Szkoła przetrwania

Szkoła przetrwania

Byle do wiosny – instytucje kultury trzymają się tej strategii, bo lepszej nikt nie wymyślił. Ale czy będzie jeszcze co zbierać?

Kino w minionym sezonie rozjechało się na całego. Już w lutym wiadomo było, że posypie się cały plan premier. Rekordy pecha bił 25. film z Jamesem Bondem „Nie czas umierać” przekładany po raz nie wiadomo który. Z rzeczy ważnych, które udało się obejrzeć, odnotowaliśmy amerykański dramat „Gorący temat” – przeniesienie na ekran afery o podłożu seksualnym w stacji telewizyjnej Fox News. Młode dziennikarki były tam poddawane upartemu szantażowi ze strony szefa stacji. Kiedy upatrzył sobie ofiarę, molestował ją najpierw słownie, a wreszcie składał niedwuznaczne propozycje. W zamian za ułatwienie kariery. Część pań z tym się pogodziła, ale znalazło się kilka takich, które nie zdecydowały się płacić koszmarem za sukcesy życiowe i zaryzykowały utratę pracy, pieniędzy i kariery. Która to opowieść pozostaje udaną transpozycją hashtaga MeToo na duży ekran.

Śpieszmy się kochać Franca Maurera

Polskie kino nie zaoferowało w tym roku wielu wstrząsających premier. Ale jest choćby „Sala samobójców. Hejter” Jana Komasy. Dla widza pożyteczna lekcja, jak łatwo paść ofiarą sprytnego maniaka klepiącego w klawiaturę. Co – zważywszy na treści publikowane na forach internetowych – należy przemnożyć przez kilka milionów. Każdego dnia. I dalej – „Szarlatan” Agnieszki Holland. Film nakręcony siłami kinematografii czeskiej, która zresztą wystawiła go jako reprezentanta do rozgrywki oscarowej. To opowieść o uzdrowicielu Janie Mikolášku. Wśród jego pacjentów znaleźli się angielski król, prezydent Czechosłowacji, ale również wysocy rangą hitlerowcy, potem komunistyczni decydenci. I wtedy parasol ochronny rozpięty nad Mikoláškiem się zamknął. My z kolei do rywalizacji oscarowej wystawiliśmy obyczajówkę z terenu grodzonego osiedla „Śniegu już nigdy nie będzie” Małgorzaty Szumowskiej i Macieja Englerta, która na razie ma tę zasadniczą cechę, że nikt jej w kraju nie widział.

Jednak filmy, o których się mówiło, wywodziły się z regionów kina komercyjnego. Czasem do przesady. „Psy 3. W imię zasad” Władysława Pasikowskiego reklamował zwiastun złożony głównie z cytatów z pierwszych „Psów”. I ona była słuszna, ta koncepcja. Bo w trzeciej części były ubek miał demaskować bestialskie metody współczesnej policji, a skończył na strzelaniu do Bogu ducha winnych antyterrorystów. Krytyka pisała: śpieszmy się kochać Franza Maurera. Gdy odejdzie, zostanie nam już tylko Patryk Vega. A ten reżyser dał w minionym sezonie film polski pod angielskim tytułem „Bad Boy”. To jego kolejna błyskotka ekranowa. Mamy w niej prowincjonalną Polskę, dwóch braci i kobietę, która ich dzieli, ale także barwne sfery kibicowskie. W fabule trudno się połapać – ujęcie trwa tu dwie, trzy sekundy – ale o to przecież chodzi.

Sławę u nas, a nawet w dalekiej Azji, zyskało soft porno „365 dni” według rodzimego bestsellera autorstwa Blanki Lipińskiej. Massimo to młody i przystojny szef sycylijskiej rodziny mafijnej, Laura jest menedżerką w luksusowym hotelu. Massimo porwie ją, uwięzi i da jej te tytułowe 365 dni na… pokochanie go. I Laura morduje się w tym luksusie prawie rok. Do tego rodzimego komercyjnego bukietu dodajmy jeszcze kwiatek pod tytułem „Zenek”, spreparowaną biografię Martyniuka. Zenek to chłopak z Polski B, a może nawet C, który hołubi skrycie marzenie z dzieciństwa, by muzyką zabawiać tłumy. Co w końcu mu się udaje, jak wiemy z telewizji. Jest tu jednak o wiele mniej disco polo, niż moglibyśmy się spodziewać, za to sporo prawdy o Polsce, która zupełnie inaczej wygląda jakieś 50 km za ostatnim większym miastem. Obejrzeć powinni rodacy, którzy nie mogą wyjść ze zdumienia, jak to się dzieje, że prawica wygrała po kolei w siedmiu wyborach.

Książka pierwszego kontaktu

Książka leży, podobnie jak film, ale się nie poddaje. Targi książek, spotkania autorskie, festiwale literackie i konkursy odwoływano, przeprowadzano przy drastycznie okrojonej frekwencji albo transmitowano wyłącznie w sieci. Obroty księgarń stacjonarnych spadły nawet o 80%. Wydawcy wstrzymali publikację rzeczy specjalistycznych i niskonakładowych (kto je teraz kupi?) i przerzucili się na czytadła. Rykoszetem oberwała cała branża, wstrzymano zaliczki dla autorów, redaktorom i tłumaczom poobniżano stawki.

Ale książnice się nie poddają. Biblioteka Miejska w Łodzi w listopadzie, kiedy wszystkie jej filie zmuszone były zawiesić działalność, przestawiła się na „odbiór własny” zamówionych książek. Pożycza się je i oddaje po telefonicznym umówieniu, opakowane w torbę papierową lub foliową. Dla seniorów powyżej 70. roku życia – książka z dostawą do domu. A na centralnym placu kompleksu handlowego Manufaktura książki można wypożyczyć z Szuflandii. Wypożyczalnia działa non stop, jest „bezpieczna, bezkontaktowa i samoobsługowa”. W Radomiu zaś zamówione książki czekają (opakowane!) na czytelników na stoliku przed wejściem. Na odbiór i pozostawienie zwrotów należy się stawić jak na randkę. Spóźnienia powyżej dziesięciu minut nie są honorowane – książki wracają na półkę. Bo te, które czytelnik zwraca, czeka trzydniowa kwarantanna.

Czytamy różności. W każdym razie na skrzyżowaniu wirusa i literatury leży „Pandemia. Raport z frontu” Pawła Kapusty, reporterski zwiad robiony na gorąco na pierwszej linii. Raportują ratownicy medyczni, listonosze, grabarze, nauczyciele, pacjenci. Zresztą pacjentów ma książka dwóch: tych z covidem i Polskę w stanie przedzawałowym. Mówi Katarzyna, ratowniczka medyczna, na co dzień na pierwszej linii walki z pandemią: „Prowadzę ich (starsi państwo) na poczekalnię i nie wierzę. Stoję, patrzę, nie wierzę. Dziesięć stłoczonych osób w wieku 65+. Dopytuję, a w jakim celu przyszli na SOR i jak właściwie tu weszli. – Było otwarte, my na zastrzyki na kolana. Milczę. Kampanie społeczne w mediach, prośby o pozostanie w domu są dla tych ludzi absolutnie nieistotne. Nie dziwię się. Na zabiegi czekali w długiej kolejce. Boją się, że nie będzie drugiej szansy. Zagadka otwartych drzwi zostaje szybko rozwiązana: sterowanie wideofonem się popsuło, a szpitalny pan złota rączka jest na L4”.

Teatr bierze sytuację na klatę

Teatry miewają się słabo i tragicznie. Sceny o statusie państwowym lub samorządowym – aktorzy i personel na etatach – jeszcze dają sobie radę. Fatalnie mają się placówki, które utrzymują się w 70% albo i 100% ze sprzedaży biletów. Te z Unii Teatrów Niezależnych, w tym dwie sceny prowadzone przez Krystynę Jandę, otrzymały wsparcie jak inne sektory gospodarki, ale zmuszone były grać dla co czwartego (potencjalnego) widza. Zezwolono na przyjęcie na duże sale mniejszej liczby osób, niż mieści ich tramwaj, o kościołach nie wspominając. Część widzów rezygnowała z teatru z obawy przed zarażeniem. Warszawski Capitol stracił 80% widowni, którą mozolnie do siebie przyzwyczajał. A nie był to łatwy widz z kręgów inteligenckich. Jakimś sposobem na przetrwanie było granie dwóch spektakli jednego wieczoru (aktorzy często występowali za połowę stawki). Albo zmiana repertuaru na przedstawienia z jak najmniejszą obsadą. Najczęściej czteroosobową. Zwłaszcza że teatry prywatne zmuszone były rozstać się często z połową zatrudnianego do tej pory personelu i zespołu aktorskiego. A jeżeli sprzeda się mniej niż co czwarty fotel, teatry odwołują przedstawienia. Cena za „podtrzymanie więzi widza z teatrem” okazuje się dla takiej instytucji zbyt wysoka. Teoretycznie można by w tej sytuacji podnieść ceny biletów, ale wtedy i widz zrezygnuje z „podtrzymania więzi z teatrem”, bo nie będzie go na nią stać. Jakimś pomysłem jest kupno vouchera teatralnego lub elektronicznego biletu otwartego, co zaproponował Teatr Nowy w Poznaniu. Za bilet płaci się teraz, ale wykorzystać go można będzie (również gdy otrzymało się go w formie gwiazdkowego podarunku) znacznie później, kiedy pozwolą na to zarządzenia związane z pandemią.

Najgorsze, że w tej sytuacji trudno zaplanować cokolwiek. Jedna z setek podobnych sytuacji: Białostocki Teatr Lalek chętnie zagra także dla 25% zwyczajowej widowni, ale przedszkole raz po raz w ostatniej chwili odwołuje wizytę dzieciaków, bo u personelu wykryto wirusa. Jedyne, co można, to przyjąć taką informację na klatę i przygotowywać następny spektakl.

Kultura po drutach

Od lektury cyfrowej i zdalnego teatru całkiem blisko do instytucji akademickiego wykładu online. Ostatecznie to również sposób transmisji treści intelektualnych i kulturalnych. Piszący niniejsze wykłada po drutach już trzeci miesiąc (dla studentów dziennych i zaocznych) i zgromadził nieco refleksji. Dotyczą one bynajmniej nie tylko zajęć dydaktycznych. Stosują się także do zastępczego, internetowego transmitowania przedstawień, koncertów, kuratorskich oprowadzań po wystawach.

Po pierwsze, teraz wykłady (i inne podobne) odbywają się w warunkach niby to komfortowych. Można zarówno relegować wykładowcę, jak i słuchać go z ulubionego fotela, kanapy, nawet z wanny. I to jest bardzo zdradliwe! Bo w polu widzenia mamy niewielkie okienko z odrealnioną twarzą mówiącego, ale też mnóstwo rzeczy, które odwracają uwagę. Żelazko – na pewno wyłączone? Kwiatki na parapecie – na pewno podlane? Smartfon pika – trzeba koniecznie zajrzeć na Fejsa. Myśl buja więc, gdzie chce, szczególnie że można już nie udawać, że się słucha, np. metodą na zająca, czyli przysypiając z otwartymi oczami. Dlaczego? Bo kiedy słuchacze znajdą się już w wirtualnej klasie, wyłączają kamerki i mikrofony. Wykładowca (ale też kurator, przewodnik, muzyk czy aktor) widzi tylko awatary, często selfies z wakacji na Krecie, i żywi nadzieję, że ktoś gdzieś tam jednak go słucha, choćby i jednym uchem. Żądać, żeby słuchacze ujawniali się w czasie transmisji na żywo? Jakoś nie wypada, przecież to ludzie odpowiedzialni. W dodatku często za studia (koncert, spektakl) płacą.

Pandemia i nauczanie zdalne przypomniały nam więc, po co chadzamy na występ lokalnej filharmonii, skoro w domu ze sprzętu najwyższej jakości możemy odsłuchać tego samego repertuaru w wykonaniu orkiestry dyrygowanej przez Herberta von Karajana. Dlaczego tłuczemy się samochodem (autobusem, tramwajem) do prowincjonalnego teatru, gdy inscenizację tego samego dramatu możemy obejrzeć w kinie domowym w mistrzowskiej reżyserii Jerzego Jarockiego, Tadeusza Kantora czy Andrzeja Wajdy. Po co w końcu dojeżdżamy na wykłady, skoro tych samych treści możemy wysłuchać z komputerowego głośnika. Otóż jedziemy w te wszystkie miejsca po skupienie, po koncentrację, po (jak mawia młodzież) sfokusowanie się na jednym temacie. Po odcięcie się od reszty spraw. Trzeba ileś kilometrów pokonać, żebyśmy mogli coś wartościowego zrozumieć, wchłonąć, przeżyć. Tego nie uzyska się poprzez samo kliknięcie myszą. Kto wie, czy to nie jest ta najważniejsza nauka z czasów pandemii.

Fot. Krzysztof Kaniewski/REPORTER

Wydanie: 1/2021

Kategorie: Kultura