Strachy na Lachy, a Polska w Unii jest

Strachy na Lachy, a Polska w Unii jest

Uśmiechnij się! Jesteś w Unii! Takie hasła i para młodych ludzi z twarzami pomalowanymi w biało-czerwone barwy Polski i niebieskie Unii. Tak pięć lat temu wyglądała okładka naszego tygodnika. Mieliśmy powody do radości, bo przez kilka lat byliśmy częścią tych mediów, które zdecydowanie wspierały starania Polski. Dziś, gdy poparcie Polaków dla integracji jest rekordowo wysokie, ówczesne boje i podziały społeczne przykrył kurz niepamięci. A przecież tak lekko i bezproblemowo to my do Unii nie wchodziliśmy. Debata przed referendum była bardzo dramatyczna i brutalna. Epitety padały gęsto, a celowali w nich zagorzali przeciwnicy Unii. Duża część rodzimej prawicy wytoczyła wszelkie możliwe działa, by do tego zaprzaństwa, utraty niepodległości i zdrady narodowej nie dopuścić. Straszono nieszczęściami, jakie spadną na naszą biedną ojczyznę, gdy wpadnie w szpony Unii, a właściwie to Niemców, którzy nas wykupią i zrobią z Polaków parobków. Polskę czekać miała powtórka z Sodomy i Gomory. Szczególnie bezwzględnej obróbce poddawano rolników, upatrując w nich ostatni bastion polskości. Tych samych rolników, którzy po pięciu latach są tą grupą społeczną, która najbardziej skorzystała na członkostwie. Gdzie by dziś była polska wieś, gdyby prawicy udało się wówczas zablokować negocjacje? Zwykła przyzwoitość nakazywałaby więc powiedzenie Polakom: pomyliliśmy się. Przepraszamy. Czy ktoś słyszał takie wyznanie? Jest wręcz odwrotnie. Bez cienia samokrytycyzmu i przeprosin Marian Krzaklewski, wówczas jeden z najbardziej straszących Unią, kandyduje teraz do Parlamentu Europejskiego z listy PO. Nie on jeden zresztą. Może jednak wyborcy będą mieli lepszą od nich pamięć i odpłacą im za tamte brednie.
Dziś łatwo przychodzą słowa, że była to słuszna decyzja. Że potrafiliśmy wykorzystać historyczną szansę. Trudniej przychodzi docenić właściwych autorów sukcesu. Zwłaszcza wtedy, gdy nie są oni z aktualnie rządzącego obozu politycznego. Tym bardziej warto przypomnieć, że z największym pakietem problemów musiała sobie poradzić i zrobiła to bardzo skutecznie rządząca wówczas lewica.
Prezydent Aleksander Kwaśniewski, Leszek Miller i Włodzimierz Cimoszewicz byli pierwszoplanowymi postaciami w boju o Unię. Budowali poparcie społeczne dla tej decyzji i skutecznie negocjowali warunki akcesji. Bez nich tego sukcesu z pewnością by nie było. Podobnie jak nie byłoby rewolucji na wsi bez zabiegów i uporu Jarosława Kalinowskiego. Nie działali oni w próżni. Proeuropejską politykę budowali wcześniej Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek, Lech Wałęsa i Jacek Kuroń. Jednak najtrudniejszy etap tej drogi był dziełem polityków lewicy. Wywodzącego się z lewicy prezydenta i lewicowego rządu.
Efekty po pięciu latach są większe, niż myśleli najwięksi optymiści. Już zrealizowano 98 tys. projektów za 70 mld zł. Najwięcej środków trafiło na drogi, oczyszczalnie, transport, szkolenia i stypendia. Z tym jest więc dobrze. Są jednak też problemy. Mamy duże zaległości i bardzo wiele do zrobienia. Ciągle jesteśmy prawie na końcu państw Unii pod względem zamożności. Polska jeszcze długo będzie musiała gonić europejską czołówkę. Ważne jest jednak to, że ten dystans stale się zmniejsza, że już nie drepczemy w miejscu. I wreszcie to, że mamy kolejny, wielki cel. Wejście do strefy euro.

Wydanie: 18/2009

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy