Z Szekspirem sam na sam

Z Szekspirem sam na sam

Monodramy we Wrocławiu i Toruniu

Tego jeszcze nie było – aktorzy samotnicy, którzy spotykają się z widzami „bez trzymanki”, czyli bez partnerów lub wyrafinowanego wspomagania inscenizacji, tym razem przemówili ze sceny tekstami Szekspira. Jest to oczywiście rodzaj obrazoburstwa i pychy, jeśli ktoś sam mierzy się z takimi arcydziełami jak „Król Lear”, „Hamlet” czy „Ryszard III”. A jednak…
Pomysł, który w tym roku zaproponował Wiesław Geras, niestrudzony organizator wrocławskich (i toruńskich) spotkań jednego aktora (tym razem oznaczonych numerem kolejnym, ba!, 41.!), nie okazał się jednak wcale tak dziwaczny, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Wykazał to dowodnie Andrzej Żurowski, który w wydanej przez organizatorów (i powstałej z inspiracji Gerasa) książeczce „Sam na sam z Szekspirem” przedstawił wcale nie tak krótkie dzieje Szekspira w polskim teatrze jednego aktora. Jak wynika z dociekań Żurowskiego, monodramy wedle tekstów genialnego stradfordczyka pojawiły się po polsku już w roku 1844. Miało to miejsce w Wilnie. Były to właściwie monologi z „Hamleta”, wykonywane przez cenionego aktora Józefa Surewicza oraz przez mniej cenioną Emilię Markowską (monologi Ofelii pt. „Obłąkanie Ofelii”).
Potem różnie bywało, ale tych jednoosobowych Szekspirów w polskim teatrze zebrało się sporo, by wspomnieć tylko o najznamienitszych: „Wielkim księciu” według „Hamleta”, kreacji Andrzeja Dziedziula (1967), który z pomocą sztuki animacji tworzył szekspirowski świat namiętności, czy Wiesława Komasy, który rok temu dał olśniewającą premierę „Yoricka” wedle scenariusza Andrzeja Żurowskiego. Oba spektakle były prezentowane na wrocławskim festiwalu. A zatem tradycje i współczesność są wcale zachęcające.
Nie tylko polskie zresztą. Nie ma wprawdzie żadnego kompetentnego opracowania, które ukazałoby tę szczególną geografię szekspirowską, ale „zaraza” się szerzy, bodajże Wrocławiem inspirowana. Oto

w dalekiej Armenii

od kilku lat odbywa się nawet międzynarodowy festiwal monodramów szekspirowskich, organizowany przez Hakoba Ghazanchiana! Mocna reprezentacja ormiańska we Wrocławiu (aż trzy spektakle) to zainteresowanie Szekspirem potwierdza. Na początek zobaczyliśmy „Hamleta”… bez słów, w konwencji teatru ciała – fabuła i namiętności pokazane zostały tu środkami pozawerbalnymi. Mimo to przekaz był czytelny, ale pozbawiony poezji słowa, jednak jak po amputacji. Młody aktor Haik Zorikian wyciągnął radykalne wnioski ze słynnej kwestii z Hamleta”: „Słowa, słowa, słowa”. Otóż słów tu w ogóle nie było. Znacznie więcej padło ich w monodramie „Prezydent”, w którym doświadczony aktor Armen Santrosjan zderzył się z tekstem „Króla Leara”, przełożonym na współczesny teatr polityczny: obalony prezydent chroni się przed prześladowcami na śmietnisku, wokół walają się nikomu już niepotrzebne jego portrety. Monolog odsuniętego od władzy satrapy, który po raz pierwszy ogląda świat z perspektywy upadku społecznego. Studium szaleństwa Ofelii ukazała Mariam Ghazanchian, młoda, wrażliwa aktorka (córka reżysera), która delikatnie odsłoniła narastający proces psychicznej destrukcji.
Ale prawdziwym odkryciem okazał się ukraiński spektakl „Ryszard po Ryszardzie” Lidii Danylczuk (w reżyserii Ireny Wolickiej) wedle „Ryszarda III”. Zaskakująca była zarówno wymowa spektaklu, jak i jego niezwykła forma. Bodaj nikt jeszcze nie interpretował tego mrocznego dramatu jako opowieści o bohaterze stęsknionym miłości – jego zbrodnie rodzi odtrącenie, samotność, zepchnięcie na margines. Największym jednak zaskoczeniem tego przedstawienia nie był fakt, że w postać Ryszarda wcielała się kobieta (to w końcu w tradycji szekspirowskiej zdarzało się nie tak rzadko), ale

kobieta, która szatkuje… kapustę.

Tak ryzykowne na pozór połączenie obrazków z przygotowań kuchennych z opowieścią o krwawych rzeziach z miłością w tle mogło się okazać katastrofą. Ale aktorka umiała dowieść oczywistości tego środka wyrazu, jej znój (bo to niełatwa praca) przy szatkowaniu kapusty stawał się wyrazem obsesji Ryszarda, jego nienawiści, sąsiadującej z resztkami czystych uczuć. Zgoła przejmująca była scena, kiedy aktorka niemal tuliła dwie główki kapusty symbolizujące królewskich bratanków Ryszarda i śpiewała im kolędy, aby potem gwałtownie je poszatkować-zamordować… Dodatkowym atutem spektaklu były wtręty anglojęzyczne. Dla nieznających ukraińskiego ułatwienie w śledzeniu logiki monodramu, który został zbudowany od końca historii, a właściwie koliście: zaczyna się i kończy daremnym wołaniem Ryszarda: „Konia, królestwo za konia”.
Lidia Danylczuk jest dobrze znana polskim miłośnikom monodramu, jej talent już nieraz zajaśniał na wrocławskim festiwalu. Do tej pory jednak aktorka sięgała wyłącznie po teksty ukraińskie, zakotwiczone głęboko w ludowej tradycji. Tym większe jej artystyczne zwycięstwo i potwierdzenie talentu – w spektaklu, w którym nie mogła podpierać się folklorem ani swoistą egzotyką tematu, musiała pokazać, że potrafi wypowiadać się językiem uniwersalnym. I pokazała.
Ale i polskie Szekspiry monodramatyczne okazały się atutem przeglądu. Zabrakło wprawdzie „Yoricka” Wiesława Komasy, był we Wrocławiu rok temu, a w tym roku mogła podziwiać go publiczność festiwalu w Toruniu (owacje na stojąco), ale przyjechali Piotr Kondrat i Krzysztof Gordon. Kondrat od lat dziesięciu

zmaga się z „Hamletem”,

powołując plenerowy teatr duchów – buduje obrzęd, obcując z ofiarami tragedii „Hamleta” – wiele tu ognia, magicznych zaklęć, odwołań do Włodzimierza Wysockiego. Bliższe to działaniom plastycznym niż klasycznemu teatrowi, choć kto to dzisiaj wie, gdzie są granice teatru. Jeśli aktorowi uda się stworzyć szczególną aurę, rodem z „Dziadów”, wtedy zwycięża. We Wrocławiu jednak się nie udało. Było zimno, wilgotno, wietrznie, pochodnie nie chciały się zapalać, słowem technika i żywioły zapanowały nad aktorem.
Nie jest od nich zależny Krzysztof Gordon, który przyjechał ze znakomitym „Fal/staffem” na podstawie scenariusza Andrzeja Żurowskiego. Ze skrawków tekstu Szekspira został skomponowany monodram o zdradzonej przyjaźni. Spotykamy się z Falstaffem w momencie, kiedy jego ukochany Henryczek zostaje królem, kończąc lata swawoli u boku nieznającego wstydu obwiesia. Odtrącenie Fastaffa ukazuje Gordon przejmująco, bez łzawego sentymentalizmu, po męsku, ale i lirycznie. Aktor posługując się skromną rekwizytornią, a nade wszystko modyfikując swoje ciało (na przykład ogrywa swój brzuch, przekonując, że jest opasłym grubasem, a w naturze przecież nie jest), kreując ruch – przepyszne są jego „konne” przejażdżki, a nawet wdając się w pyskówki z wyimaginowanymi przeciwnikami, buduje poetycką rzeczywistość. Precyzyjna, budząca szacunek robota teatralna.
Nie tylko Szekspirem żyły te festiwale. Zobaczyliśmy pokaz mistrzowski: Jerzy Trela zachwycił widzów swoim „Kazaniem księdza Bernarda” według Leszka Kołakowskiego. Zobaczyliśmy też kilka wartościowych przedstawień

bez zaplanowanego wspólnego mianownika:

bezpretensjonalną, niemal groteskową opowieść człowieka, który daremnie usiłuje połączyć się cieleśnie ze swoją wybranką („Cuda Danki” w wykonaniu aktora słowackiego Teatru Narodowego, Petera Trnika), spowiedź sponiewieranej przez życie kobiety, która zachowuje do końca optymizm wbrew wszystkim doświadczeniom („Staroświecka miłość” według Gogola w wykonaniu Zinajdy Gurowej z Wołgogradu), wyznania samotnika, który rozpaczliwie próbuje porozumieć się z drugim człowiekiem („Samotny”, spektakl autorski Petera Tate’a, aktora związanego z Królewskim Teatrem Narodowym w Londynie), wreszcie duchowe perypetie pisarza w poszukiwaniu tematu, odnajdującego w dzieciństwie wspomnienie szczęścia („Niebieski samochód”, monodram białoruskiego aktora Olega Czeczeniewa). Wszystkie te spektakle miały jednak pewien wspólny rys – były wołaniem o kogoś bliskiego. Czyżby aktorzy teatru jednoosobowego zatęsknili za partnerem?
Kto wie? Nawet Wojciech Siemion, ojciec założyciel ruchu teatrów jednoosobowych, wyznał podczas swojego wieczoru w Toruniu („Lekcja czytania”), że pracuje nad nowym monodramem wedle „Traktatu o łuskaniu fasoli” Wiesława Myśliwskiego, w którym zamierza zagrać z drugim aktorem (a właściwie aktorką). Jeśli nawet mistrz monodramu zapowiada duodram, to coś jest na rzeczy.

 

Wydanie: 49/2007

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy