Suplement nie wyleczy choroby

Suplement nie wyleczy choroby

Większość suplementów zawiera substancje naturalne o znikomym oddziaływaniu na organizm

Prof. Przemysław Kardas – kierownik Zakładu Medycyny Rodzinnej Uniwersytetu Medycznego w Łodzi

Skąd pomysł, aby zająć się suplementami?
– Pomysł narzuca się sam, z uwagi na liczbę reklam tych preparatów, które są w przestrzeni publicznej.

Czyli nie wydarzyło się nic złego, żaden pacjent nie umarł z powodu sięgnięcia po suplement?
– Nie. Ale bezpośrednią przyczyną badań jest fakt, że suplementy zaczęły być bardzo powszechnie stosowane w naszym życiu. Pacjenci leczący się na różne choroby zgłaszają się do lekarza, biorąc te środki na własną rękę i nic nam o tym nie mówiąc. A jest to najczęściej efektem kampanii marketingowych producentów, którzy promują suplementy jako leki. Tymczasem suplementy nie leczą, niejednokrotnie nawet mogą zaszkodzić, co jeszcze chcemy dokładnie zbadać. Suplementy rejestrowane są w sposób niezwykle prosty, a polega to na tzw. notyfikacji. Przedsiębiorca, chcąc wprowadzić na rynek dany produkt, wysyła do Głównego Inspektoratu Sanitarnego informację, że od pierwszego dnia następnego miesiąca wprowadza produkt X, który zawiera substancję Y. Następnie ktoś w GIS wkłada tę informację do skoroszytu i na tym sprawa się kończy.

Dlaczego?
– Takie są przepisy. Prawodawstwo polskie podąża za europejskim, które wyjściowo było dobre, bo pierwotnie suplementy diety miały właśnie nimi być. Przykładem jest sól kuchenna, którą normalnie zawiera nasza dieta. Suplementy diety to minerały i witaminy, których czasami nam brakuje i potrzebujemy ich uzupełnienia, więc uznano, że powinny być w sposób swobodny dostępne na rynku. Potraktowano je jak żywność.

Ale przecież ludzie leczą się różnymi preparatami. Na przykład stosując magnez czy wapń.
– I to jest błąd! Bo suplementy diety z założenia nie miały leczyć. Leczyć miały tylko leki, które zawierają przebadane substancje lecznicze. Dlatego pozwolono producentom na stosowanie prostej procedury wprowadzania suplementów do obrotu. Nikt przecież nie będzie badał mąki czy krochmalu, na ogół wierzymy producentowi, że jeśli nam sprzedaje mąkę pszenną, to jest to mąka pszenna, a jeśli ziemniaczaną, to też taka właśnie jest. Suplementy diety po prostu uznano za tego typu produkty. Ale producenci doszli do wniosku, że po co mają inwestować w badania, jak to jest wymagane w przypadku leków, skoro można przemycić te produkty pod szyldem suplementów diety, a potem kreować ich wizerunek jako produktów leczniczych.

Nie rozumiem.
– To właśnie kwestia niejasnego nazewnictwa, które wprowadza kupujących w błąd. Sytuacja wygląda tak, że rynek zalewa masa produktów, które nie zostały zbadane, a co do których nie możemy mieć pewności, że to, co producent zadeklarował w zakresie składu, jest prawdą.

Jak to?
– Bo tego nikt nie bada. W reklamach specjalnie naginane jest prawo, by konsument odniósł wrażenie, że produkt ma działanie lecznicze. Co innego zrozumie przeciętny Kowalski, kiedy dowiaduje się z reklamy, że „suplement diety X wspiera prawidłowe funkcjonowanie serca, ochronę naczyń krwionośnych, prawidłowy poziom cholesterolu i krążenie krwi”? Sprawia to, że zwykły obywatel, który dowiaduje się o leczniczych właściwościach produktu na podstawie reklam, ma do lekarzy pretensje, że nie zapisali mu takiego leku. Prawda zaś jest taka, że większość suplementów zawiera substancje naturalne o znikomym oddziaływaniu na organizm. Nie wyleczymy raka za pomocą miłorzębu ani witaminy C.

W kręgach medycyny naturalnej mówi się co innego.
– Aby zamącić ludziom w głowie, wywołać wrażenie, że suplementy zawierają coś cudownego, producenci sięgają po mało zbadane substancje roślinne z dalekich stron świata. Pakują je potem w kapsułki, twierdząc, że to leki na określone choroby i dolegliwości. Prawodawstwo zaś nie zabrania takich praktyk.

Przepraszam, przecież z ziół robi się leki…
– Tak. Niektóre zioła mają bardzo silne działanie i wykorzystujemy je w nowoczesnych terapiach – leczeniu nowotworów, obniżaniu cholesterolu, w antybiotykoterapii. Przecież antybiotyki pochodzą z grzybów, podobnie jak nowoczesne leki obniżające cholesterol (statyny), a np. nasercowa digoksyna i rozkurczowa atropina są pochodzenia roślinnego. Tylko że sięgając po lek, ma pani zagwarantowane, że zawiera on substancję w określonej dawce, np. 1 mg, natomiast w przypadku suplementu tak nie jest. Preparat może nie mieć nie tylko 1 mg deklarowanej substancji, ale nawet jej śladu. Albo w jednej kapsułce będzie 0,5 mg, a w drugiej 5 mg. I producentowi włos z głowy za to nie spadnie. On nie jest rozliczany z jakości suplementu.

Chodzi więc o dawkę?
– Nie tylko. Myślę też o interakcjach z innymi substancjami. A nad tym nie mamy kontroli szczególnie w przypadku sięgania po suplementy. Pytała pani, co było naszym głównym powodem zainteresowania się suplementami. Abstrahując od ich zużycia, które dramatycznie rośnie w naszym kraju, dodatkowym motywem było pytanie, czy pacjenci doświadczają jakichś niekorzystnych działań. To właśnie zaczynamy badać i do tego dojdziemy.

Już stwierdzili państwo, że ponad 10% osób, które biorą suplementy, doświadcza działań niepożądanych.
– Na razie są to wyniki analizy pierwszej części zgromadzonych danych, badanie wciąż bowiem trwa. Kolejnym problemem jest to, że szalenie agresywny marketing suplementów powoduje, że pacjenci sięgają po bardzo mało wartościowe substancje, jednocześnie rezygnując z leków, które mogą uratować im życie. Przykładem jest przyjmowanie ziół zamiast nowoczesnej terapii onkologicznej. Zamiast przedłużyć sobie życie, biorąc sprawdzone i skuteczne leki, pacjenci kupują jakieś grzybki w nadziei, że im to pomoże. Otóż nie pomoże. A szansę na leczenie stracili. Czasami paradoksy są jeszcze większe, bo proszę zauważyć, że nieraz najsilniej działające leki są w naszym kraju refundowane i kosztują kilka złotych. Co wtedy robi pacjent?

Podejrzewa, że to za mało, aby pomagały…
– No pewnie. I wybiera stojący obok na półce aptecznej suplement, za który zapłaci kilkadziesiąt złotych.

Jest dużo droższy, więc na pewno skuteczniejszy – tak myśli chory.
– W polskich aptekach można np. nabyć odpowiedniki Viagry, które kosztują kilkanaście złotych i cokolwiek by powiedzieć, pewne jest, że działają. Ale obok nich stoją suplementy diety na potencję o niejasnym działaniu i składzie, na które trzeba wydać 100 zł, i te lepiej się sprzedają. Dlaczego? Z tego samego powodu – bo konsument uważa, że jak coś jest drogie, to znaczy, że dobre. A przecież często bywa na odwrót, dobre okazuje się to, co mniej kosztuje, jest lepiej sprawdzone, a cenę dodatkowo obniża konkurencja.

Wracając do niepożądanych działań suplementów, czy można je gdzieś zgłaszać?
– Można to robić tylko w przypadku leków, co jest zgodne z prawem unijnym. W tym celu wypełniamy dostępny w internecie formularz i wysyłamy go do Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych. Natomiast suplementy są z tego wyłączone, bo traktuje się je jak produkty żywnościowe. A przecież dzięki zgłaszaniu działań niepożądanych można wychwycić niebezpieczne działania preparatów, które ujawniają się dopiero w masowym użyciu. Bo procedura w przypadku leków wygląda tak, że zanim lek wejdzie do obrotu, jest najpierw testowany na zwierzętach, potem w badaniach klinicznych na ograniczonej liczbie ludzi i jeśli przejdzie pozytywnie te filtry, okaże się skuteczny i bezpieczny, dopiero wtedy jest rejestrowany. W następnym kroku przechodzimy do użycia leku w skali milionów ludzi. I może się okazać, że u niektórych osób pojawią się działania niepożądane, najczęściej na skutek interakcji z innymi substancjami. Z tego powodu kilka leków zostało wycofanych. Natomiast w przypadku suplementów diety nie mamy żadnego z tych etapów. Nie kontrolujemy ani ich zawartości, ani skuteczności działania, ani działań niepożądanych. I nie ma żadnego systemu, który gromadziłby informacje na ten temat i umożliwił podejmowanie jakichkolwiek decyzji. A przecież te działania niepożądane występują, tylko nie mamy na ich temat dostatecznej wiedzy. Instytucje publiczne nie gromadzą tych informacji, bo istniejące prawo tego od nich nie wymaga. A nie mogą działać niezgodnie z przepisami. To było właśnie bezpośrednim powodem podjęcia przez nas badań dotyczących suplementów. Warto byłoby przeanalizować je pod kątem ograniczenia stosowania niektórych preparatów, wywołujących działania niepożądane. W informacjach dla pacjentów przydałyby się również ostrzeżenia, że łączenie suplementów z określonymi substancjami może źle wpływać na zdrowie człowieka.

A jak sprawa suplementów wygląda z punktu widzenia praktykującego lekarza, którym pan również jest.
– Z moich obserwacji wynika, że preparaty dawniej zarejestrowane jako leki znikają z rynku, a na ich miejscu pojawiają się te same, tylko zgłoszone jako suplementy. My, lekarze, nie mamy zatem wyjścia i musimy je czasem zalecać naszym pacjentom. Ale dopóki były to leki i producent deklarował określoną dawkę substancji, było wiadomo, że tak jest. Teraz nie mamy tej pewności, nasi pacjenci również. Jednak najgorsze jest to, co powiedziałem na początku – że pacjenci garściami łykają różne suplementy, nie mówiąc o tym lekarzowi. Dlatego apelowałbym, że jeśli już ktoś idzie do lekarza, niech powie mu o wszystkich tabletkach, które bierze. Jednym z wniosków ze spotkania dotyczącego suplementów diety, jakie odbyło się w Ministerstwie Zdrowia w połowie maja, było nakłanianie władz resortu, aby zmusiły producentów do jednoznacznego oznakowania suplementów, czyli podawania na opakowaniu, że jest to suplement. Ta informacja musi być dla konsumenta czytelna, łatwa do zweryfikowania. Może to być jakieś logo lub czytelny napis, ostrzeżenie: uwaga, suplement. Nie chcę wylewać dziecka z kąpielą, nie jestem przeciwnikiem suplementów, sam czasami po nie sięgam. Chodzi o to, aby były one bezpieczne, byśmy byli co do tego przekonani.

Prowadzą państwo dalej badania nad suplementami.
– Chcemy zebrać jak najwięcej doświadczeń konsumentów, przeanalizować te preparaty pod kątem bezpieczeństwa, a wnioski z badania przedstawić zainteresowanym instytucjom państwowym i ogółowi społeczeństwa. Ale także doprowadzić do tego, aby obywatele mieli możliwość zgłaszania działań niepożądanych suplementów. Bo niestety, gdyby dzisiaj ktoś zaczął zamiast ziół pakować do kapsułek arszenik i sprzedawać go jako fantastyczny środek np. na potencję, to może zrobić krzywdę wielu ludziom, ponieważ nie ma systemu, który wychwyci to w odpowiednim czasie.

Czyli cały czas mówimy o bezpieczeństwie.
– Tak, o to najbardziej nam chodzi jako lekarzom. Korzystając z okazji, chciałbym zaapelować do potencjalnych klientów aptek, że jeśli już sięgają po suplement, niech pamiętają, że nie jest to lek, że nie wyleczy on choroby.


Podziel się doświadczeniem
Naukowcy z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi zapraszają do podzielenia się swoimi doświadczeniami z suplementami diety – zarówno dobrymi, jak i złymi – w prowadzonym przez nich ogólnopolskim badaniu naukowym. Link do ankiety znajduje się na stronie www.zmr.lodz.pl.

Wydanie: 27/2018

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy