Jak suweren przeszkadza dobrej władzy

Jak suweren przeszkadza  dobrej władzy

Obywatel z Olsztyna na własnej skórze przekonał się, że władza nie lubi, gdy ktoś jej zawadza we wprowadzaniu „dobrej zmiany”

Każdy, kto zna Kazimierza Sałkowskiego, musi przyznać, że trudno znaleźć drugą osobę, której równie drogie są porządek oraz prawo i sprawiedliwość. Bo kto alarmowałby straż pożarną o pochyłym drzewie, grożącym zawaleniem na płot, a może i głowy przechodzących obok ludzi. Zwłaszcza w czasie silnej wichury. Ale w Sałkowskim obudził się duch troski o życie i mienie. Pewnie dlatego, że do 1993 r. był policjantem, a od jakiegoś czasu jest właścicielem agencji ochrony. Wezwał więc strażaków, a ci przyjechali w sile dwóch jednostek. Po przeanalizowaniu sytuacji doszli jednak do wniosku, że nie jest tak groźnie, jak się początkowo wydawało.

To wystarczyło, by komendant miejski policji potraktował reakcję Sałkowskiego jako fałszywy alarm, kierując przeciw niemu oskarżenie do sądu. Na szczęście sąd wykazał się rozsądkiem, uniewinniając pana Kazimierza od zarzutu. Stwierdził przy tym, że stawiana przez oskarżyciela publicznego teza, jakoby obwiniony celowo wszczął alarm, aby „wywołać niepotrzebną czynność służb porządkowych, brzmi wręcz paradoksalnie”.

Samograj porządkowy

Bo według olsztyńskiej policji Sałkowski przeszkadza jej w wykonywaniu czynności. „O, idzie samograj”, mówią o nim policjanci, którym na tacy dostarcza konkretne dowody. On sam się chwali, że w ciągu ostatnich 24 lat, będąc ochroniarzem, a wcześniej kontrolerem w komunikacji miejskiej i PKS, ujawnił ok. 4 tys. (!) wykroczeń i przestępstw. Nie były to tylko przypadki jazdy autobusem na gapę, co jest wykroczeniem, jeśli przyłapany pasażer wcześniej dwukrotnie nie zapłacił kary. Przy okazji kontroler trafiał na przestępcę poszukiwanego listem gończym lub handlarza narkotyków. Znacznie poważniejsze było zaś ustalenie przez niego ponad 20 osób, którym wystawiono zezwolenie na posiadanie broni palnej na podstawie fałszywych dokumentów – jak twierdzi. Ale zamiast się cieszyć, szefowie służb porządkowych zaczęli panu Kazimierzowi rzucać kłody pod nogi. Zwłaszcza gdy wytykał komendantom policji brak nadzoru nad podwładnymi, czego następstwem było choćby wymuszanie zeznań od świadków podczas brutalnych przesłuchań (takie zarzuty postawiono 18 funkcjonariuszom Komendy Miejskiej Policji w Olsztynie (pisaliśmy o tym w tekście „Śledczy z paralizatorem”, PRZEGLĄD nr 25/2015). A kto pozostałby obojętny na takie impertynencje człowieka z boku, żeby nie powiedzieć – z ulicy?

Przebieg zdarzeń był do przewidzenia: pan Kazimierz twierdzi, że za wytykanie palcem różnych nieprawidłowości spotkały go szykany. A to nasłano kontrolę na jego firmę i choć kontrolerzy niczego nie wykryli, po cichu wyznali, że w Olsztynie „go nie lubią”. A to policja uznała, że włamanie do siedziby jego firmy nie jest przestępstwem. A to próbowano odebrać mu pozwolenie na broń, co uznał za zamach na wiarygodność swojej agencji (interweniował w Warszawie i broń zachował). Na te i inne okoliczności zebrał całą teczkę papierów, próbując zainteresować nimi „wyższe instancje”. Bez spodziewanych efektów.

Listy do ministrów

Może ta gruba teczka, a właściwie pękaty neseser, wywołuje w prominentach odruch obronny, żmudnie ćwiczony na każdym szczeblu zarządzania. Nie chce go przyjąć nie tylko komendant wojewódzki policji insp. Tomasz Klimek, ale także centrala w Warszawie. Co prawda, niemal rok temu urzędniczka Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji poinformowała Sałkowskiego, że planowane jest jego spotkanie z komendantem głównym policji, ale przyjął go „tylko” zastępca nadinsp. Jarosława Szymczyka. Interesant uznał to za despekt i odwołał się do Jarosława Zielińskiego, nadzorującego siły policyjne z ramienia PiS i rządu. I to z nim pan Kazimierz chciał się spotkać, by przed obliczem spolegliwego nadzorcy wyrzucić z siebie żal i pretensje pod adresem policji.

Zabiegi olsztyńskiego przedsiębiorcy okazały się jednak nieskuteczne. Co wysłał pismo do MSWiA, to dostawał odpowiedź, że jego zarzuty są nieuzasadnione, no, może z wyjątkiem niedoszłego spotkania z komendantem Szymczykiem. Ale co znaczy złamanie drobnej w sumie obietnicy wobec walki o „dobrą zmianę”, jaką toczą wybrańcy narodu – można sobie dośpiewać. Jednak Sałkowski uważał, że on, jako suweren, ma prawo spotkać się z przełożonymi komendanta z Olsztyna, a oni, w tejże centrali, mają obowiązek go przyjąć. Tak jak każdego obywatela RP. Zaczął więc stukać do drzwi ministrów Jarosława Zielińskiego i samego Mariusza Błaszczaka. Asystent poselski tego drugiego wyznaczył mu nawet audiencję w biurze parlamentarnym w Legionowie. Sałkowski stawił się tam o umówionej porze i… pocałował klamkę.

W desperacji zwrócił się o pomoc do parlamentarzystów z Warmii i Mazur. I to z sukcesem. Wiadomo, każdy głos w wyborach się liczy i z elektoratem lepiej nie zadzierać. Dlatego w jego sprawie pisali do Warszawy posłowie PO, w tym były marszałek województwa Jacek Protas, były starosta olsztyński Mirosław Pampuch z Nowoczesnej, a z PiS posłanka Iwona Arent i senator Bogusława Orzechowska. Ta ostatnia nawet chciała z nim jechać na spotkanie z wiceministrem Zielińskim. Pan Kazimierz dotarł też do Władysława Kosiniaka-Kamysza, prezesa PSL, choć ten jest posłem z okręgu małopolskiego.

Mężczyzna bez nazwiska

Ale nawet zjednoczone siły parlamentarne nie zmiękczyły stanowiska dygnitarzy PiS zajętych ustawiczną walką o dobrobyt Polek i Polaków. Wszyscy pośrednicy proszący o łaskawe przyjęcie Sałkowskiego przez wiceministra natknęli się na zdecydowany opór. Sekretarz stanu MSWiA Jarosław Zieliński z upoważnienia ministra Mariusza Błaszczaka wysłał im odpowiedź w tej samej formie i o niemal identycznej treści. Zmieniając jedynie funkcje z marszałka (bo jedno z pism rekomendujących podpisał marszałek Senatu Stanisław Karczewski) na posła i senatora. I ponownie uznając zarzuty za bezzasadne. Tylko chyba już nie mógł strawić imienia i nazwiska skarżącego, bo we wszystkich odpowiedziach określił go jako „wymienionego w wystąpieniach mężczyznę”. Co też brzmi dumnie.

Ale nie dla posłów, którzy wyczuli lekceważenie zawarte w odpowiedziach. Na przykład Mirosław Pampuch z Nowoczesnej prosił ministra Błaszczaka o odpowiedź na trzy pytania: 1. Dlaczego nie podjął żadnej interwencji w sprawie Sałkowskiego? 2. Dlaczego unika spotkania z wyborcą? 3. Jakie są przyczyny i powody niewypełnienia nadzoru nad policją w tej sprawie przez Jarosława Zielińskiego? Sztampowa odpowiedź Zielińskiego zirytowała zwłaszcza posła Kosiniaka-Kamysza, który 30 sierpnia br. wprost mu wytknął: „Po gruntownym przemyśleniu sprawy doszedłem do wniosku, że p. Sałkowski od dłuższego czasu, jak dotychczas bezskutecznie, stara się o osobiste spotkanie z Panem, lub szefem resortu SWiA, zaś piętrzące się na tej drodze przeszkody odczytuje jako uniki adresata zgłaszanych przez siebie problemów”. Prezes PSL nie chce się wypowiadać w sprawie merytorycznej zasadności zarzutów właściciela agencji ochrony, ale najlepszym sposobem na ich wyjaśnienie jest spotkanie z nim.

Nie wiadomo, jak te uwagi przyjmie wiceminister Zieliński, jeśli w ogóle zechce tracić na nie czas w przerwie między wyjaśnianiem sprawy zabójstwa Igora Stachowiaka na komendzie we Wrocławiu a tłumaczeniem się z pewnego nocnego wypadku drogowego na Podlasiu. W osobie Kazimierza Sałkowskiego natrafił jednak na twardego przeciwnika. Olsztynianin nadal zabiega nie tylko o spotkanie z ministrem Błaszczakiem, ale ostatnio także z premier Beatą Szydło, a nawet (uwaga!) z samym Jarosławem Kaczyńskim. Na audiencję u Prezesa podobno czeka się całe 12 miesięcy, więc przeciętny suweren musi się uzbroić w cierpliwość.

Aha, żeby nikt nie podejrzewał, że Kazimierz Sałkowski to jakiś niespełna rozumu oszołom, może on przedstawić zaświadczenie psychologa o zdolności do wykonywania zadań pracownika ochrony fizycznej.

Wydanie: 38/2017

Kategorie: Kraj
Tagi: Olsztyn, policja

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy