Tag "dzieci"

Powrót na stronę główną
Kraj

Dzietni, bezdzietni, zagubieni

Polskie rodzicielstwo stało się polem bitwy kulturowej

Polskie społeczeństwo jest głęboko podzielone w kwestii definiowania rodzicielstwa, tego, jaki powinien być idealny rodzic oraz czy dziś w ogóle warto mieć dzieci. Zamiast merytorycznej dyskusji w przestrzeni medialnej regularnie wybuchają wojenki o strefy bez dzieci w restauracjach i hotelach czy o matki karmiące piersią w miejscach publicznych.

Czy nie spłycamy dyskusji na temat tego poważnego kryzysu społecznego do zbędnych sprzeczek? A może najwyższy czas, by głębiej zastanowić się nad tym, czy świadoma decyzja o braku potomstwa, negatywne podejście do dzieci oraz odrzucenie tradycyjnej instytucji małżeństwa to wyłącznie przejściowy trend, czy rzeczywisty problem strukturalny, z którym jako społeczeństwo nie potrafimy się zmierzyć?

Kwestia wychowania stała się polem bitwy kulturowej i politycznej. Podczas gdy prawicowi politycy grzmią o tradycyjnym modelu „normalnej rodziny”, środowiska progresywne promują partnerskie, nowoczesne formuły relacji i związki niesformalizowane. Wokół tematu, który teoretycznie powinien łączyć, narasta coraz więcej bolesnych sporów. W tym informacyjnym chaosie, przy braku systemowych rozwiązań – odpowiedniej edukacji oraz praktycznych programów socjalnych – młodych ludzi spycha się w sferę głębokiej niepewności.

Demograficzna matematyka

Jakkolwiek dramatycznie to zabrzmi – nad Polską wisi widmo demograficznej katastrofy – drastyczny wzrost liczby zgonów idzie w parze z głębokim spadkiem urodzeń. Aby zrozumieć realną skalę tego problemu, należy przyjrzeć się twardym danym Głównego Urzędu Statystycznego. Szacunki wstępne, opublikowane 24 kwietnia 2026 r., pokazują ubytek ludności w I kwartale 2026 r.: populacja Polski skurczyła się o kolejne 51 tys. w porównaniu z

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Odzyskać dziecko

W Japonii uprowadzenie rodzicielskie na terytorium kraju nie jest uznawane za przestępstwo

Jednym z najtrudniejszych momentów w pracy konsula* były dla mnie rozmowy z rodzicami porwanych dzieci – dzieci uprowadzonych przez drugiego rodzica. Co powiedzieć osobie, która mieszka w obcym kraju, a jej mąż lub żona zabiera dziecko i znika, władze tego państwa zaś na to nie reagują? Niby osoba ta zdecydowała się na zamieszkanie w państwie o odmiennym systemie prawnym, zwyczajach i kulturze, powinna zatem poddać się jurysdykcji „państwa przyjmującego”. W takich przypadkach zakres pomocy konsula ograniczony jest ramami określonymi przez prawo międzynarodowe. Konsul nie ma uprawnień do podejmowania działań, które mogłyby ingerować w wewnętrzne sprawy państwa.

Jak jednak można nie próbować działać w takiej sytuacji? Oczywiście, że starałam się poruszyć niebo i ziemię, pukałam do wielu drzwi, wysyłałam pisma, spotykałam się z ludźmi, monitorowałam sytuację… Ale zawsze działaniom tym towarzyszyło poczucie bezsilności, świadomość, że dopóki nie zmienią się mentalność tego narodu i system prawny, nie będę w stanie nic zrobić. W każdej takiej sprawie towarzyszyły mi ogromna frustracja i smutek w obliczu wielkiej tragedii rozgrywającej się w biały dzień i za przyzwoleniem prawa.

W prawie międzynarodowym problem uprowadzeń dzieci za granicę reguluje konwencja haska, która określa zasady postępowania w takiej sytuacji. Rodzice pragnący odzyskać kontakt lub opiekę nad dziećmi mogą się na nią powołać, a organy państwa, do którego zostało uprowadzone dziecko, powinny podjąć odpowiednie działania.

Japonia długo miała opory, by do konwencji haskiej przystąpić. Dlaczego? Ano głównie dlatego, że Japończycy chcą robić rzeczy po swojemu i strzegą swoich zasad. Oficjalnie na przeszkodzie stało prawo japońskie, które w osobliwy sposób podchodzi do kwestii rozwodu i opieki nad dziećmi. W Japonii, kiedy małżeństwo kończy się rozwodem, prawo do wyłącznej opieki nad dziećmi otrzymuje tylko jeden rodzic, najczęściej jest nim matka. Drugi rodzic, czyli zazwyczaj ojciec, nie musi płacić alimentów, czyli nie ponosi obciążeń, ale także nie ma zupełnie żadnych praw w stosunku do swojego potomstwa. Japońskie prawo jest trudne do zrozumienia bez kontekstu kulturowego. Tu chyba najbardziej jaskrawo widać, jak bardzo sposób japońskiego myślenia różni się od myślenia w innych rejonach świata.

Pod naciskiem społeczności międzynarodowej i m.in. grupy ds. konwencji haskiej, do której należałam, w 2014 r. Japonia do konwencji haskiej przystąpiła. Aktywną rolę w tym procesie odegrała strona amerykańska. Jestem wdzięczna piastującemu wtedy stanowisko konsulowi amerykańskiemu za wszelką pomoc, jakiej mi udzielił, by wprowadzić mnie w tę tematykę, i wsparcie w działaniach mających na celu odzyskanie dzieci polskich obywateli. Spory powstałe od tamtego momentu podlegają konwencji, ale rodzice, którzy utracili dzieci przed tą datą, często do dziś toczą batalię o ich odzyskanie.

Zatem jeśli małżeństwo polsko-japońskie mieszkało razem w Polsce lub gdzieś indziej na świecie, a po rozwodzie rodzic Japończyk po cichu wywiózł dzieci do swojego kraju, albo nawet zrobił to bez rozwodu (np. pewnego dnia pod pozorem odwiedzenia babci w Japonii wyjechał,

Fragmenty książki Dominiki Giordano Okno z widokiem na Fuji. Japonia – kraina szeptów i niedomówień, Bezdroża/Helion, Gliwice 2025

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Technologie

Cyfrowa pułapka uwagi

Naukowcy wyjaśnili, dlaczego nie możemy przestać scrollować. Tak, dotyczy to również dorosłych

„Jeszcze tylko chwilę” – to jedno ze zdań najczęściej powtarzanych przez użytkowników smartfonów. Z pozoru niewinne sięgnięcie po telefon potrafi zamienić się w kilkadziesiąt minut bezrefleksyjnego przeglądania treści. W debacie publicznej wciąż jednak dominuje uproszczone pytanie: ile czasu spędzamy przed ekranem? Tymczasem – jak pokazują badania – dużo ważniejsze jest, co robimy i w jakich okolicznościach.

Mit czasu przed ekranem

Przez lata wszystkie aktywności cyfrowe traktowano jako zjawisko jednorodne. Ale godzina wideorozmowy, nauki języka czy pracy znacząco różni się od bezmyślnego scrollowania. Liczenie, ile czasu spędziliśmy przed ekranem, jest więc bezcelowe. Dziwnym trafem producenci telefonów komórkowych ostatnio promują właśnie tę funkcję, niby dla zdrowia użytkowników. Badacze z Uniwersytetu Stanowego w Pensylwanii przekonują, że kluczowe jest zestawienie kilku czynników: co dokładnie robimy, w jakiej porze dnia, jaka jest struktura treści i jaki poziom naszego zaangażowania w nie oraz nasz stan po odłożeniu komórki. Dopiero analiza tych wszystkich czynników pozwala ocenić, czy technologia jest dla nas wsparciem, czy stała się problemem.

Współczesne technologie stworzone są po to, abyśmy nieustannie do nich wracali lub nie mogli się od nich oderwać. Naukowcy zauważyli, że przeciętny dorosły użytkownik smartfona potrafi w ciągu dnia sprawdzać aplikację e-mail bez wyraźnej potrzeby – robi to mimo braku powiadomień o nowych wiadomościach. Kompulsywne sprawdzanie poczty to jednak tylko echo strategii projektowania współczesnych aplikacji.

To przez media społecznościowe nauczyliśmy się ciągłego sprawdzania powiadomień i aktualności.

Jednym z najważniejszych elementów współczesnych platform jest tzw. nieskończone przewijanie treści. To mechanizm, który eliminuje moment zatrzymania – kolejne treści pojawiają się automatycznie, a użytkownik zatraca się w potoku filmików. Oglądający tracą „punkt odniesienia”. Mamy złudzenie,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Reforma bez zaplecza

Rząd zapowiada szkoły bez smartfonów

Ekipa rządząca rusza z planem, który ma się rozprawić z cyfrowymi zagrożeniami i wyrzucić telefony ze szkół. Przeszkodą dla rządowego pomysłu mogą się okazać prezydent Karol Nawrocki i jego niepowstrzymana chęć wetowania, ale też ministra edukacji Barbara Nowacka.

– Będziemy proponowali rzecz bardzo trudną. Nie tylko w Polsce zmagamy się z tym problemem. To są dwie kwestie: nadużywanie i uzależnienie od telefonów komórkowych całej populacji, szczególnie najmłodszych. W związku z tym po wielu rozmowach zaproponujemy projekt ustawy, który wzmocni rolę nauczycieli i rodziców, jeśli chodzi o kontrolę korzystania z telefonów komórkowych podczas zajęć szkolnych w szkołach podstawowych – poinformował 2 czerwca Donald Tusk.

Będą zamieszki?

We wtorek 2 czerwca rząd przyjął pakiet ustaw mających wzmocnić ochronę dzieci w internecie. Najwięcej emocji budzi propozycja wprowadzenia zakazu korzystania z telefonów komórkowych przez uczniów szkół podstawowych, zarówno podczas lekcji, jak i przerw. To rozwiązanie ma wejść w życie już od 1 września br. Zgodnie z projektem uczniowie szkół podstawowych nie będą mogli korzystać ze smartfonów ani innych urządzeń umożliwiających nagrywanie dźwięku i obrazu. Zakaz obejmie wszystkie zajęcia dydaktyczne oraz przerwy międzylekcyjne.

Jak podkreśla Barbara Nowacka, nowe przepisy mają pomóc w kształtowaniu higieny cyfrowej i są odpowiedzią na postulaty środowiska oświatowego. Rząd nie przewiduje rozróżnienia między szkołami publicznymi a prywatnymi, regulacje mają obowiązywać we wszystkich placówkach. Projekt ustawy zawiera jednak pewne wyjątki. Uczniowie będą mogli korzystać z telefonów w sytuacjach związanych ze zdrowiem – w przypadku chorób wymagających monitorowania – lub z bezpieczeństwem. Dodatkowo nauczyciele dopuszczą użycie smartfonów, jeśli będzie to uzasadnione w procesie dydaktycznym. Wyjątki mają również obejmować sytuacje szczególne, takie jak wycieczki szkolne.

Niektóre środowiska uczniów, np. Akcja Uczniowska, zastanawiają się, dlaczego rząd nie chce wprowadzić zakazu także w szkołach średnich. Szczególnie że według badań 71% dzieci deklaruje uzależnienie od telefonu, a 73% dorosłych podoba się szkolny zakaz. Według danych zebranych przez CBOS dla Polskiej Agencji Prasowej aż 85% respondentów popiera wprowadzenie zakazu użycia telefonu w podstawówkach. Przeciwników jest zaledwie 11%. Można też powiedzieć, że co do zakazania smartfonów w podstawówkach panuje ponadpartyjna zgoda. Wśród elektoratu lewicy za zakazem jest 92% badanych, wśród elektoratu centrum – 88%, a wśród elektoratu prawicy 82% – ustaliło CBOS.

Rządzący mogą nie chcieć zakazu w szkołach średnich z dwóch powodów. Pierwszy możliwy scenariusz to zamiar sprawdzenia na młodszych rocznikach, jak zadziała ten pomysł. Drugi to kalkulacja polityczna. Po co denerwować potencjalnych wyborców? Tak samo jest z poziomem matur – ich trudność co roku dopasowuje się do konkretnego rocznika. Pisaliśmy o tym w tekście „Matura szyta na miarę” (nr 20/2026).

Cel – bezpieczeństwo dzieci

Zakaz telefonów w szkołach ma być częścią większego pakietu zmian. Rząd przyjął także projekty ustaw, które mają ograniczyć nieletnim dostęp do treści dla nich nieodpowiednich, przyśpieszyć usuwanie nielegalnych materiałów z internetu i zwiększyć odpowiedzialność platform internetowych. Nowe przepisy mają umożliwić szybkie reagowanie na takie zjawiska jak patostreamy, oszustwa internetowe czy kradzież tożsamości.

– Ustawy, które przedstawiamy,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Wakacje, ech wakacje

Przeciętna polska rodzina z dwójką dzieci w wieku szkolnym wyda na ich letni wypoczynek 4-6 tys. zł

W ubiegłym roku ponad 1,4 mln polskich dzieci i nastolatków skorzystało ze zorganizowanych form letniego wypoczynku. Trzeba przyznać, że nigdy nie było tak dobrze. Sukces ten jednak skrywa brutalną prawdę o podziale na tych, którzy mogą zapłacić 4-5 tys. zł za zorganizowany wypoczynek dziecka w Rimini we Włoszech lub na Costa del Sol w Hiszpanii, i tych, dla których tygodniowe kolonie na Kurpiach pozostają nieosiągalnym luksusem.

Według danych Ministerstwa Edukacji Narodowej w 2025 r. na wakacje wyjechało ponad 813 tys. polskich dzieci, 526 tys. uczestniczyło w półkoloniach, a 75 tys. wypoczywało za granicą.

Podobnie wyglądają informacje zebrane przez Centrum Badania Opinii Społecznej we wrześniu 2025 r. Wynika z nich, że na co najmniej tygodniowy letni wypoczynek poza miejscem zamieszkania wyjechali uczniowie z prawie 73% gospodarstw domowych, w których były dzieci w wieku szkolnym.

W roku 2012, gdy CBOS przeprowadził analogiczne badanie, jedynie 44% polskich rodzin wysłało wszystkie swoje dzieci na wakacje i niemal tyle samo – 43% – nie wysłało żadnego. Zmiana jest ogromna i świadczy o realnym awansie ekonomicznym znaczącej części polskiego społeczeństwa.

Wzrosła popularność wyjazdów zagranicznych. W 2025 r. aż 38% gospodarstw domowych z pociechami w wieku szkolnym zdecydowało się na co najmniej tygodniowe wakacje dziecka za granicą – stanowiło to wzrost o 3% w stosunku do roku 2024 i było rekordem w historii sondaży CBOS (sięgających 2016 r., gdy zaczęto pytać o kierunki wyjazdów). Najpopularniejsze okazały się: Bułgaria, Włochy, Hiszpania, Grecja i Chorwacja. Tegoroczne wakacje zapowiadają się podobnie.

Bałtyk czy Morze Czarne?

O kierunkach wyjazdów dzieci na wakacje decyduje przede wszystkim zasobność portfela rodziców. Najtańsze, siedmiodniowe turnusy wiążą się z wydatkiem rzędu 1,6 tys. zł od osoby. Najczęściej jednak oferty oscylują w granicach 2,2-2,5 tys. zł za turnus. W tym roku dziewięciodniowe kolonie nad Bałtykiem – w Darłowie lub Redzie – będą kosztowały średnio 2,7-3 tys. zł. Dla porównania, dziesięciodniowy wypoczynek all inclusive w Bułgarii oznacza wydatek ok. 2,8 tys. zł plus pewnie 100 euro dla pociechy na ciastka, lody i napoje chłodzące.

W związku z takimi cenami wielu

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Plac zabaw czy plac zakazów

Dzieci marzą o krzakach, patykach i błocie

Samotny zwierzak kiwak w rogu podwórza, otoczony płotem, z matą amortyzacyjną zamiast gleby – tak wygląda „plac zabaw o zaostrzonym rygorze” w Kielcach, przedstawiony w materiałach urbanisty i socjologa Łukasza Harata i nazwany „izolatką dla jednego bardzo małego, bardzo grzecznego przestępcy”. Przepiłowane i przedzielone płotem huśtawki przed blokiem przy ul. Owsianej w Poznaniu to z kolei zniszczony na polecenie właścicieli działki plac, który był miejscem zabaw całych pokoleń Poznaniaków, a dziś jest krajobrazem po bitwie stoczonej przez rodziców – i przegranej z chamstwem i chciwością.

Pomijając skrajności, polskie place zabaw są nowoczesne i bezpieczne. Jeżeli jednak zdarzy nam się na nich zobaczyć sfrustrowane monotonią zabawy dzieci, tudzież znudzonych rodziców, to warto zadać sobie pytanie, czy świat znów nam nie ucieka, i to w innym kierunku niż ten, gdzie rządzą wszechobecne maty i kolorowy plastik. W najlepszych projektach z myślą o dziecięcych zabawach wraca stare: przesiadywanie w krzakach, babki z piasku, błotne zupki i kotlety z liścia. Czyli wolna, nieskrępowana zabawa.

Nasz przyjaciel brud

W Finlandii błoto i mech stopniowo zastępują gumową matę amortyzacyjną. Fińscy uczeni mają przepis na lepsze dzieciństwo: dzikie place zabaw. Koniec z asfaltem, do przedszkoli wjeżdżają liście, czarna ziemia i martwe drzewo. W całym kraju 1 mln euro łącznie na dzikie place otrzymały 43 placówki. W przedszkolu Humpula w Lahti maluchy bawią się błotem. Teren wygląda jak działka rekreacyjna uprawiana przez dzieci: jest kompostownik, rosną ogórki, marchew, buraki, ziemniaki. Na miejsce, które pięć lat wcześniej służyło jako parking, nawieziono 10 m kw. leśnego runa, razem z jagodami i mchem.

Przedszkole bierze udział w trwającym od dwóch lat eksperymencie nadzorowanym przez Fiński Instytut Zasobów Naturalnych. Naukowcy monitorują aktywności i stan zdrowia 75 dzieci w wieku od trzech do pięciu lat, uczęszczających do zielonych placówek oraz do zwykłych. Po roku obserwacji okazało się,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Promocja

Wesele z dzieckiem – jak przetrwać uroczystość i dobrze się bawić?

Artykuł sponsorowany Wesele z dzieckiem może wydawać się nie lada wyzwaniem. Jak przetrwać uroczystość i dobrze się bawić? Tego dowiesz się w tym artykule. Przekonasz się także, w którym miejscu warto zaopatrzyć się w marynarki dla chłopców.

Historia

Republika ludzi młodych

Losy małych Polaków deportowanych do ZSRR

Polskie domy dziecka powstają na terenie całego Związku Radzieckiego. W książce Tadeusza Bugaja „Dzieci polskie w ZSRR i ich repatriacja 1939-1952” zamieszczono mapkę przedstawiającą poszczególne placówki opiekuńcze. Dotyczy ona co prawda tych instytucji, które zostały objęte procesem repatriacyjnym w okresie od maja 1945 do sierpnia 1946, jednak dobrze obrazuje, w jak wielu miejscach znajdowali się młodzi Polacy. Najwięcej było ich na terenie Rosji, dużo w Kazachstanie i Uzbekistanie, mniej w Ukrainie, Białorusi, Kirgizji czy Litwie.

W wakacje 1944 r. powstaje Polski Obwodowy Dom Dziecka w Monetnej koło Swierdłowska na Uralu. Nie wszyscy podopieczni są sierotami, czasami ich rodzice znajdują się w odległych miejscach lub nie wiadomo, czy jeszcze żyją. Zdarza się, że ojcowie poszli do wojska. Wiele osób ma za sobą szkołę przyspieszonego dojrzewania. Dzieci pracują ponad siły, głodują, patrzą na śmierć bliskich. Tracą nadzieję na lepsze jutro. Zanim trafią do placówki opiekuńczej, często tułają się, śpiąc byle gdzie i ciesząc się, że udało się przeżyć kolejny dzień. (…)

Marynarka

Janina Małecka, z domu Piwowarczyk, wspomina o swoim podekscytowaniu związanym z pojawieniem się dyrektora polskiego domu dziecka z Monetnej. Można by pokusić się o stwierdzenie, że to jedno z ważniejszych wydarzeń w biografii kobiety. Mimo upływu czasu nie ulegnie zapomnieniu ani rozmyciu. Wręcz przeciwnie, okaże się jednym z najbardziej wyrazistych wspomnień. Historia ta jako istotny moment zwrotny będzie nieraz powracała w rozmowach i prawdopodobnie również często w myślach. Oto dzięki temu spotkaniu życie pozostawionych samym sobie i doświadczonych przez los dzieci nabiera sensu i zyskuje znaczącą zmianę jakościową: wreszcie można myśleć o przyszłości.

Małecka opowiada Joannie Wańkowskiej-Sobiesiak o swoim wcześniejszym rozczarowaniu związanym z pozostaniem na terenie Związku Radzieckiego. Trudne przeżycia z powodu obecnych wokół cierpienia, smutku i śmierci nie dawały właściwie żadnej nadziei. W przywoływanych przez kobietę obrazach pojawiają się umierający ludzie: „W każdej rodzinie było po troje, czworo dzieci. Ale była rodzina, nazywali się Czajki, w której było dziesięcioro dzieci: ośmioro z nich umarło i rodzice też. Został Franek i malutka Kasia, która nie miała jeszcze wtedy trzech lat. Jeszcze nie chodziła,

Fragmenty książki Bernadetty Darskiej, Republika ludzi młodych. Opowieść o nowym człowieku, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2026

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Lex Kamilek – lex bubel

Ustawa była przedstawiana jako przełom w ochronie dzieci 

Lex Kamilek, nazywana też Ustawą Kamilkową, to nowelizacja przepisów dotyczących ochrony małoletnich, uchwalona po śmierci ośmioletniego Kamilka z Częstochowy. Najważniejsze przepisy weszły w życie 15 lutego 2024 r. Placówki i podmioty pracujące z dziećmi miały czas na wdrożenie standardów ochrony małoletnich do 15 sierpnia 2024 r. 

Ustawa objęła m.in. szkoły, przedszkola, placówki opiekuńcze, wychowawcze, medyczne, sportowe, rekreacyjne, artystyczne i religijne, a także inne miejsca, w których przebywają dzieci. Wprowadzono obowiązek spisania zasad reagowania na podejrzenie krzywdzenia dziecka, dokumentowania interwencji, wyznaczania osób odpowiedzialnych za zgłoszenia oraz sprawdzania osób dopuszczanych do pracy z małoletnimi. 

Przedstawiano ustawę jako przełom w ochronie dzieci. Miała być narzędziem, które pozwoli szybciej wykrywać przemoc, zaniedbanie oraz wykorzystywanie małoletnich. Społeczeństwo dostało więc sygnał, że po tragedii Kamilka państwo wyciągnęło wnioski i stworzyło system skutecznej ochrony dzieci przed przemocą. Ale to nieprawda. 

  1. Największa wada Lex Kamilek polega na tym, że ustawa nadal opiera się na zaufaniu do tych samych instytucji, które mają być kontrolowane. Zakłada, że szkoła, pomoc społeczna, kurator albo inna placówka rzetelnie opiszą własne działania; jeśli ktoś czegoś nie zrobił, sam to ujawni. To założenie naiwne.

    Jeżeli pracownik instytucji przymknął oko, zlekceważył sygnał albo ograniczył się do czynności pozorowanych, nie napisze tego w sprawozdaniu. Jeżeli dyrektor szkoły chce chronić placówkę, może napisać, że wszystko sprawdzono i niczego niepokojącego nie potwierdzono. Bez zewnętrznej kontroli taki dokument staje się tarczą dla instytucji, a nie ochroną dziecka. 

    Ten mechanizm dobrze widać w innych sprawach, niezwiązanych bezpośrednio z Kamilkiem. Oto przykład z życia. Do organu prowadzącego szkołę trafia zawiadomienie rodzica, że nauczyciel mógł się dopuścić zachowań seksualnych wobec dziecka na wycieczce szkolnej. Organ prowadzący prosi dyrektora szkoły o wyjaśnienia. Ten po pewnym czasie odsyła kilkustronicowe pismo, że przeprowadzono postępowanie i nie stwierdzono molestowania. 

    I na tym sprawa może się skończyć. Urząd wierzy dyrektorowi. Nie sprawdza, czy postępowanie naprawdę się odbyło, nie pyta, kto rozmawiał z dziećmi, czy rozmowy były dokumentowane. W aktach zostaje kilka stron wyjaśnień. Bez raportów, protokołów,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Tato, a co to jest puenta?

Bycie tatą to jest jednak klawa sprawa. Nie ojcem, ale tatą właśnie. W tym słowie zawiera się cała niewymuszona czułość i więź. Tak mi się szczęśliwie złożyło, że przez całe dorosłe życie ktoś mnie nazywa „tatą”, bo jedne dzieci dorosły, ale drugie się rodziły. Od 33 lat jest zatem w rodzinie jakieś dziecko, które mówi „tato” nie tylko do mnie, ale i o mnie, bo jeszcze nie weszło w etap młodzieńczego odpępowiania, kiedy to przodków przemianowuje się na „starych”. Mnie to wzrusza i rozczula – dopóki jestem tatą, starość nie ma śmiałości zbliżyć się do mnie, musi czekać, aż stanę się ojcem – tym, do którego się dzwoni, żeby bliknął stówkę, a potem, żeby od święta zapytać „no co tam?”, a potem, żeby poprosić o wzięcie wnuków na długi weekend.

Wciąż jestem tatą, Antoś zimą skończył pierwszą dekadę swojego życia, nadal to ja jestem tym, który podaje szklankę wody, a nawet śniadanie do wyrka. Chciałbym, aby tak zostało na zawsze, ale to już ostatnie lata, bo ileż można tych dzieciaków płodzić, ileż można tych wiosen życia przeżywać na nowo i tych ostatnich miłości, a zatem, ilekroć słyszę wołacz „tato”, robi mi się ciepło na sercu i żwawo w duszy. Na przykład dzisiaj odpowiedziało się na pytanie: „Tato, czy w Balatonie są rekiny?” (ach, jakże błogo jest wciąż być domowym omnibusem i autorytetem, na poziomie szkoły średniej to się niechybnie zakończy, na razie wystarczy wiedza ogólna i elementarna).

Antoś jest dzieckiem szczęśliwie wychowywanym w bezpiecznej odległości od realnych problemów tego świata, więc jego lęki wciąż generuje raczej kino niż rzeczywistość niepoczytalnych dorosłych. Nie boi się ludzi, ale rekinów tak, od kiedy obejrzał „Szczęki” w asyście dorosłych zasłaniających mu oczy w najstraszniejszych momentach (to akurat metoda przeciwskuteczna, bo scenę i tak potem trzeba opowiedzieć, a wyobraźnia jest okrutna i krwawa).

Kiedy ma w perspektywie nadwodną kanikułę, dopytuje o rekiny,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.