Jak suweren przeszkadza dobrej władzy

Jak suweren przeszkadza  dobrej władzy

Marek Książek, archiwum prywatne

Obywatel z Olsztyna na własnej skórze przekonał się, że władza nie lubi, gdy ktoś jej zawadza we wprowadzaniu „dobrej zmiany” Każdy, kto zna Kazimierza Sałkowskiego, musi przyznać, że trudno znaleźć drugą osobę, której równie drogie są porządek oraz prawo i sprawiedliwość. Bo kto alarmowałby straż pożarną o pochyłym drzewie, grożącym zawaleniem na płot, a może i głowy przechodzących obok ludzi. Zwłaszcza w czasie silnej wichury. Ale w Sałkowskim obudził się duch troski o życie i mienie. Pewnie dlatego, że do 1993 r. był policjantem, a od jakiegoś czasu jest właścicielem agencji ochrony. Wezwał więc strażaków, a ci przyjechali w sile dwóch jednostek. Po przeanalizowaniu sytuacji doszli jednak do wniosku, że nie jest tak groźnie, jak się początkowo wydawało. To wystarczyło, by komendant miejski policji potraktował reakcję Sałkowskiego jako fałszywy alarm, kierując przeciw niemu oskarżenie do sądu. Na szczęście sąd wykazał się rozsądkiem, uniewinniając pana Kazimierza od zarzutu. Stwierdził przy tym, że stawiana przez oskarżyciela publicznego teza, jakoby obwiniony celowo wszczął alarm, aby „wywołać niepotrzebną czynność służb porządkowych, brzmi wręcz paradoksalnie”. Samograj porządkowy Bo według olsztyńskiej policji Sałkowski przeszkadza jej w wykonywaniu czynności. „O, idzie samograj”, mówią o nim policjanci, którym na tacy dostarcza konkretne dowody. On sam się chwali, że w ciągu ostatnich 24 lat, będąc ochroniarzem, a wcześniej kontrolerem w komunikacji miejskiej i PKS, ujawnił ok. 4 tys. (!) wykroczeń i przestępstw. Nie były to tylko przypadki jazdy autobusem na gapę, co jest wykroczeniem, jeśli przyłapany pasażer wcześniej dwukrotnie nie zapłacił kary. Przy okazji kontroler trafiał na przestępcę poszukiwanego listem gończym lub handlarza narkotyków. Znacznie poważniejsze było zaś ustalenie przez niego ponad 20 osób, którym wystawiono zezwolenie na posiadanie broni palnej na podstawie fałszywych dokumentów – jak twierdzi. Ale zamiast się cieszyć, szefowie służb porządkowych zaczęli panu Kazimierzowi rzucać kłody pod nogi. Zwłaszcza gdy wytykał komendantom policji brak nadzoru nad podwładnymi, czego następstwem było choćby wymuszanie zeznań od świadków podczas brutalnych przesłuchań (takie zarzuty postawiono 18 funkcjonariuszom Komendy Miejskiej Policji w Olsztynie (pisaliśmy o tym w tekście „Śledczy z paralizatorem”, PRZEGLĄD nr 25/2015). A kto pozostałby obojętny na takie impertynencje człowieka z boku, żeby nie powiedzieć – z ulicy? Przebieg zdarzeń był do przewidzenia: pan Kazimierz twierdzi, że za wytykanie palcem różnych nieprawidłowości spotkały go szykany. A to nasłano kontrolę na jego firmę i choć kontrolerzy niczego nie wykryli, po cichu wyznali, że w Olsztynie „go nie lubią”. A to policja uznała, że włamanie do siedziby jego firmy nie jest przestępstwem. A to próbowano odebrać mu pozwolenie na broń, co uznał za zamach na wiarygodność swojej agencji (interweniował w Warszawie i broń zachował). Na te i inne okoliczności zebrał całą teczkę papierów, próbując zainteresować nimi „wyższe instancje”. Bez spodziewanych efektów. Listy do ministrów Może ta gruba teczka, a właściwie pękaty neseser, wywołuje w prominentach odruch obronny, żmudnie ćwiczony na każdym szczeblu zarządzania. Nie chce go przyjąć nie tylko komendant wojewódzki policji insp. Tomasz Klimek, ale także centrala w Warszawie. Co prawda, niemal rok temu urzędniczka Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji poinformowała Sałkowskiego, że planowane jest jego spotkanie z komendantem głównym policji, ale przyjął go „tylko” zastępca nadinsp. Jarosława Szymczyka. Interesant uznał to za despekt i odwołał się do Jarosława Zielińskiego, nadzorującego siły policyjne z ramienia PiS i rządu. I to z nim pan Kazimierz chciał się spotkać, by przed obliczem spolegliwego nadzorcy wyrzucić z siebie żal i pretensje pod adresem policji. Zabiegi olsztyńskiego przedsiębiorcy okazały się jednak nieskuteczne. Co wysłał pismo do MSWiA, to dostawał odpowiedź, że jego zarzuty są nieuzasadnione, no, może z wyjątkiem niedoszłego spotkania z komendantem Szymczykiem. Ale co znaczy złamanie drobnej w sumie obietnicy wobec walki o „dobrą zmianę”, jaką toczą wybrańcy narodu – można sobie dośpiewać. Jednak Sałkowski uważał, że on, jako suweren, ma prawo spotkać się z przełożonymi komendanta z Olsztyna, a oni, w tejże centrali, mają obowiązek go przyjąć. Tak jak każdego obywatela RP. Zaczął więc stukać do drzwi ministrów Jarosława Zielińskiego i samego Mariusza Błaszczaka. Asystent poselski tego drugiego wyznaczył mu nawet audiencję w biurze parlamentarnym w Legionowie. Sałkowski stawił się tam o umówionej porze i… pocałował klamkę. W desperacji zwrócił

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2017, 38/2017

Kategorie: Kraj
Tagi: Olsztyn, policja