Spychanie słabszych na dno

Spychanie słabszych na dno

Reformę minister Kudryckiej i ministra Gowina tworzyły w zasadzie te same osoby. To spowodowało pogłębienie dawnych błędów

Prof. Krzysztof Mikulski – historyk, prezes Polskiego Towarzystwa Historycznego

Czym był Nadzwyczajny Kongres Humanistyki Polskiej, którego był pan współorganizatorem? Krzykiem rozpaczy?
– Może tak drastycznie bym tego nie nazwał. Ale z całą pewnością była to reakcja na zupełny brak odpowiedzi ministerstwa przygotowującego reformę szkolnictwa wyższego na liczne postulaty zgłaszane przez środowiska humanistyczne z całej Polski. Traktowane najwyraźniej jako głosy mniejszościowe, środowiskowe, nieważne. Gdy czara goryczy się przelała, postanowiliśmy się zjednoczyć i mówić jednym, silniejszym głosem.

Jak to pogodzić z zapewnieniami ministra Jarosława Gowina, że ustawa o szkolnictwie wyższym i nauce, którą nazywa Konstytucją dla Nauki, była wyjątkowo długo, wieloetapowo i dogłębnie konsultowana ze środowiskiem akademickim Polski?
– Konsultacje były. I to prowadzone w bardzo spektakularny sposób. Przybrały nawet nazwę kongresu. Poza tym pan minister ze swoimi doradcami objeżdżał cały kraj. Ale – niestety – były to wyreżyserowane spektakle. Taka kosztowna, PR-owa otoczka, z której niewiele wyniknęło.

Wybrano też trzy zespoły, które pracowały nad reformą i kosztowały ok. 900 tys. zł.
– A skorzystano z pracy tylko jednego. Sam kongres, jego organizacja, kosztował kolejne miliony złotych. To były świetnie przygotowane socjotechnicznie spektakle, na których głos zabierali niemal wyłącznie zwolennicy tej reformy. Tam nie było wiele miejsca na jakąkolwiek debatę, a często nie było żadnej debaty. Tak naprawdę te spotkania miały na celu wyłącznie prezentację pomysłów ministerialnych.

Rektor samowładny

Wasza ocena jest skrajnie różna od ministerialnej. Gdy minister Gowin przekonuje, że ustawa ma charakter wolnościowy, zdecydowanie poszerza autonomię uczelni, wy twierdzicie, że to zamach na autonomię.
– Przede wszystkim wskazywaliśmy, że zagrożona jest wewnętrzna autonomia uczelni, równie ważna jak zewnętrzna. Bez niej uczelnia zamienia się w jednoosobową spółkę skarbu państwa.

Mówi pan o silnej władzy rektorskiej, którą daje reforma?
– Mówię o bardzo silnej władzy rektora. Wręcz samowładzy. Rektor niby ma organ kontrolny – radę uczelni, która w pierwotnym zamyśle była de facto radą nadzorczą, miała decydować o wyborze rektora. Ale tu ministerstwo wprowadziło poprawki i obecnie jest to raczej ciało doradcze. A czy ma ono współwybierać, czy tylko konsultować wybór rektora – zadecyduje statut uczelni. Należy jednak się spodziewać, że wpływ na pracę rektora będzie miało niewielki. Dzięki tej ustawie rektorzy będą jednowładcami. Nic więc dziwnego, że tak ją wspierają. Tymczasem uniwersytety zawsze były i powinny zostać korporacjami uczonych i studentów. A te podstawy korporacyjności uniwersytetu naruszane są w ustawie na różne sposoby, np. poprzez niszczenie dawnych struktur. Uniwersytet europejski ma organizację wydziałową, którą nowa ustawa zastępuje dyscyplinami, a rady wydziałów radami dyscyplin. Tyle że te rady dyscyplin co prawda przejmą część kompetencji rad wydziałów, ale nie będą miały mocy stanowiącej, lecz tylko doradczą. Wszystkie decyzje będą musiały być zatwierdzane przez senat. Czyli autonomia uczonych, polegająca na tworzeniu mocno autonomicznych mikrokorporacji, które składały się na uniwersytet, zostaje zniszczona.

A zewnętrzna autonomia?
– Zewnętrzna autonomia jest nieco iluzoryczna, bo państwowe uczelnie są finansowane z budżetu państwa. A łaska pańska zawsze na pstrym koniu jeździ. Po reformie z pewnej względnie dużej autonomii zewnętrznej będą korzystały wyłącznie uczelnie największe, przodujące, te, które uzyskają status uczelni badawczych, najhojniej finansowane. Reszta będzie miała wielkie problemy z utrzymaniem swojej autonomii, bo będzie spychana na dno.

W pogoni za pieniędzmi?
– Nie tylko. Jeżeli mniejszym ośrodkom odbierze się prawa habilitacyjne – a jest to nieuniknione, ponieważ będzie oceniana cała uczelnia, nie zaś dorobek konkretnych naukowców czy dyscyplin – nastąpi ucieczka lepszych uczonych i studentów do większych, mocniejszych uczelni, gdzie będą mieć warunki rozwoju. Mniejsze ośrodki czeka powolna degradacja. Można by naprawić najpoważniejszy – moim zdaniem – błąd tej reformy, odchodząc od oceny całości dorobku uczelni na rzecz oceny konkretnych dziedzin nauki uprawianych w danym ośrodku. To dawałoby mniejszym szansę na obronę przed degradacją. A tak – wszystko na to wskazuje – na ścianie wschodniej wkrótce nie będzie żadnego uniwersytetu z prawem habilitacji.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 14/2019, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 14/2019

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy