Stara tradycja

Zapiski polityczne
20 marca 2002 r.

Dostaję dużo listów. Nadmiar pracy, jakiej się podjąłem na stare lata, sprawia, że z odpisywaniem jest gorzej niż źle, ale autorom życzliwych słów serdecznie dziękuję i proszę o wybaczenie, iż nie odpowiadam. Na każdej kopercie listu wartego odpowiedzi piszę słowo „odpisać”, ale na tym się moje dobre chęci kończą. Na dopełnienie obowiązku nie starcza mi nie tyle sił, co czasu, dziękuję zatem gorąco za dobre listy i przepraszam pokornie za zwłokę w odpisywaniu.
Przychodzą też listy pełne nienawiści, obelg i kłamliwych zarzutów. W tych tekstach cenię język. Upiorną polszczyznę zniewag, gęstą od zarzutów zdrady narodu polskiego, cuchnącą rynsztokiem i jadem wręcz żmijowym. Jeśli autorzy tych tekstów sadzą, iż robią mi jakąś przykrość, to zawiadamiam ich tą droga, że są w błędzie. Uwielbiam takie teksty, a nawet marzy mi się słownik obelg polskich opracowany na tym złowrogim materiale. Ale znowu pojawia się problem czasu. Jeśli nie wystarcza mi wolnych chwil, by odpisywać ludziom mądrym i szlachetnym, skąd miałbym je wziąć na katalogowanie podłości głupców. Koniec o listach.
W jednym z nich znalazłem pytanie o przyczynę nagłego pojawienia się objawów antysemityzmu w Sejmie, wybuchającego potężnie, gdy tylko chce się kogoś jawnie obrazić, jak to było w przypadku haniebnego ataku na profesora Kieresa, albo wówczas, gdy debata zatrąca w jakikolwiek sposób o problemy związane z Żydami, jak to było przy okazji mordu w Jedwabnem. Dużym uproszczeniem jest mówienie o nagłości zjawiska. W Polsce antysemityzm był od zawsze. Stanowił organiczną część naszego narodowego patriotyzmu, był przez długie wieki głoszony, wręcz nauczany z ambon kościelnych. Warto dodać, że to nauczanie cieszyło się poparciem wielu papieży, ale dajmy temu spokój. Mądrość i moralna postawa „naszego” Jana Pawła II przekreślają tamte wybryki z dawnych lat, szkoda tylko, że mają tak mały posłuch w środowisku naszego kleru, skąd nadal płyną wrogie Żydom pomruki.
Warto przypomnieć, że jawnie antysemickie postawy zakłóciły jedno z najpiękniejszych wydarzeń w historii współczesnej Polski, jakim był niewątpliwie I Krajowy Zjazd NSZZ „Solidarność” w hali Olivii we Wrzeszczu na jesieni 1981 r. Od samego początku sporą część delegatów na ów zjazd bulwersowało pytanie o silny akcent syjonistyczny ujawniony na emblemacie zjazdu, gdzie dopatrzono się gwiazdy Dawida, sześcioramiennej. Bzdura więziła się z tego, iż autorzy owego znaczka zaprojektowali trzy kolorowe krzyżujące się elipsy. Efektowne to było i ładne, ale miało sześć rogów, czyli przedstawiło, jak sadzili delegaci, gwiazdę Syjonu, co wywoływało powszechne zgorszenie.
Zjazd „Solidarności” był pierwszą od wielu lat potężną manifestacją niepodległościowych oczekiwań i dążeń naszego narodu. Był swoistą rekompensatą, szczególnie dla mojego akowskiego pokolenia za krzywdy, jakich doznaliśmy po zmowie jałtańskiej, pozbawiającej Polaków prawa do niepodległości. I nagle po latach upokorzeń i cierpień, zsyłek do łagrów i więzień mogliśmy się pojawić wolni i dumni na tym pierwszym od lat symbolu dążeń niepodległościowych, jakim był nasz zjazd.
W tę cudowną, wręcz bajkową, niepowtarzalną atmosferę triumfu narodowych marzeń uderzyła zatruta strzała antysemityzmu.
Zaczęło się od pewnego nieporozumienia organizacyjnego. Projekt był taki. Profesor Lipiński miał z trybuny zjazdowej przekazać komunikat o zakończeniu działalności Komitetu Obrony Robotników. Lech Wałęsa miał wyjść na mównicę i złożyć w imieniu zjazdu podziękowanie za pracę KOR-u, co – jak przewidywano – zostałoby pokwitowane burzliwymi oklaskami. Siedziałem obok Wałęsy. Profesor zmienił jednak uzgodniony zamiar. Zamiast komunikatu o zakończeniu pracy wygłosił piękne, żarliwe przemówienie polityczne, cholernie antyreżimowe. Więcej było tam ataków na błędy i grzechy ustroju niż wiadomości o zakończeniu pracy grup odważnych działaczy. Gdy profesor skończył i przebrzmiały oklaski, bardzo gorące, Lech nie ruszył się z miejsca. Powiedziałem szeptem: „Lechu, teraz pan”. „Jeszcze nie zgłupiałem – powiedział Wałęsa – miało być inaczej”. To prawda, miało być inaczej, zabrakło jednak owego podziękowania.
Po chwili dopadł mnie Jacek Kuroń. Powiedział: „Ty masz tu posłuch, załatw tych kilka słów podziękowania. Wystąp z tym”. Mówię: „Jacku, nie jest to proste. Sporo ludzi na sali zna moje powiązania z wami. Nie będę przyjęty dobrze. Sala powie, że sami sobie dziękują. Ten wniosek musi być zgłoszony przez autentycznego przedstawiciela robotników”. „No to poszukaj”, odparł Kuroń i wręczył mi jakąś teczkę. Zacząłem tedy pielgrzymkę pomiędzy kilkoma regionami, gdzie lepiej znałem ludzi. Ktoś mi wreszcie poradził, bym zażądał tej usługi od Regionu Radomskiego, który najwięcej dobrego doznał od KOR-u. Zgodzili się, zgłosili oczekiwany wniosek o podziękowanie. Zaczął się spór dający się streścić w kilku słowach wypowiedzianych do mnie przez jednego z delegatów. Brzmiały tak: „Czyś ty zwariował? Żydom będziemy dziękować?”. Jan Józef Lipski przypłacił ten spór utratą przytomności i pobytem w szpitalu. Napisał stamtąd dramatyczny list do uczestników zjazdu. Mogłem go odczytać dopiero na samym zakończeniu zjazdu, gdy już przewodniczył mu późniejszy premier, Jerzy Buzek. Podziękowanie uchwalono. Przeciw była prawie połowa obecnych. Już wtedy nazywano ich „prawdziwymi Polakami”. Teraz, po latach, mają swoją silną reprezentację w Sejmie RP, ale rządzi nimi stara tradycja. Starsza od zjazdu „Solidarności”, ale wtedy na nowo wprowadzona w życie publiczne Rzeczypospolitej.

 

Wydanie: 12/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy