Szekspir jest milczeniem

Szekspir jest milczeniem

Mistrz wsparty na filarach

Porzućmy jednak dziwactwa, bo to barwny, ale zawsze margines. Przejdźmy do filarów ekranowego Szekspira. Naliczyliśmy pięć.

Filar pierwszy – Laurence Olivier. Ten Brytyjczyk najpierw zagrał w teatrze wszystko, co ważniejsze u Szekspira, a dopiero potem zaczął się rozglądać za kamerą. Po co mu ona? Ano dla apostolstwa. Żeby tego klasyka pod strzechy itd. Kamera więc najeżdża z góry, jakby w Elsynorze nie było sufitów. W „Ryszardzie III” przenika przez ściany i okna, których jest pełno, bo wiadomo, jak ten Ryszard lubił knuć i podsłuchiwać. Aktorzy tu nie deklamują jak na akademii, lecz mruczą pod nosem. Nie szkodzi. Od czego są najnowsze mikrofony? No więc – uprzystępnianie, uprzystępnianie… Lecz co z tego, gdy głównym meblem w filmie „Hamlet” jest krzesło. I to ciąg­le zajęte. Bo Hamlet nieustannie siedzi i w tej pozycji ma te swoje wątpliwości. Wątpliwości są. Ale kina nie ma…

Amerykanin Orson Welles rzecz obejrzał i ta rekwizytornia z miejsca zaczęła go mierzić. Tak został filarem drugim. Też zaczynał od teatru, ale od jakiego! Już w 1936 r. w Harlemie wystawił „Makbeta” z samymi czarnoskórymi aktorami. Sugerował, że od szkockich wrzosowisk do Szekspira bardziej pasuje egzotyczna sceneria Haiti. A chrześcijaństwo jest daleko mniej widowiskowe niż voodoo. I tego się trzymał. Glinianą figurkę do nakłuwania szpilkami trzymają też wiedźmy w jego ekranizacji „Makbeta” (1948), a poza tym pełno tam krzyży celtyckich. Zjawia się Pan Bóg, ale nie ten w Trójcy Jedyny – raczej druid. Czas ani epoka nie grają tu żadnej roli. Więcej – sumienie, jak było w dramacie, też nie. Bo akcja przenosi się do głowy Makbeta, a tam nie rządzą prawa moralne, wina ani lęk przed karą. Tam rządzą majak, obłęd i chaos. Widownia mniej wymagająca ucieszyła się, że niby klasyk, a porąbany jak my wszyscy. Widownia wymagająca radziła spuścić po tym wodę.

Akira Kurosawa – filar trzeci – był Japończykiem z zamiłowania, ale Europejczykiem z wykształcenia. Jak to się zbiegło i zmieszało, to powstał np. „Tron we krwi” (1957) – ekwiwalent „Makbeta”. Dekoracje jak to u Kurosawy: mgły, deszcz i błoto. Czas i przestrzeń wzięte w nawias jak to – z kolei – w średniowiecznym teatrze nō, gdzie walczą bogowie i demony (wszyscy w maskach). Moralistyka jest taka: jak kto chce dopieścić własne ego, zdobyć władzę, odnieść sukces, zamiast zlać się z bytem powszechnym, czeka go piekło. To ciągle półdzika, feudalna Japonia, gdzie mord i zdrada są w obyczaju. I jeszcze – tu nikt nikomu (nawet małżonkowie) nie patrzy w oczy. Nie ma równości, solidarności, współczucia. Jest tylko dystans, hierarchia i ceremoniał. Europejczyk cierpi z powodu wyrzutów sumienia, Japończyk – bo złamał ceremoniał. Ot, i „Makbet” w pięciu smakach!

Reżyser włoski Franco Zeffirelli – którego mianujemy filarem czwartym – wyszedł z założenia, że Szekspir byłby szczęśliwszy, pisząc scenariusze do dzisiejszych telenowel, a nie zawiesiste rozprawy moralne dla pięciu cmokierów z loży teatralnej. Nakręcił wprawdzie „Otella”, ale bardziej pachniało mu „Poskromienie złośnicy” (1967). Zwłaszcza gdy do sfilmowania tej komedii wynajął cyrk – cyrk Burtonów. Liz Taylor i Richard Burton byli wtedy (po „Kleopatrze”) u szczytu i zapragnęli wystąpić w jakimś klasyku „po kosztach”. Rzeczywiście zarobili na filmie 12,6 mln dol., czyli tyle co nic. I usunąwszy za zgodą reżysera trzecią część tekstu, dali – przy pomocy Szekspira – pokaz tego, co się wyrabia u nich w domu. Liz była ognistą patrycjuszką, a Richard miał ją poskromić autorytetem pana. Ale jaki tam z niego pan?! Pantoflarz! Widać, że boi się występować w duecie z tą furiatką. I to będzie się pchało przed oczy z każdym kolejnym filmem – Burton pozostanie coraz bardziej zamkniętym w sobie alkoholikiem. Wynajmowanym do wysoko płatnych produkcji na godziny, co Zeffirelli tuszował orgiastyczną scenografią i tłumami statystów. I tak pięknie reżyser przespacerował się przez Szekspira jeszcze pięć razy.

Wreszcie filar piąty: Kenneth Branagh. Przed nim reżyserzy działali tak, jakby się naczytali naszego szekspirologa Jana Kotta: „W »Hamlecie« jest wiele spraw: polityka, przemoc i moralność, spór o jednoznaczność teorii i praktyki, o cele ostateczne i sens życia, jest tragedia miłosna, rodzinna, państwowa, filozoficzna, eschatologiczna i metafizyczna. Wszystko, co chcecie! I jest jeszcze wstrząsające studium psychologiczne. I krwawa fabuła, i pojedynek, wielka rzeź. Można wybierać. Ale trzeba wiedzieć, po co i dlaczego się wybiera”. A Branagh widocznie Kotta nie czytał i jego „Hamlet” trwa bite cztery godziny. Ale czy to znaczy, że przeprowadza Hamleta od kropki do kropki? Skąd! Tu oficerowie noszą epolety armii Franciszka Józefa. Wojska Fortynbrasa szturmują jak mołojcy Pałac Zimowy w 1917 r. Horacy dowiaduje się o ataku na Polskę z gazety, Poloniusz pali cygara itd. A przecież nie są to naiwne trawestacje. Branagh po prostu kompletuje witrynę dobrze zaopatrzonego sklepu: zobaczcie, na składzie mam wszystko, co zamyślił Szekspir. I jeszcze trochę w ekstrabonusie. Brać, przebierać, wybierać…

Transfuzja klasyki

Repertuar szekspirowski w kinie rokrocznie przyrasta, ale mało która ekranizacja daje powód, by brać ją pod lupę. Wyjątki można policzyć na palcach jednej ręki. Oto Baz Luhrmann, wzięty inscenizator operowy z Australii, wystawił w ulubionej konwencji „Romea i Julię” (1996). Leonardo DiCaprio (na rok przed „Titanikiem”) i Claire Danes romansują w Verona Beach na Florydzie. Cały pomysł schowany został w narracji. A ta biegnie rytmem teledysku (ujęcia trwają po dwie-trzy sekundy), choć tekst Szekspira zostaje zachowany, co tylko powiększa zamieszanie. Zabawnie brzmi spikerka telewizyjna, która w wiadomościach streszcza szekspirowską frazą dzieje sporu obu rodów. Kamera huśta się na sznurku, skacze, filmuje aktorów pod dziwacznym kątem. Do tego wszyscy poprzebierani. Jak się odnieść do tej groteski? Ze zrozumieniem? Że stare historie powinny być opowiadane nowym językiem? Jak Ewangelia, to „Jesus Christ Superstar”, a jak mit o Pigmalionie, to „My Fair Lady”? Zgoda, ale w filmie jest coś więcej. Film likwiduje rampę! Nastoletnia widownia tego teledysku łyka dramat szekspirowski gładko i bez pośredników – filologów i szkoły. Rozumie i docenia. Bezpośrednia transmisja z roku 1597 do kina! Czy można sobie wyobrazić lepszą transfuzję klasyki?

Foto: materiały prasowe

Strony: 1 2 3

Wydanie: 48/2015

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy