Stan oblężenia

Stan oblężenia

Biali w odwrocie

Francuski model multikulti ma długą tradycję, wspieraną przez kolejne ekipy rządzące. Niepodległość dana byłym koloniom niewiele zmieniła w ich relacjach z metropolią. Tak samo jak przed laty Paryż dla zwykłych mieszkańców, ale i dla elit był ziemią obiecaną. Studia we Francji były przepustką do lepszego życia, francuski paszport, który bardzo łatwo można było uzyskać, dawał niemal gwarancję pracy i mieszkania w Europie. Algierczycy tak dramatycznie walczący o swoją niepodległość, gdy już ją zdobyli, rozczarowani jej codziennością dobrowolnie oddali się w ręce niedawnych wrogów. W Czadzie, Nigrze czy Republice Środkowoafrykańskiej stosunki kolonialne trwają w najlepsze, ku zadowoleniu obydwu stron. Do dziś, gdy w Bangi, stolicy RŚA, ląduje samolot Air France, miejscowi nie mają nic do powiedzenia – procedurę lądowania i startu prowadzi Francuz, odprawą i kontrolą bagażu zajmują się francuscy urzędnicy, a na płycie lotniska samolotu pilnują francuscy żandarmi.

Taki układ jest korzystny dla obu stron – zwalnia z odpowiedzialności lokalne elity, pozwala im na bezkarne nurzanie się w odmętach władzy, zapewnia zastrzyk gotówki w razie potrzeby i osobiste bezpieczeństwo, gdy poddani powiedzą dość. Zin el-Abidin ben Ali, obalony prezydent Tunezji, uciekł właśnie do Francji, „pożyczając” ze skarbca miliony dolarów. Mobutu Sese Seko, dyktator Zairu, nim zmarł na raka w Maroku, leczył się w paryskich klinikach, korzystając nie tylko z dobrodziejstw medycyny, ale również z wojskowych doradców, broni i pieniędzy.
Wspieranie nic nieznaczących w świecie satrapii to atrakcyjna cena dla Paryża – w sferze duchowej pielęgnuje mit światowej potęgi, w sferze interesów pilnuje niezakłóconych dostaw surowców naturalnych. Nie bez przyczyny na pustyni Ténéré, niedaleko miasta Agades w Nigrze, stacjonuje Legia Cudzoziemska. Od 40 lat pilnuje, by nic nie zakłóciło regularnego wydobycia uranu eksportowanego do francuskich elektrowni atomowych.

To właśnie taka polityka zaowocowała powstaniem we Francji społeczeństwa wielokulturowego i – jak się wydawało do niedawna – tolerancyjnego. Z prawie 66 mln mieszkańców 94% to Francuzi, ale z tej liczby jedynie 88% urodziło się we Francji. Co więcej, szacuje się, że aż 30% z nich miało co najmniej pradziadków cudzoziemców. W liczbach bezwzględnych oznacza to ponad 20 mln ludzi, których z francuskimi wartościami – wolnością, równością i braterstwem – łączy wyłącznie paszport. Nikt na paryskiej ulicy nie dziwi się czarnemu Francuzowi czy kobiecie okrytej czadorem, zapominając, że kiedyś Francja była krajem białych Europejczyków, a kraj nazywano najstarszą córą Kościoła katolickiego.

– Południe Francji to inny świat – mówi Wojtek. – Marsylia, Tuluza, Montpellier w zdecydowanej większości zamieszkują imigranci bądź ich potomkowie. Biały Francuz jest tam w odwrocie.

Wygrani po zamachu

W styczniu tego roku brytyjska agencja badania opinii publicznej ICM Research podała, że aż 15% Francuzów popiera tzw. Państwo Islamskie. W przedziale wiekowym 18-24 lata poparcie wyraziło 27% ankietowanych. Społeczność muzułmańska to we Francji ok. 10% ogółu. Reszta zatem popierających kalifat to ateiści i wyznawcy innych religii. Czy po 13 listopada to się zmieni?

– Trudno mówić o jakiejś polaryzacji – tłumaczy Nicolas. – Z muzułmanami spotykamy się na co dzień, każdy ma kogoś w rodzinie, w pracy bądź w kręgu znajomych i ta złość po zamachach raczej nie obraca się przeciw nim. Ale niewykluczone, że wystarczy iskra, publiczne napiętnowanie i wskazanie palcem, a gniew wybuchnie.

Na razie trwają polityczne przepychanki. Hollande, Sarkozy czy Le Pen, choć z pewnością autentycznie wstrząśnięci wydarzeniami w Paryżu, grają w znacznej mierze na siebie. Hollande pokazał się jako zdecydowany lider – służby specjalne pod jego zwierzchnictwem w kilka dni zlikwidowały wszystkich zamachowców. Sarkozy zagrał na szowinistycznej nucie, mając na względzie przyszłe wybory prezydenckie, Le Pen pokazała umiar, też licząc na głosy w wyborach.

Prawdziwymi wygranymi zamachów z 13 listopada wydają się jednak dwie inne osoby, prezydenci Władimir Putin i Baszar al-Asad. Putinowi bomby w Paryżu pozwoliły wrócić na światowe salony. Rosja jest znów ważnym międzynarodowym graczem, jej kontakty w Syrii stają się bezcenne, a rosyjska operacja wojskowa w tym kraju – konieczna. Pytania o Krym i Donbas byłyby teraz nie na miejscu, wręcz niegrzeczne i bezczelne. Dobitnie oznajmił to Dmitrij Pieskow, rzecznik Kremla, dziwiąc się na konferencji prasowej „niechęci Zachodu do stworzenia wspólnego z Rosją frontu antyterrorystycznego, czego przyczyną są wydarzenia na Ukrainie”.

Te obawy Pieskowa wydają się jednak niesłuszne. Putina pochwalił Barack Obama, a prezydent Hollande postanowił „zacieśnić” współpracę z Rosjanami przy zwalczaniu tzw. Państwa Islamskiego. W tym nowym rozdaniu przegranym jest jedynie Petro Poroszenko, którego żalów nikt już słuchać nie będzie. Doskonale wie o tym Kreml – nie bez przyczyny pozycje ukraińskich wojsk w Donbasie zostały nagle ostrzelane rakietami Grad, których przecież w myśl porozumień mińskich dawno nie powinno tam być.

Syryjskiego prezydenta Zachód po raz pierwszy od rozpoczęcia konfliktu w 2013 r. uznał za przedstawiciela legalnej władzy, partnera do rozmów i jednego z najważniejszych uczestników antyterrorystycznej koalicji. To upodmiotowienie zawdzięcza w dużej mierze Putinowi. A teraz jego wpływowi na Zachód. Baszar al-Asad idzie więc drogą Jasira Arafata – od terrorysty do męża stanu. W pewnym stopniu podobny jest też do Muammara Kaddafiego, najpierw pupila Zachodu, potem terrorysty, a później miłego gościa na europejskich salonach. Musi jedynie uważać, by nie skończyć jak Kaddafi.

– Rzecz w tym, że właśnie od Libii wszystko się zaczęło – mówi Nicolas. – Chcieliśmy być wielcy, światowi, jak Amerykanie czy Brytyjczycy. Uznaliśmy, że możemy robić porządki w innych krajach: w Libii, Mali, Syrii. Zamachy w Paryżu to cena naszej megalomanii.

*

Gdy wjeżdżałem do Francji autostradą A16 z Belgii, trwał stan wyjątkowy. Zgodnie z dekretem prezydenta wprowadzono kontrole na granicach. Na autostradzie policja zamknęła jeden pas, każde auto musiało zjechać z niej i przejechać przez rondo. Było zimno, wiał porywisty wiatr. Zmarznięci funkcjonariusze grzali się w radiowozach, nie zwracając uwagi na przejeżdżające samochody. Wojna przecież toczy się gdzie indziej.

Współpraca Magdalena Chodownik


Strach

Joao De Almeida Dias, portugalski dziennikarz: – Byłem w południe na dwóch minutach ciszy na placu Republiki. Niesłychane. Przyszło bardzo dużo ludzi, ale widać, że byli wystraszeni. Ten strach przejawia się nawet w błahych sytuacjach. W niedzielę pękła żarówka w latarni w dzielnicy Marais. Ludzie myśleli, że ktoś strzela z pistoletu, i zaczęli w popłochu uciekać. A dziś, kiedy jechałem metrem, maszynista nagle wcisnął hamulec. Pociąg gwałtownie się zatrzymał, światła się wyłączyły, ale nikt nie krzyknął. Ludzie stali w ciszy. Mam wrażenie, że ugrzęźli gdzieś między poczuciem, że powinni okazać odwagę, a strachem.
MCh


Pierwsza randka
To była ich pierwsza randka. Zamiast romantycznej kolacji przy świecach była pięknie oświetlona francuska stolica. Aldona i Fabian długo spacerowali ulicami Paryża. Żartowali, śmiali się, wygłupiali. Po dziesiątej wieczorem rozszalał się telefon. „Ataki terrorystyczne”, zakomunikowała znajoma.

Zorientowali się, że wszyscy wokół wpatrują się w smartfony. Zaczęli pytać przechodniów, co się stało. Ktoś odpowiedział: „Jeżdżą po mieście samochodami i strzelają do ludzi jak do kaczek”. Na spokojnej jeszcze przed chwilą ulicy zapanował chaos. Najważniejsze było znalezienie bezpiecznego schronienia. Podążając za tłumem, dotarli do baru. W środku ludzie przestraszeni, zdezorientowani, tak samo jak ci na zewnątrz próbujący ustalić, co się dzieje w mieście.

– Barman przyjął nas jak prawdziwy psycholog: posadził przy stoliku, zaczął zapewniać, że tu jest bezpiecznie, przyniósł szklanki z wodą – wspomina Aldona, Polka od lat mieszkająca w Paryżu. Jej telefon dzwonił bez przerwy, aż wyczerpała się bateria.

Siedzieli tak dwie, może trzy godziny, rozmawiając z innymi, którzy chcieli przeczekać niepewne chwile. Potem zebrali małą grupę idącą w tę samą stronę i ruszyli, mijając po drodze policję i blokady.

Fabian nie mieszka w Paryżu, więc Aldona zaprosiła go do domu. Czuła się trochę niezręcznie, bo nie zwykła zapraszać do siebie mężczyzn na pierwszej randce. I to na noc. Kiedy weszli do domu, nawet nie włączyli radia, jedynego oprócz internetu źródła informacji dostępnego w jej mieszkaniu. Usiedli i do rana rozmawiali, dopóki powieki nie zaczęły się kleić. Położyli się do łóżka i w objęciach przeczekali następne godziny. – Fabian trzymał mnie za rękę, był przy mnie – mówi Aldona – i mogłam ten strach jakoś przetrwać. Ale dziś nie wiem, ile z tej bliskości było normalną reakcją, a ile dyktowała sytuacja, w której się znaleźliśmy. Kiedy o tym myślę, trudno mi w to wszystko uwierzyć. Staram się unikać wiadomości o atakach. Nie oglądam zdjęć z tej nocy. Dla mnie to nie film w internecie, to rzeczywistość. Nie wiem, czy jeszcze spotkam się z Fabianem.
MCh

Strony: 1 2

Wydanie: 48/2015

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy