„Strażnik” naszych pieniędzy

„Strażnik” naszych pieniędzy

Czy dla dobra polskiego systemu bankowego Adam Glapiński nie powinien złożyć dymisji?

W piątek, 7 grudnia, pod budynkiem Narodowego Banku Polskiego w Warszawie przed godz. 8 zjawiła się grupa osób. Obywatele RP. Manifestanci przykleili do szyb artykuły z „Gazety Wyborczej” i „News­weeka”, które opisywały aferę Komisji Nadzoru Finansowego. Usunięcia tych artykułów domaga się NBP. Rozwinęli też transparenty z napisami: „Glapiński, prawdy nie zakneblujesz”.

Ich przedstawicielka, reprezentująca Obywateli RP Agnieszka Dzikowska, mówiła mediom: „Domagamy się, aby Adam Glapiński, prezes NBP, zachował się zgodnie ze standardami demokratycznymi i ustąpił z zajmowanego stanowiska. Uważamy, że swoim postępowaniem dowiódł, iż nie ma moralnej legitymacji, aby pozostawać prezesem najwyższej krajowej instytucji finansowej, od której zależy bezpieczeństwo ekonomiczne państwa i jego obywateli”.

Tak oto afera KNF, która wybuchła prawie miesiąc temu, zatacza kolejne kręgi. I z każdym dniem zbliża się niebezpiecznie do prezesa Glapińskiego. A on sam zachowuje się w sposób coraz bardziej nerwowy. Czy ma powody?

Przypomnijmy: spotkanie właściciela Getin Noble Banku Leszka Czarneckiego z przewodniczącym KNF Markiem Chrzanowskim odbyło się w siedzibie KNF 28 marca. Czarnecki przyjechał na nie wezwany przez Chrzanowskiego. Domyślał się, jaki będzie temat spotkania, bo wziął ze sobą dyktafony.

Wtedy właśnie Chrzanowski miał złożyć Czarneckiemu propozycję korupcyjną (on sam nie przyznaje się do winy). Wybór należał do biznesmena – albo jego bank, który przeżywał kłopoty, zostanie przejęty za złotówkę w ramach tzw. planu Zdzisława, albo właściciel rozpocznie jego restrukturyzację, zatrudniając do tego wskazanego przez Chrzanowskiego prawnika, Grzegorza Kowalczyka. Za sumę ok. 40 mln zł.

Potem, po rozmowie, którą Chrzanowski uznał za udaną, szef KNF zaprowadził Czarneckiego do prezesa NBP Adama Glapińskiego.

Po co? „Z perspektywy bankiera wyglądało to jak wizyta u »ojca chrzestnego«” – tak napisała „Gazeta Wyborcza”. I trudno temu wrażeniu się dziwić. Do prezesa NBP nie wchodzi się ot tak, z ulicy, bez zapowiedzi. Jak najbardziej uprawnione jest myślenie, że Chrzanowski zaprowadził Czarneckiego do Glapińskiego, aby potwierdzić, że deal został zawarty.

Czy ta rozmowa też została nagrana? To jeden z bardziej tajemniczych elementów całej sprawy. Po 13 listopada, gdy afera wybuchła, pojawiły się bowiem informacje, że jest również nagranie rozmowy, w której bierze udział Glapiński. Ale reprezentujący Czarneckiego mecenas Giertych temu zaprzeczył.

W niedzielę, 18 listopada, późnym wieczorem zebrał się Komitet Stabilności Finansowej, który debatował nad kondycją banków Leszka Czarneckiego, Getin Noble Banku i Idea Banku. Po kilku godzinach, w nocy, wydano komunikat, że „Narodowy Bank Polski zadeklarował gotowość natychmiastowego uruchomienia wsparcia płynnościowego w celu zapewnienia obsługi zobowiązań wobec klientów banków: Getin Noble Bank oraz Idea Bank”.

Co takiego się stało, że trzeba było ściągać przedstawicieli NBP i Ministerstwa Finansów w niedzielny wieczór? Żeby ogłosili, że banki Czarneckiego są bezpieczne, że w razie kłopotów zostaną dokapitalizowane przez NBP? To w poniedziałek rano byłoby już za późno?

Być może to przypadek, ale akurat na poniedziałek przewidziane było przesłuchanie Leszka Czarneckiego w prokuraturze. Trwało wiele godzin. A dwa dni wcześniej Roman Giertych zapowiedział, że tego dnia złoży w prokuraturze nagranie rozmowy Leszka Czarneckiego z szefem KNF i „innymi przedstawicielami tej instytucji”. Mówił też, że „na taśmie słychać i widać, jak przedstawiciele urzędu państwowego bez żenady potwierdzają, że wiedzą o planie przejęcia banku za złotówkę”. Zwróćmy uwagę – Giertych nic wtedy nie powiedział o nagranej rozmowie z Glapińskim.

Tymczasem w ubiegłym tygodniu przyznał, że w prokuraturze są trzy nagrania: jednej z rozmów z Chrzanowskim, kolejna taśma, na której jest Glapiński, i ze spotkania w KNF.

Ta sytuacja stawia Adama Glapińskiego w bardzo niekomfortowej, mówiąc delikatnie, sytuacji.

Po pierwsze, to on był patronem kariery Marka Chrzanowskiego, swojego studenta, i to on rekomendował go na stanowisko szefa KNF. „Znam pana profesora i z uczelni, i ze współpracy, zawsze miał najwyższe standardy, profesjonalne, merytoryczne, uczciwości, patriotyzmu i wszelkie inne. Mam o nim jak najlepszą opinię”, bronił go już po wybuchu afery.

Można to zrozumieć, w systemie władzy KNF tworzyła z NBP wspólny front, premier Morawiecki i jego Ministerstwo Finansów nie mieli tu większych wpływów. Ta wrogość między dwiema stronami ulicy Świętokrzyskiej (po jednej jest NBP, po drugiej resort finansów) była szczególnie widoczna, gdy dziennikarze zaczęli drążyć sprawę Grzegorza Kowalczyka, owego prawnika, którego rekomendował Chrzanowski. Okazało się bowiem, że trafił on do rady nadzorczej Giełdy Papierów Wartościowych z poręczenia NBP. Pytany o to Mateusz Morawiecki od razu zaznaczył, że on nie miał z tym nic wspólnego.

Kowalczyk to zresztą małe piwo w porównaniu z innymi nominacjami Glapińskiego. Jak ujawniły media, w NBP na stanowisku wicedyrektora Departamentu Edukacji i Wydawnictw pracuje żona Chrzanowskiego, a jej szefową jest była żona Mariusza Kamińskiego, ministra nadzorującego służby specjalne. Syn Kamińskiego, Kacper, z poręczenia NBP pracuje zaś w Banku Światowym w Waszyngtonie, z pensją 500 tys. zł rocznie.

Glapiński zbudował więc mocną strukturę personalną, dzięki której mógł się czuć bardzo pewnie. Pozostaje odpowiedzieć na pytanie, jakie miejsce w tej strukturze zajmował Marek Chrzanowski. Czy był samodzielny, czy też takie sprawy jak deal z Czarneckim uzgadniał z Glapińskim?

A ponieważ takie pytania pojawiają się w sposób naturalny, ich konsekwencją jest kolejne: czy dla czystości sprawy Adam Glapiński nie powinien złożyć rezygnacji?

Jest jeszcze jeden wątek, równie istotny, który powinien wpłynąć na decyzję prezesa NBP. Otóż, jak wynika z ruchów Czarneckiego, przynajmniej od 28 marca do dziś prowadzi on grę z KNF i NBP. Czy nagrania nie są narzędziem tej walki?

W efekcie obecna pozycja prezesa NBP zrobiła się zatrważająco słaba. Jest on w jakiś sposób zależny od dwóch ludzi – Leszka Czarneckiego i Zbigniewa Ziobry. Ten pierwszy może go oskarżać i może przeciwko niemu grać taśmami, przekazując je mediom. Ten drugi, jako prokurator generalny, ma te nagrania (czy wszystkie?), poza tym decyduje, w jakim kierunku i w jakim tempie toczyć się może śledztwo prokuratorskie. Sam przecież ogłosił, że obejmie je osobistym nadzorem. Trudno przypuszczać, by nie skorzystał z takiego prezentu. Można też zakładać, że wyciśnie z tej sytuacji maksimum.

Warto więc się zastanowić, czy leży w interesie polskiego systemu bankowego, by prezes był tak słaby i tak zależny od różnych czynników.

Widać zresztą, że Adam Glapiński źle sobie radzi ze stresem. Dowodem na to jest wniosek NBP do sądu, by „Gazeta Wyborcza” i „Newsweek” wycofały artykuły o NBP i o banku centralnym nie pisały. Czyli sąd ma wprowadzić cenzurę prewencyjną. Prawnicy NBP zarzucili dziennikarzom nie to, że piszą nieprawdę, ale że piszą… źle. TVP w „Wiadomościach” oskarżyła z kolei „Wyborczą” o próbę „rozchwiania systemu finansowego w Polsce”. To ciekawe myślenie, choć nie najlepiej świadczące o formie Adama Glapińskiego.


Adam Glapiński zawsze z prezesem
Na czym polega siła Adama Glapińskiego? Otóż należy on do niewielkiego grona tych, którzy z Jarosławem Kaczyńskim są od zawsze. A do tego od zawsze jest w miejscach, w których decydowały się sprawy finansowe kolejnych ugrupowań Kaczyńskich.

Był współzałożycielem i wiceprzewodniczącym Porozumienia Centrum. Był w kolejnych rządach ministrem budownictwa (gabinet Jana Krzysztofa Bieleckiego) i ministrem współpracy gospodarczej z zagranicą (rząd Jana Olszewskiego). Jak mówił Jarosław Kaczyński Teresie Torańskiej, PC nie weszło do rządu Hanny Suchockiej właśnie dlatego, że nowa premier nie chciała dać Glapińskiemu żadnego stanowiska. A on już wtedy budził kontrowersje. Za czasów Olszewskiego wprowadził, i rozdzielał, koncesje na import paliw do Polski. Skończyło się to wielką awanturą. Jak przypomnieli Obywatele RP, „UOP podejrzewał, że przydziałowi niektórych koncesji towarzyszyły łapówki, ale sprawę umorzono, bo nie znaleziono wystarczająco mocnych dowodów. Michał Frąckowiak, jego (Glapińskiego – przyp. red.) zastępca w ministerstwie, po odejściu ze stanowiska dostał posadę dyrektora, a potem prezesa w spółce Solo, której wcześniej przydzielił jedną z pierwszych koncesji na obrót paliwami”.

Media pisały także o jego innowacji w ministerstwie – otóż miał zamontować przed swoim gabinetem zamek szyfrowy. Nawet sekretarka, jeśli chciała wejść, musiała dzwonić, żeby ją wpuścił.

Nazwisko Adama Glapińskiego przewija się też przy okazji innych finansowych przedsięwzięć partii Kaczyńskiego. Pojawia się przy spółce Srebrna, czyli Fundacji Prasowej „Solidarność”, przy aferze Telegraf, no i przede wszystkim przy aferze FOZZ.

„W procesie dotyczącym FOZZ w licznych zeznaniach i wyjaśnieniach opisywano, że za jego pośrednictwem przekazywano pieniądze z FOZZ na rzecz Porozumienia Centrum – napisali Obywatele RP. – Wyliczano, że chodziło o przynajmniej 600 tys. dol. Twierdził potem, że nie znał nikogo związanego z FOZZ, ale to on, co potwierdził osobiście Jarosław Kaczyński, forsował szefa FOZZ Grzegorza Żemka na stanowisko wiceprezesa NBP, spotykał się z nim i prowadził rozmowy”.

Innymi słowy, Adam Glapiński był dla Kaczyńskiego nieoceniony, zajmował się finansowymi przedsięwzięciami partii, budzącymi różne podejrzenia. Można więc zakładać, że wie o Kaczyńskim i jego finansowych przedsięwzięciach wszystko i że obecna potęga finansowa PiS to również jego dzieło. Najbardziej zaufany, najbardziej sprawdzony. Tylko sam nie ma szczęścia do protegowanych.


Fot. Jan Bielecki/East News

Wydanie: 50/2018

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy