Stan wyjątkowego napięcia

Stan wyjątkowego napięcia

Od 2 września w 183 miejscowościach województw podlaskiego i lubelskiego obowiązuje stan wyjątkowy. Już ponad dwa miesiące na teren ogarnięty kryzysem humanitarnym nie mogą wjechać ani Medycy na Granicy, ani dziennikarze. Tymczasem w lesie umierają uchodźcy, a mieszkańców ogarnia coraz większy stres. Traumę przeżywają wszyscy – i uchodźcy, i mieszkańcy, i funkcjonariusze.

– W Białowieży jest mnóstwo wojska, policji. Nie ma godziny, żeby nie przejechały ciężarówka czy samochód z funkcjonariuszami. Bardzo często konwoje jeżdżą na sygnale, zawsze przekraczając dozwoloną prędkość. Czujemy się tutaj jak na wojnie. Mam wrażenie, że poza strefą stanu wyjątkowego jest inny świat. W Białymstoku ludzie normalnie chodzą do kina, do restauracji, a u nas prawie wszystko jest pozamykane, bo turyści nie mają wstępu do strefy, natomiast mieszkańcy siedzą w domach – mówi Eliza Kowalczyk, mieszkanka wsi.

Mieszkańcy strefy stanu wyjątkowego codziennie spotykają uchodźców na ulicy. Oni wielokrotnie są w bardzo złym stanie – przemoczeni, wygłodniali, pobici, zmuszeni do picia żółtej wody, którą dostali od białoruskich funkcjonariuszy. Straumatyzowani wojną w ich kraju, tułaczką, zimnem, obojętnością, utratą ciąży. Niektórzy im pomagają, inni od razu łapią za słuchawkę i dzwonią po Straż Graniczną, która najczęściej wywozi ich z powrotem do lasu. – Ci ludzie po prostu się boją, boją się wszystkich obcych, nie tylko cudzoziemców – mówi nam Ola Gulińska z Grupy Granica, która prowadzi akcję edukacyjną wśród mieszkańców terenów położonych zaraz za stanem wyjątkowym. Opowiada, że bardzo często ludzie właśnie od aktywistów dowiadywali się o push-backach i nierzadko byli przerażeni zachowaniem Straży Granicznej. – W tym momencie ta wiedza jest już dużo bardziej powszechna, jednak nadal trzeba przekonywać niektórych, żeby nie bali się pomóc, jeżeli ktoś o tę pomoc prosi. To jest wstrząsające, że musimy ludziom tłumaczyć, że danie komuś wody nie jest przestępstwem.

– Mieszkańcy są bardzo podzieleni – mówi Eliza Kowalczyk. – Kiedy rozwieszałam plakat informacyjny o tym, że pomoc jest legalna, dostałam kilka nieprzyjaznych komentarzy, a później plakat został zerwany. Słyszałam, jak jeden z mieszkańców mówił, że ma już przygotowane w domu noże i siekiery na uchodźców. W takich warunkach trudno jest głośno rozmawiać na temat nieszczęścia tych ludzi. Ale trudno jest też trzymać tę traumę w sobie – kiedy niedawno spotkałam przed domem uchodźców, którzy nieśli małe dziecko w torbie podróżnej, czułam się fizycznie i psychicznie obolała przez kilka dni, jakby mnie ktoś pobił. Podobno tak schodzi napięcie, a co gorsza, może to być objaw stresu pourazowego – mówi Eliza Kowalczyk.

Kryzys dotyka także funkcjonariuszy Straży Granicznej, którzy zostali zwiezieni na pogranicze z całej Polski. – Niektórzy nie widzieli rodzin od paru tygodni. Są zdesperowani, opowiadają o strasznych historiach. Są pozbawieni wsparcia psychologicznego i odreagowują, pijąc. Alkoholu jest tam mnóstwo – powiedział Przemysław Sadura w TOK FM.

Końca kryzysu humanitarnego nie widać. Wręcz przeciwnie – sytuacja na pograniczu z dnia na dzień staje się coraz bardziej dramatyczna. Coraz więcej ludzi próbuje przedostać się przez granicę polsko-białoruską. Temperatura spada. – Czy ktoś nas usłyszy? – pyta Eliza Kowalczyk.

 

fot Eliza Kowalczyk 

Wydanie:

Kategorie: Z dnia na dzień

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy