Świadek historii

Świadek historii

Głównymi wyznacznikami politycznej orientacji Jerzego Urbana były realizm, silne poczucie rzeczywistości i niechęć do ideologicznej frazeologii

Rozmowa rzeka Jerzego Urbana z Martą Stremecką to niewątpliwe wydarzenie wydawnicze. Wstępne jej rozdziały wzbudziły we mnie tęskne wspomnienia. Wojenne dzieciństwo Urbana toczyło się w moich przedwojennych stronach. Z okolic Trembowli wywodzi się moja rodzina, w Tarnopolu się wychowałem, Zbaraż był udręką moich corocznych wycieczek szkolnych. Ale nie o tym napiszę. Zatrzymam się na świadectwie historii, które daje Urban, ponaglany, a trochę też sterowany, pytaniami pani Stremeckiej. Na ile wiarygodne to świadectwo? A także, z jakiego stanowiska wobec tej historii urobione i wyrażone? Myślę, że to świadek wiarygodny, a ponadto w oglądzie wydarzeń oryginalny. Jednak odczytanie istotnego sensu jego narracji wymaga przebicia się przez rodzaj otoczki, miejscami pozy.

Z „Po prostu” do „Polityki”

Urban mówi o wydarzeniach politycznie ważkich, a jednocześnie o folklorze, o historii towarzyskiej – barwnej, poczytnej. Ten folklor dotyczy głównie bohemy dziennikarsko-politycznej, z akcentem na ludyczną, biesiadną stronę jej życia, obfituje w anegdoty, chwilami ociera się o plotkę. Ponadto Urban prowadzi narrację jakby z przymrużeniem oka, z nutą satyrycznej kpiny, z dystansem. Wyłaniają się z tego nurtu znakomite charakterystyki osób i osobistości, zapewne trochę przerysowane, nieraz kąśliwe, ale zawsze smakowite. Urban jest szczery, nie oszczędza ani siebie, ani swoich przyjaciół, kolegów, podwładnych i szefów. No, może gen. Wojciecha Jaruzelskiego otacza chroniącą rewerencją, ale już Mieczysława F. Rakowskiego niekoniecznie. Nie wiem, jak by MFR zareagował na opinię, że był leniem o skłonnościach narcystycznych, a w redakcji głównie piorunochronem przed gromowładnym Komitetem Centralnym.
Mnie interesuje przede wszystkim głębszy nurt polityczny tej narracji. Co powodowało Urbanem, jakie były motywacje jego wyborów politycznych. Lektura tej rozmowy umacnia mnie w dawniejszym już przekonaniu, że głównym wyznacznikiem politycznej orientacji Jerzego Urbana był realizm, silne poczucie rzeczywistości i wyjątkowa odporność czy wręcz niechęć do ideologicznej frazeologii. To poczucie realizmu górowało nawet nad imperatywami sytuacji osobistej. Po rozwiązaniu „Po Prostu” tępiony i dyskryminowany, zamiast pogrążać się w opozycji, dochodzi do wniosku, że to dziecinada i naiwność, docenia racje Gomułki i na lata całe wiąże się z pismem, które w istocie Gomułkę wspiera. Bo „Polityka” Rakowskiego nie była opozycją. Wyrażała stanowisko jednej z frakcji rządzącej partii. Gomułka ją cenił, uważnie czytał, w razie potrzeby osłaniał. Owszem, często na nią pomstował, ale od niego dostawało się każdej frakcji. Twardogłowego Bolesława Rumińskiego na jednym z posiedzeń KC poniewierał długo i bezlitośnie, na dodatek z uporem przeinaczając jego nazwisko na „Rumuński”.

Realpolitik w dekadzie „Solidarności”

Z największą wyrazistością Realpolitik Urbana dochodzi do głosu w dekadzie „Solidarności” i ekipy Jaruzelskiego. W tych partiach książki niewiele pozostało folkloru bohemy, dominuje czysta polityka, zresztą generałowie i Wałęsa to mało zabawny temat. Stremecka nie może pojąć, dlaczego Urban bez wahania zdystansował się od „Solidarności”. Nęka go pytaniami, on zaś, jakby sam był zdziwiony, szuka różnych motywacji. Jedna zdecydowanie przeważa: „emocje antysolidarnościowe”. Raczej nie tyle emocje, ile wcześnie dostrzeżony i racjonalnie oceniony nurt polityczny, wyłaniający się zza ludowej rebelii: „Antyradzieckość niebezpieczna, nacjonalizm paskudny, populizm ziejący, klerykalizm (…) rozrasta się druga władza, która wprowadza groźny tok zdarzeń dla kraju”. Staje do walki z tym zagrożeniem w dwóch rolach – jako głośny rzecznik ekipy i jej cichy doradca. W obu rolach inaczej, ale zawsze z talentem.
Urban z przymrużeniem oka, a może trochę serio poddaje się sugestii Stremeckiej, że jako rzecznik rządu stanu wojennego został powszechnie znienawidzony. Mówi o sobie: „Przyjąłem rolę złego policjanta”. Niezupełnie to tak, rzecznik rządu był znienawidzony w stopniowo topniejących kołach zwolenników „S”. Liczne kręgi społeczne, wykazujące zrozumienie dla racji Jaruzelskiego, przyjmowały rzecznika rządu z aprobatą, a sporo sceptyków też z uwagą. Sukces Urbana w tej roli polegał na zerwaniu z typową dla systemu liturgią słowa. W jego dyskursie nieobecne były interesy proletariatu i zasady socjalizmu, panowały niepodzielnie reguły polityki, interesy państwa, pragmatyczne racje. Nawet agresywnie wyrażane, uderzały świeżością. Polska Ludowa od 1956 r. uprawiała „realno-socjalistyczną” odmianę Realpolitik, ale w komunikacji ze społeczeństwem używała martwego już i dawno przebrzmiałego języka romantyzmu rewolucyjnego. Dużo na tym traciła. Urban uzgodnił język komunikacji z rzeczywistością. Tym wszedł do „wielkiej” polityki. Miał też nadzieję, że przesunięcie ośrodka decyzji politycznej od partii w stronę aparatu państwowego i resortów siłowych otworzy lepsze szanse dla reform systemowych. Sprzyjał im w roli doradcy, miał kilka dobrych pomysłów. Spotkał go zawód. Zastanawia się nad powodami i wskazuje wiele z nich: wahliwość decydentów, lęk przed ryzykiem, opór aparatu i grupy interesów. Myślę, że najważniejszy był brak siły. Żadna z ekip rządzących w PRL – od Gomułki do Jaruzelskiego – nie miała wystarczającej siły i oparcia społecznego do tego, żeby przeprowadzić nawet te reformy, do których koncepcyjnie dojrzewała. Podobnie było z Gorbaczowem w ZSRR. Przyjęło się utożsamiać tę „niemożność” z niereformowalnością systemu. Jest to uproszczenie, któremu przeczą Chiny. Deng Xiaoping zreformował to, co chciał, nie dlatego, że był sprytniejszy czy odważniejszy, lecz dlatego, że miał więcej politycznej siły, którą czerpał z chińskiego nacjonalizmu i nostalgii za imperialną wielkością, połączonych z chłopskim tradycjonalizmem i nieufnością do Zachodu.

Awangardyzm „NIE”

Racjonalizm i realizm Urbana jest mi bliski, choć jego sceptyczny krytycyzm wydaje się czasami przesadny. Zastanawia mnie na przykład, że twórca tygodnika „NIE” tak krytycznie widzi dziś doświadczenie pierwszego etapu pisma, kiedy poszybowało ono na szczyty poczytności. Dopatruje się błędu w ówczesnej totalnej negacji postsolidarnościowej transformacji oraz w wyobrażeniu: „Że mogło nastąpić połączenie zalet kapitalizmu i wolnego rynku z zaletami socjalizmu, że taki był wydźwięk, sens i zapis porozumienia Okrągłego Stołu”. Niepotrzebnie. Było w tym sporo awangardyzmu, niewczesnego być może, ale przecież niepozbawionego intuicyjnego wyczucia przyszłości. Wiele trwałych osiągnięć systemowych w życiu społecznym rodziło się z syntezy zwalczających się formacji, ze swoistej arki przymierza między dawnymi a nowymi laty. Daleko nie szukając, przypomnijmy angielską Glorious Revolution (1688 r.) czy niemiecką epokę Bismarcka. Tyle że takie syntezy dojrzewały dopiero z czasem. Ponadto panująca w Polsce od prawie ćwierć wieku post-„Solidarność” swoim wciąż potęgowanym triumfalizmem, natarczywym moralizatorstwem i uporczywym szukaniem legitymizacji głównie w historycznej legendzie zdaje się usilnie pracować nad wykreowaniem nurtu politycznego, który ten triumfalizm i tę legendę w całości zakwestionuje.

Jerzy Urban, Marta Stremecka, Jerzy Urban o swoim życiu rozmawia z Martą Stremecką, Wydawnictwo Czerwone i Czarne, Warszawa 2013

Wydanie: 32/2013

Kategorie: Książki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy