Stracone gatunki

Stracone gatunki

Siedem grzechów głównych wobec ptaków i przyrody

W grudniu ukazała się „Czerwona lista ptaków Polski”. To dokument wskazujący zagrożone gatunki, z podziałem na stopień zagrożenia, opisem sytuacji ptaka i przyczyn, dla których znalazł się na liście. Od wydania poprzedniego podobnego dokumentu minęło 20 lat. Obecna lista jest dłuższa, wylicza więcej gatunków, które utraciliśmy.

Już za Bolesława Chrobrego zauważyliśmy nasz negatywny wpływ na przyrodę, stąd np. częściowa ochrona bobrów. Wówczas myślano o utracie korzyści z bobrów. Pierwsze na świecie działania mające zapobiec wymarciu gatunku dotyczyły tura pod koniec XVI w., z woli Zygmunta III Wazy. Również początki ochrony gatunkowej w dzisiejszym rozumieniu zapoczątkowali Polacy, w 1868 r., gdy sejm autonomii galicyjskiej uchwalił ustawę „względem zakazu łapania, wytępiania i sprzedawania zwierząt alpejskich właściwych Tatrom, świstaka i dzikich kóz”. Polska przez wiele lat, zarówno pod zaborami, po odzyskaniu niepodległości, jak i za PRL oraz na początku III RP była w awangardzie działań na rzecz ochrony przyrody, aż pod koniec lat 90. politycy wszystkich barw i rządów solidarnie wykonali w tył zwrot, a na arenie międzynarodowej zaczęliśmy być postrzegani jako hamulcowi.

Prezentuję zatem siedem naszych przewin wobec ptaków. Te same grzechy dotyczą reszty przyrody.

1. Odwodnienia i regulacje rzek
Dwie grupy najliczniejsze na liście to ptaki mokradeł i dolin rzecznych. Zdewastowaliśmy 84% torfowisk, z pozostałych niewielki procent jest w dobrej formie. Łąki pocięte są rowami odwadniającymi. Wprawdzie teoria melioracji zakłada, że te same rowy powinny je nawadniać, ale polskie rowy są jednokierunkowe. Równocześnie część ekstensywnie użytkowanych łąk zarasta lasem, druga poddana jest silnemu uproduktywnieniu. Zamiast jednego pokosu w roku dochodzi do dwóch, a nawet trzech. Oczywiście w tym celu sypie się dużo nawozów i stosuje więcej prac polowych, co ptakom nie służy. Jednocześnie znikają pastwiska, krowy nie opuszczają obór, a to w ich towarzystwie ptaki czują się najlepiej – w znacznej mierze chroniły ptaki przed małymi i średnimi drapieżnikami, a do tego płoszyły owady. W efekcie populacja mojego ulubionego kulika wielkiego, którego nestor polskiej ornitologii Władysław Taczanowski w XIX w. nazwał ptakiem pospolitym, dziś liczy mniej niż 250 par. Liczba rycyków mieści się w przedziale 800-1,5 tys. par, a płaskonosów spadła poniżej tysiąca. Inna kaczka takich środowisk, świstun, w czerwonej księdze otrzymała status CR – krytycznie zagrożona, jej ostatnie lęgi odnotowano w 2010 r. Wśród ptaków środowisk podmokłych zanika derkacz, którego Mickiewicz w „Panu Tadeuszu” nazwał pierwszym skrzypkiem łąk (z wieszczami się nie polemizuje, mnie jego głos służył za budzik).

Równie fatalna jest sytuacja ptaków związanych z dolinami rzecznymi. Małe cieki są maniakalnie regulowane. Duże w znacznej mierze zostały uregulowane za Prusaka i w PRL. Ale na wielu odcinkach pozostały względnie naturalne (środkowa Wisła, dolna Narew, Bug) albo odzyskały wartość przyrodniczą jak dolna Odra. Niestety, pomysł rządu na użeglownienie rzek, bezzasadny ekonomicznie, zniszczy ich przyrodnicze wartości. Obwałowywanie rzek i przekształcanie nadrzecznych łąk w pola orne odbiera ptakom miejsce do życia. Na wielu odcinkach rzeki są poddane presji osiedleńczej i rekreacyjnej. Odcinki naturalne, przynajmniej względnie, są zaś domem dla już wspomnianych gatunków, ale też dla ptaków korzystających z piaszczystych wysp, np. rybitwy białoczelnej czy ostrygojada, którego krajowa populacja liczy nie więcej niż 35 par. Paradoksalnie takie postępowanie szkodzi również ludziom, zwiększa ryzyko powodziowe, w długiej perspektywie obniża produktywność nadrzecznych gruntów, a także zwiększa ryzyko suszy w najmniej uwodnionym kraju Europy.

2. Prowadź swój pług przez kości wymarłych ptaków
Na drugim miejscu pod względem spadku liczebności znajdują się ptaki krajobrazu rolniczego. Wydawało się, że rozdrobniona własność ziemi w Polsce zapobiegnie katastrofie, ale kraj nad Wisłą nie jest samotną wyspą na rozszalałym morzu przemysłowego rolnictwa. Politycy uwielbiają ględzić o tradycyjnej wsi, z milionami gospodarzy. Tymczasem na wsi mamy dwóch-czterech gospodarzy. Reszta dzierżawi im swoje pola. Aby jedna osoba utrzymała się z rolnictwa, musi obrabiać minimum 30 ha. A jeśli to ma być cała rodzina… W efekcie każdy chce szybko i efektywnie zaorać pole i zebrać, co się da. Drzewa i krzewy przeszkadzają, więc są cięte. Miedze zajmują miejsce, więc są likwidowane wraz z całym mikroświatem, który je zasiedlał. Chwasty tępi się herbicydami, robactwo insektycydami. Najsłabsze ziemie nawozi się potrójnie albo odpuszcza, tworzą się ugory, a po nich lasy.

Efekty są katastrofalne. Niektóre ptaki wyginęły, np. dzierzba rudogłowa. Jej czarnoczelna kuzynka ostatni lęg miała 10 lat temu. Inne gatunki trzymają się na włosku, gadożera mamy najwyżej trzy pary, kraski kilkanaście. W szybkim tempie ubywa świergotków polnych i ortolanów, od których Beethoven miał zapożyczyć słynny czteronutowy fragment V symfonii. Milionowa rzesza czajek z początków XXI w. obecnie stopniała do mniej niż 100 tys. par, choć oberwało się jej też przez zanik łąk zalewowych. Analogiczna sytuacja dotyczy hodowli ryb – albo intensyfikowane jest wykorzystanie stawów rybnych, albo są one porzucane. W obu przypadkach prowadzi to do znikania ptaków lęgnących się w przybrzeżnych szuwarach, a przy intensyfikacji hodowli ptaki muszą konkurować o pokarm z przegęszczonymi rybami. I znów takie postępowanie szkodzi również ludziom, pełna chemii żywność odbija się na naszym zdrowiu, a pola pozbawione osłony drzew i miedz ulegają szybkiej erozji.

3. Leśnictwo
Utarło się przekonanie, że leśnicy to ludzie chroniący przyrodę. Tymczasem to rolnicy, których uprawy nieco później plonują. Oczywiście tak jak są rolnicy ekologiczni, bywają i tacy leśnicy, ale w zhierarchizowanej, niemal wojskowej strukturze nie mają łatwego życia. W latach 90. był trend ekologizacji leśnictwa, ale za czasów SLD zarzucono go, a każda kolejna ekipa coraz bardziej działała na szkodę polskich lasów. Obecna nawet tego nie kryje, choć używa logiki, zgodnie z którą czarne jest białe, a białe jest czarne. Efekty jak w soczewce widzimy w Puszczy Białowieskiej. Leśnicy źle znoszą widok martwych drzew, będących źródłem bogactwa przyrodniczego. To często na nich żerują dzięcioły, w tym najrzadszy – trójpalczasty, który wprawdzie nie jest zagrożony, ale otrzymał kategorię NT – bliski zagrożenia. Niedopuszczanie, by drzewa dotrwały sędziwego wieku, uniemożliwia zakładanie gniazd przez wspomniane gadożery i rybołowy. Tu także postępowanie takie szkodzi ludziom, lasy przestają chronić nas przed powodziami, tracą znaczenie jako miejsce atrakcyjne turystycznie, wreszcie długofalowo obniżają produktywność.

4. Zmiany klimatu
Żaden polski rząd nie podszedł poważnie do tego zagadnienia, a część polityków i publicystów związanych z PiS neguje zmiany klimatu, pozostali podważają rolę człowieka w tym zakresie. Ptaki natomiast już ją odczuwają. Przykładem może być słowik szary. Krzaczaste siedliska, w których mieszka, ulegają przesuszeniu. Jednocześnie wschód Polski, będący domeną słowika szarego, jest kolonizowany przez jego bliskiego krewniaka – słowika rdzawego. Zwykle ptaki dzielą się niszami ekologicznymi, szary zajmuje wilgotniejsze krzewy, rdzawy suchsze. Tyle że te pierwsze zanikają, wówczas zachodni krewniak zgarnia całą pulę. Inny kłopot mają nadal względnie pospolite muchołówki żałobne. Na skutek zmian klimatu gąsienice, którymi żywią młode, szybciej przekształcają się w motyle, a pisklęta głodują. Wprawdzie wiele ptaków owadożernych zaczęło wcześniej przylatywać z zimowisk, ale nie na tyle, by załapać się na danie główne. Chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie ma wątpliwości, że dalsze ocieplanie się klimatu doprowadzi do katastrofy, której ludzkość będzie ofiarą.

5. Łowiectwo
Trudno w to uwierzyć, ale zanikające głowienki i czernice pozostają na liście gatunków łownych, a postulat wyłączenia ich z odstrzału spotyka się ze sprzeciwem myśliwych. Co gorsza, okres łowiecki rozpoczyna się, kiedy część ptaków jeszcze wodzi młode. Prowadzi to do rozbicia rodzin, niekoniecznie wskutek odstrzału, czasem spłoszone dorosłe ptaki uciekają, a później nie mogą odnaleźć potomstwa. Nawet kiedy lotne już młode odlecą, tracą opiekę, dzięki której uczą się życia od matek, więc ich szanse przeżycia drastycznie maleją. To samo dotyczy gatunków niełownych. Zresztą wiele gatunków chronionych i zagrożonych, takich jak hełmiatki, cyranki czy płaskonosy, myśliwi zabijają z powodu słabej znajomości ptaków. Poza tym ptaki, które chronione są w Polsce, bywają zabijane w innych krajach, w czasie przelotów czy zimowania. Ta sytuacja dotyka m.in. ortolana i droździka. Kompletną pomyłką jest polowanie we Francji na kuliki wielkie, do ochrony których w Polsce dopłaca UE. Rzecz jasna, takie postępowanie znów szkodzi również ludziom, bo wiele ptaków uśmiercanych w południowej i zachodniej Europie wspomaga polskich rolników w walce ze szkodnikami upraw.

Często ptaki wodne, w tym morskie, giną w sieciach rybackich. Dotyczy to m.in. lodówek czy uhli, które nie znalazły się na liście, ponieważ nie są ptakami lęgowymi w Polsce, ale licznie zimują u naszych wybrzeży. Do opracowania listy gatunków nielęgowych mamy za mało danych, choć powinny się znaleźć w opracowaniu.

6. Wypoczynek über alles
Nasze aktywności urlopowe też odbijają się na ptakach. Brzegi rzek i jezior przerabiane są na działki wypoczynkowe, z płotami przypominającymi zasieki lub więzienne mury. To pozbawia możliwości zakładania gniazd rybołowy. Inna sprawa, że nawet jeśli brzegi nie są ogrodzone, kręcą się tam ludzie, a to płoszy zwierzęta bojące się człowieka. Coraz popularniejsze wędrówki poza szlakami wiodą ludzi w pobliże gniazd ptaków drapieżnych, a one tego nie lubią. Wiele takich miejsc jest oznaczonych tabliczkami z informacją o strefie ochronnej zwierząt z zakazem wstępu, ale kto by się przejmował drobiazgami. Sporty motorowodne płoszą wiele ptaków wodnych, niekiedy zaś robią to i kajakarze. W ostatnich latach popularny stał się kitesurfing – coś w rodzaju deski surfingowej, do której przyczepiony jest latawiec ciągnący pływaka. Cierpią na tym ohary – piękne, kolorowe kaczki lęgnące się w norach – których liczebność w Polsce wynosi ok. 120 par. Na widok sunącego po wodzie dziwadła ptaki uciekają nawet z odległości 700 m. Dla porównania przed pieszym uciekają z 30 m. Płoszą się ptaki na gnieździe (samce ostrzegają samice o niebezpieczeństwie) i wodzące młode.

7. Imperializm ekologiczny
Jednym z najpoważniejszych problemów przyrodniczych jest inwazja obcych gatunków. Część roślin, zwierząt i grzybów sprowadzonych z innych kontynentów przechodzi u nas w fazę ekspansji. Odnajdując sprzyjające warunki w nowej ojczyźnie i nie mając naturalnych wrogów, mogą się mnożyć do woli. Miejscowe gatunki, nie mając takiego komfortu, ustępują najeźdźcom, a nierzadko bywają przez nich bezpośrednio tępione. Obcym w natarciu jest norka amerykańska, w znacznej mierze odpowiedzialna za spadek liczby ptaków wodnych, którymi się żywi. Zjada także ich jajka. Niektóre rodzime gatunki stają się nadliczbowe wskutek działań ludzkich. Sztandarowym przykładem jest lis, którego populacja zrobiła się trzy-cztery razy większa, niż wynosi naturalna pojemność środowiska. Lisy nie gardzą jajami, pisklętami, a jak się uda, to i dorosłymi ptakami. Szczepionka przeciw wściekliźnie wyeliminowała główny ogranicznik liczby lisów. Ostatnie badania wskazują, że do ograniczenia liczebności lisów i norek przyczyniają się wilki, te jednak po latach tępienia dopiero odbudowują swoją pozycję, a już pojawiają się głosy, by wznowić polowania na nie. Imperializm ekologiczny uderza w ludzi, straty ekonomiczne w UE spowodowane gatunkami obcymi w 2013 r. były szacowane na 12 mld euro.

Równolegle ze wspomnianą ustawą o ochronie kozic i świstaków sejm galicyjski przyjął „ustawę o ochronie pożytecznych ptaków i innych zwierząt”, która obejmowała ochroną wszystkie ptaki śpiewające, większość drapieżnych, dzięcioły oraz nietoperze. Wcześniej, na przełomie XVIII i XIX w., ks. Krzysztof Kluk, prekursor botaniki, zauważył, że chronić należy całe ekosystemy. Polscy naukowcy, np. Jan Sztolcman, Władysław Szafer, Józef Paczoski czy Michał Siedlecki, na początku lat 20. ubiegłego wieku wystąpili z inicjatywami międzynarodowej ochrony przyrody, szczególnie ptaków. Udało się to tylko w odniesieniu do żubra, na działania międzynarodowe trzeba było zaczekać do lat powojennych. Polskie władze powinny odrzucić ultrakonserwatywną, antyprzyrodniczą kalkę zza oceanu i odwołać się do własnych tradycji. Tym bardziej że ochrona przyrody łączyła Polaków ponad podziałami politycznymi i klasowymi, znacznie większymi niż dziś. Ponadto w XXI w. utrata gatunku to na arenie międzynarodowej obciach. Czas wrócić na pozycję lidera w ochronie przyrody, bo bycie w ogonie to jeszcze większy obciach, nawet jeśli krzyczy się przy tym o wstawaniu z kolan.

*

Czerwoną listę ptaków Polski można pobrać ze strony Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków: otop.org.pl.

Fot. Mariusz Grzelak/REPORTER

Wydanie: 20/2021

Kategorie: Ekologia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy