji w Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego nastąpiło w trybie rozkazu. Przeciwstawienie się rozkazowi pociągało za sobą konsekwencje, na których poniesienie mogli się decydować, z natury rzeczy, tylko nieliczni”.

Podhale w płomieniach

Tym, kim dla Podlasia był „Bury”, a dla Białostocczyzny „Łupaszka”, dla Podhala stał się Józef Kuraś – „Ogień”. „Nie funkcjonowały u niego normy moralne, wybrał kierunek działania według własnego widzimisię”, wspominali go tamtejsi żołnierze Armii Krajowej.
Walka z komunizmem była wygodną wymówką dla zwykłego bandytyzmu. Od kwietnia 1945 r. do lutego 1947 r. oddział „Ognia” zorganizował ponad 350 akcji, podczas których zginęło co najmniej 430 osób. Wbrew mitowi, że „wyklęci” zabijali przede wszystkim sadystów z Urzędu Bezpieczeństwa i NKWD, na Podhalu wśród ofiar przeważali cywile i Żydzi. Tych ostatnich mordowano jedynie ze względu na ich pochodzenie. Walką z komunizmem nie da się też usprawiedliwić zabójstwa 28 lokalnych działaczy Polskiej Partii Robotniczej. Próżno bowiem szukać wśród nich krwiożerczych aparatczyków czy namiestników Moskwy. W większości rekrutowali się spośród miejscowej ludności i pełnili podstawowe funkcje administracyjne.
Odrębnego omówienia wymagają zbrodnie popełnione przez „żołnierzy wyklętych” spod znaku Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ). Podporządkowani Organizacji Polskiej – powojennej spadkobierczyni Obozu Narodowo-Radykalnego – do połowy 1945 r. dokonywali czystek etnicznych na pograniczu polsko-ukraińskim. Zaledwie jednego dnia, 20 kwietnia, członkowie NSZ rozstrzelali dziewięciu ukraińskich cywilów. O ich stosunku nie tylko do Ukraińców, ale i do pozostałych mniejszości narodowych świadczy fakt, że kiedy 24 kwietnia oddział NSZ pojmał 50 żołnierzy Wojska Polskiego, wszystkich puszczono wolno, z wyjątkiem pięciu Żydów, których rozstrzelano na miejscu.
Do największej zbrodni doszło 6 czerwca 1945 r., kiedy żołnierze z ryngrafami z Matką Boską na piersiach zlikwidowali całą wieś Wierzchowiny w obecnym województwie lubelskim. „Wierzchowiny otoczono ze wszystkich stron i wycięto 194 osoby narodowości ukraińskiej. Kilkunastu zdołało uciec”, z dumą meldował mjr Mieczysław Pazderski – „Szary”. Po akcji jeden z członków oddziału (15-latek!) chwalił się kobiecie, do której przyszedł na obiad: „Mówię pani, dwoje staruszków tak się prosili, żeby ich nie zabić, ale ja ich szpadlem pozabijałem”. Zakrawa na paradoks, że mieszkańców pozostałych wsi ocaliła przed podobnym losem grupa operacyjna NKWD, która 10 czerwca rozbiła oddział „Szarego”.
Równie makabryczne są „dokonania” członków Narodowego Zjednoczenia Wojskowego (NZW), dzisiaj hołubionego na równi z NSZ. Nie zdążyły wystygnąć piece krematoryjne w Auschwitz i innych obozach zagłady, gdy na łamach jednego z czasopism NZW ostrzegano: „Niebezpieczeństwo żydowskie jeszcze nie minęło. Żydzi – chociaż w zmniejszonej liczbie – wrócili do Polski i poparci przez bagnety Rosji sowieckiej prowadzą nadal swoją perfidną robotę zmierzającą do zniszczenia narodu polskiego”.
Chociaż, jak zaznacza prof. Grzegorz Motyka, zbrodnie etniczne „były dziełem stosunkowo nielicznych żołnierzy podziemia narodowego”, wystarczył jeden oddział „Wołyniaka”, aby wymordować ponad stu ukraińskich mieszkańców wsi Piskorowice w kwietniu 1945 r. Kontynuując działalność także w 1946 r., „Wołyniak” zdołał jeszcze zabić ok. 50 Ukraińców. „Brutalność akcji NZW – pisze Motyka – sprawiała, że często trudno było odróżnić zwykłe napady bandyckie od działań partyzanckich”.
Apogeum działalności „żołnierzy wyklętych” przypada na lata 1945-1948. Warto więc przypomnieć, że był to okres, w którym funkcjonowała w Polsce legalna opozycja polityczna. Przynajmniej tuż po wojnie Mikołajczykowskie PSL miało pewien wpływ na rozwój sytuacji w kraju, który jednak niwelowała działalność zbrojnego podziemia. Jako realista Mikołajczyk obawiał się, że wzmożona aktywność partyzantów da Moskwie pretekst do zaprowadzenia w Polsce porządków własnymi siłami. „Tylko wrogowie polscy – mówił w lutym 1946 r. – pewni, że rozlana krew w narodzie prowadzi do zemsty i rozkładu i pociąga za sobą skutki na pokolenia, mogą sobie życzyć w Polsce atmosfery mordów politycznych i wojny domowej, która mogłaby się skończyć utratą niepodległości państwa”.

Ciemna strona legendy

Z pewnością wśród członków powojennego zbrojnego podziemia nie zabrakło bohaterów gotowych poświęcić życie w imię wolności. Nie zabrakło jednak i takich, którzy traktowali antykomunizm jako usprawiedliwienie własnego nacjonalizmu, antysemityzmu i zwykłego bandytyzmu.
Prawica wzięła na sztandary „wyklętych”, wszystkich robiąc bohaterami, bez względu na to, co mają na sumieniu. Wystarczy, że walczyli z „komunistami i Sowietami”. A przecież nawet maturzysta wie, że każda wojna, szczególnie tak długa i okrutna jak II wojna światowa, łamie psychikę. I wielu „wyklętym” złamała. Wielu ma na rękach krew niewinnych ludzi. Zagubili się, licząc na III wojnę światową, myśleli, że swoimi działaniami zmienią bieg historii. Często nie potrafili się odnaleźć w powojennej rzeczywistości. Nawet jeśli, jak chociażby „Łupaszka”, próbowali funkcjonować jako cywile, lata bycia w wojsku i obcowanie ze śmiercią zmieniły ich psychikę na tyle, że nie mogli żyć bez odbezpieczonej broni. Dla wielu z nich potrzeba bycia kimś ważnym, kto decyduje o losach innych, była tak przemożna, że jak „Ogień” wstępowali nawet do MO.
Prawicowi politycy i publicyści w apoteozie „wyklętych” nakręcili się do tego stopnia, że nie widzą, jak coraz bardziej się zapętlają. Oni nie przyjmują do wiadomości faktów, a IPN-owcy nie chcą stawiać pytań, które powinien, a właściwie musi zadawać każdy aspirujący do miana historyka.
Jakich pytań? Podstawowych! Choćby takich:
1. Jeżeli „wyklęci” to bohaterowie, kim wobec tego są ci, którzy nie poszli do lasu? Ci wybitni Polacy, którzy w AK byli ulokowani o wiele wyżej niż niejeden dowódca „leśnych”. Ci, którzy uznali, że Polacy dość wycierpieli w II wojnie światowej i kolejne ofiary zagrażają egzystencji narodu. Kim byli ci ludzie? Zdrajcami, którzy poszli na współpracę, czy bohaterami, którzy uznali, że Polska ustanowiona na mocy decyzji Wielkiej Trójki jest jednak Polską i trzeba dla niej pracować?
2. Dlaczego nie pojedyncze osoby, ale mieszkańcy całych wsi i obszarów Polski uznają „wyklętych” za bandytów? Dlaczego tak wielu ludzi jeszcze dziś, a raczej tym bardziej dziś, boi się mówić o wydarzeniach powojennych? O zbrodniach „wyklętych”?
3. Dlaczego IPN nie zajmuje się cywilnymi ofiarami „wyklętych” (było ich co najmniej 5143, w tym 187 dzieci do lat 14)? Nie da się przecież wmówić, że wszyscy zabici to milicjanci i ORMO-wcy lub komuniści i Sowieci.
Już choćby te pytania pokazują, że prawicowa polityka historyczna jest jednostronna. Jej strażnik i realizator, IPN, dysponując ogromnymi kwotami, liczonymi w miliardach złotych, ma stworzyć nowe opisanie historii: PiS – partia powstania warszawskiego (jak ją zasadnie nazwał prof. Bronisław Łagowski), jest spadkobiercą „wyklętych”, antykomunistycznej opozycji, całego patriotycznego ruchu obywateli, dla których Okrągły Stół jest zdradą narodową, a „Bolek” to teraz wiadomo co.
Apologeci „wyklętych” z założenia odrzucają wielorakie spojrzenie na przeszłość. Ma ona być czarno-biała, na żadne odcienie nie ma w niej miejsca. Pisząc swoje broszurki o „leśnych”, przypominające hagiografie z lat 50., nie rozumieją, że obok ich widzenia przeszłości jest jeszcze pamięć społeczna. Świadków historii i ich potomków. Ich pamięci nie da się wymazać, uchwalając Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”, organizując liczne obchody, ustanawiając na mocy decyzji Antoniego Macierewicza mundur honorowy „wyklętych” itd. 1 marca w całym kraju odbędą się dziesiątki spotkań i akademii ku czci „żołnierzy wyklętych”. Obecna władza zadba, aby naród szybko ich nie zapomniał. W oczekiwaniu na dobrą zmianę warto jednak pamiętać, że każda legenda ma ciemną stronę.

Foto: Michal Kosc /AGENCJA WSCHOD

Wydanie: 9/2016

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. Marek Duke
    Marek Duke 3 marca, 2016, 09:03

    Marek Duke Olsztyn
    1 marca, 2016, 09:02

    Zasadne jest pytanie zadane przez autorów artykułu „Krew na rękach „wyklętych”: kim są ci, którzy nie poszli do lasu, ci wybitni Polacy, którzy w AK byli ulokowani o wiele wyżej niż niejeden dowódca „leśnych”? Ci, którzy uznali, że Polacy dość wycierpieli i kolejne ofiary zagrażają egzystencji narodu? Nie wiem, czy do „wyklętych” zalicza się Paweł Nowakowski, ps. „Leśnik” i „Łysy”, pochodzący z Dłutowa komendant obwodu AK Mława-Działdowo? Już jako gimnazjalista w 1918 r. rozbrajał załogę garnizonu niemieckiego koło Mławy, brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej, w II RP ukończył studia leśnicze, skończył podchorążówkę, potem był m.in. wójtem Zielunia. W 1939 r. wstąpił do ZWZ, utworzył własny oddział, przeżył wsypę, po której w Auschwitz zginął jego brat, wreszcie został dowódcą większej struktury AK. Tuż po zakończeniu działań wojennych,gdy zaczęła się nim interesować NKWD, ale także za namową współtowarzyszy walki, wrócił do lasu, obejmując dowództwo Batalionu „Znicz”, podległego ROAK (Ruch Oporu Armii Krajowej). Jego ludzie wywieszali na drzewach i płotach ogłoszenia, że poniesie karę ten, kto torturuje ludzi – to było ostrzeżenie pod adresem UB. Gdy w lutym 1947 r. ogłoszono amnestię, „Leśnik” uznał, że dalszy przelew krwi nie ma sensu. Ujawnił się, a za nim podwładni z oddziału. Ile w ten sposób uratował istnień ludzkich? Był potem nauczycielem w Szczytnie, a gdy „za AK” musiał odejść ze szkoły, został prezesem spółdzielni mieszkaniowej. Jako szanowany człowiek, z autorytetem w lokalnej społeczności, dożył 91 lat i doczekując III RP.

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. marcus
    marcus 3 marca, 2016, 09:04

    kiedy ten psychol maciarewicz wprowadzi dzień pamięci ofiar żołnierzy wykletych

    Odpowiedz na ten komentarz
  3. jea895751
    jea895751 3 marca, 2016, 11:40

    Chichot historii !!-raz na ołtarzu,raz pod progiem! – raz na piedestale,raz w katakumbach!. Ludzie,ludziom fundują karuzelę głupoty i pogardy.Dziś sądzeni,jutro będą sądzić osądzających! – psy szczekają a karawana hipokryzji jedzie dalej – zbierając żniwo nienawiści,podziału,wiarygodności i zaufania do historii Naszego państwa.Kiedy to się skończy,ile jeszcze razy będziemy światkami „meblowania” dziejów na „modłę” zakompleksionych karłów Naszej rzeczywistości!!

    Odpowiedz na ten komentarz
  4. jea895751
    jea895751 3 marca, 2016, 12:42

    Jak racjonalnie wytłumaczyć motywy „wyklętych” do działania wbrew logice,stanowi rzeczy{podział jałtański bez Polski} ??- szukajmy odpowiedzi!!.Dziś należałoby porównać ich „walkę” do ogólnoświatowego terroryzmu , który stworzył ,sfinansował i uzbroił „szeryf” porządku i „ładu” świata finansowego {czytaj triada amerykańska}.Kto był po 1945 roku, zainteresowany bratobójczą rozróbą w nowej określonej na mapie Europie – Polsce ? {bufor bezpieczeństwa wsch-zach} – szukajmy odpowiedzi !! – zadanie dla „wszelakiej maści” prof.najnowszej historii Polski – a mamy ich „nadprodukcję”. Jak potoczyłyby się losy kraju „po zasłużonym zejściu” tow. Stalina ? gdyby naród ruszył do boju przeciwko porządkowi „jałtańskiemu”– kto by nam pomagał, a kto by Nas „dobił” ? – a kto by podzielił i zabrał swoje?? Za jaką cenę i komu ? – musielibyśmy się upokorzyć i poddać w jasyr ?? Czy dziś nie zmierzamy do samounicestwienia ? – poddaństwa i wpływom „decydentom Świata” – kto nim jest – szukajmy odpowiedzi ??

    Odpowiedz na ten komentarz
  5. misiek pancerny
    misiek pancerny 4 marca, 2016, 21:49

    Szczucie to nasza domena narodowa. Szczuj szczuj.

    Odpowiedz na ten komentarz
  6. jacek Nadzin
    jacek Nadzin 6 marca, 2016, 11:19

    W Polsce po wojnie, tak jak w wielu innych krajach, trwala walka o „zdobycie i utrzymanie wladzy”. Oczywiscie popelniono wiele zbrodni po tej i drugiej stronie. Ale to, co po 1989 roku robia wladze jest po prostu nieuczciwe. A styl typowo „stalinowski”.

    Odpowiedz na ten komentarz
  7. Tylko prawda nas wyzwoli
    Tylko prawda nas wyzwoli 6 marca, 2016, 11:45

    Jak podłym jest to, że o wydarzeniach w Zaleszanach wypowiadają się ludzie, którzy na oczy tego nie widzieli. Czy nikt nie zauważył że ludzie starzy milczą? Oni nic nie mówią. Radzę posłuchać co mówią osoby z sąsiednich wiosek, te które nie fałszują prawdy. Radzę posłuchać innej strony. Ludzie z Zaleszan wysyłali katolików z innych miejscowości na Sybir, wielu członków mojej rodziny tam wylądowało. Śmiali się im prosto w twarz. Czerwone Zaleszany pełne komunistów. Dlaczego nic nie powiedzą o dwóch polskich żołnierzach których zabili i zakopali na podwórku. Nie dziwię się że za to spotkała ich zemsta. Ludzie którzy milczeli w obawie przed nimi zostawili swoje historię. Oni uczą przebaczać, a powinni o przebaczenie prosić, bo to ich wina że zgineli niewinni ludzie. Bury przyszedł po wybranych, ale oni nie chcieli wyjść. Na wojnie giną niewinni, tu jednak zgineli z winy Białorusinów. U mojego pradziadka w domu siedziało wówczas paru ludzi z Zaleszan bo był ich chrzestnym, jednak oni wiedzieli dlaczego Zaleszany płoną. Mogę śmiało powiedzieć, że gdyby nie interwencja Burego to moja rodzina byłaby wysłana na Sybir. Jeszcze do niedawna kochani prawosławni Białorusini wołali na nas po swojemu „Polskie psy”.
    Ci, którzy chcieli mówić byli skutecznie uciszani przez nich, jednak mamy dość gloryfikacji Białorusinów tak żyjących.

    Odpowiedz na ten komentarz
  8. gen młot
    gen młot 13 lutego, 2017, 19:32

    Jako zolnierz rezerwy Wojska Polskie szczerze wspolczuje i potepiam lesnych bandytow, ktorzy z wojskiem i honorem zolnierza Wojska Polskiego nie mieli nic wspolnego !

    Odpowiedz na ten komentarz
  9. Anonim
    Anonim 23 lutego, 2020, 19:18

    Z rąk bandy Rudego zginął brat mojego dziadka. Jako młody człowiek rozpoczął pracę na posterunku MO we wsi Galewice. Chciał po prostu pracować. Cieszył się z zakończenia wojny, podczas której w obozie koncentracyjnym rozstrzelano jego starszego brata. Uczynił to żołnierz wyklęty, czy bandyta?

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy