Tag "Francja"
Francuska lewica podniosła głowę
Partia Socjalistyczna wyrasta na główną zaporę przed partią Le Pen… albo Macrona.
Twórca V Republiki Francuskiej, gen. de Gaulle, pozostawił po sobie nie tylko nowe państwo, ale i nowy rodzaj partii. Jego Unia na rzecz Nowej Republiki, wzorowana zdaniem niektórych na piłsudczykowskim Bezpartyjnym Bloku Współpracy z Rządem, miała stanowić porozumienie wszystkich patriotów od prawa do lewa. Jej deputowani odmówili zajęcia w parlamencie miejsc po prawej stronie, a że nie było zgody innych formacji, by zajęli miejsca środkowe, ostatecznie zostali rozsadzeni równo po szerokości izby. Ich ambicją było zmieścić w sobie całą scenę polityczną. Zamierzeń tych nie podzielali jednak następcy generała.
Wraz z prezydenturą Georges’a Pompidou ruch gaullistowski, a właściwie już postgaullistowski, przesuwa się wyraźnie w prawo. Kolejne partie odwołujące się do tej tradycji, aż po funkcjonującą dziś formację Republikanie (Les Républicains, LR), mogą już być wymieniane jednym tchem z brytyjskimi torysami czy niemiecką CDU. Jako że polityka nie znosi próżni, musiała się pojawić przeciwwaga. Rola ta przypadła budowanej z mozołem zjednoczonej lewicy „republikańskiej” (tj. nie- i antykomunistycznej). Choć zajęło to trzy dekady, jej lider François Mitterrand objął w końcu najwyższy urząd w państwie. Jego długie rządy (14 lat) wielu uznało za domknięcie się systemu. Jeśli bowiem lewica, która dawniej uważała sposób działania państwa gaullistowskiego
za „nieustanny zamach stanu”, pogodziła się z „monarchią republikańską” stworzoną przez generała, to istniała pewność, że podstawy ustroju są stabilne.
Jak się okazało, V Republika dzieliła najmniej. Dodatkowym czynnikiem stabilizującym ten układ była alternance, czyli okresowa wymiana władzy z prawicowej na lewicową. Kiedy rządzili postgaulliści, socjaliści (Parti Socialiste, PS) byli największą partią opozycyjną – i odwrotnie. Społeczeństwo miało poczucie, że ktoś patrzy władzy na ręce, już przebierając nogami, aby ją zastąpić. Inna polityka zawsze była możliwa. Wszystko to skończyło się jednak 7 maja 2017 r., gdy wybory prezydenckie wygrał Emmanuel Macron.
Głęboki kryzys dwóch tradycyjnych partii władzy znalazł finał w wypadnięciu z wyścigu do Pałacu Elizejskiego pewnych kandydatów do drugiej tury wyborów prezydenckich – Dominique Strauss-Kahn z PS oskarżony został o gwałt, a François Fillon z LR o malwersacje finansowe. Francuska scena polityczna, dawniej wzór stabilności i przewidywalności, implodowała. Osłabione partie establishmentowe doświadczyły drastycznego „cięcia po skrzydłach” – twardy elektorat uciekał do partii skrajnych, centryści zaś znaleźli nowego lidera, Emmanuela Macrona. Tak powstał nowy ład partyjny, w ramach którego centroprawica i centrolewica zdecydowały się połączyć siły i zaczęły się przedstawiać jako jedyna alternatywa wobec rządów partii skrajnej prawicy lub lewicy.
Główny bezpiecznik w postaci alternance został wymontowany, znikła alternatywa wobec polityki gospodarczej, społecznej czy zagranicznej suflowanej przez prezydenckich technokratów, którzy może i byli dawniej „na prawicy” lub „na lewicy”, ale kończyli te same prestiżowe uczelnie i posyłają dzieci do tych samych szkół. Wobec dominacji bloku centralnego, a jednocześnie wręcz cywilizacyjnej grozy, jaką budziła wizja przejęcia władzy przez Marine Le Pen albo Jeana-Luca Mélenchona, liczni socjaliści wzywali do przyłączenia się do Macrona i budowy silnej lewej flanki w jego ruchu.
Kiedy mer Paryża Anne Hidalgo otrzymała w wyborach prezydenckich 1,7% głosów, wydawało się, że to koniec socjalizmu we Francji. Partii pozostawało czekać, aż zostanie do reszty rozebrana między stronnictwo prezydenckie, czyli Odrodzenie (Renaissance, RE), a rosnącą w siłę Francję Niepokorną Mélenchona (La France Insoumise, LFI). Dość powszechna była opinia, że decyzja o przystaniu do Nowej Unii Ludowej, Ekologicznej i Społecznej (NUPES) zdominowanej przez „niepokornych” jedynie przyśpieszy ten proces. Oburzeni na współpracę ze skrajną lewicą rzucili legitymacje partyjne, inni wydawali się pogodzeni z tym, że zostaną przez nią wchłonięci. Niespodziewanie dla wszystkich, w tym samych socjalistów, karta odwróciła się w czerwcu 2024 r.
Narkowojna nad Sekwaną
W ataku na konwój więzienny w północnej Francji zginęło dwóch strażników. To pierwsza od ponad 30 lat śmierć funkcjonariuszy na służbie.
Historia przypominająca sceny z filmów sensacyjnych wydarzyła się wieczorem 14 maja. Gdy więzienny konwój wracał z sądu w Rouen do zakładu karnego w Évreux, niezidentyfikowani napastnicy zablokowali furgonetkę dwoma autami przy punkcie poboru opłat. Z peugeota wyszło kilku ubranych na czarno mężczyzn w kominiarkach. Otworzyli
ogień. Dołączyła do nich druga załoga, która wysiadła z audi. Szacuje się, że cała operacja odbicia więźnia trwała około dwóch minut. Fabrice Moello (52 l.) i Arnaud Garcia (34 l.), którzy zginęli w zamachu, byli pierwszymi francuskimi funkcjonariuszami więziennymi poległymi na służbie od 1992 r. Trzech pozostałych jest rannych, z czego jeden walczy o życie.
„Nigdy nie widziałem czegoś takiego”, powiedział Agencji AFP policyjny weteran Jean-François Maugard, który spędził prawie 25 lat w wydziale do walki z przestępczością zorganizowaną paryskiej policji kryminalnej, rozpracowując takich przestępców jak znany z napadów na banki Antonio Ferrara czy Rédoine Faïd, nazywany „królem ucieczek” po tym, jak wysadził bramę w więzieniu.
„Przemoc gangów narkotykowych weszła w bardzo niepokojącą fazę. Doszło do ataku na pełną skalę z udziałem niemal grupy szturmowej wyposażonej w broń bojową, co sprawiło, że funkcjonariusze byli bez szans”, zauważył Gregory Joron, sekretarz generalny policyjnych związków zawodowych UN1TE.
Bestialski napad, w którym odbito więźnia, zwrócił uwagę na wart wiele miliardów dolarów rynek narkotykowy, napędzający w całej Francji wojnę gangów oraz związaną z tym zorganizowaną działalność przestępczą: od handlu bronią po morderstwa i wymuszenia.
Zbiegły więzień, 30-letni Mohamed Amra, powiązany z grupami przestępczymi z Marsylii, został niedawno skazany za rozbój kwalifikowany i oskarżony w sprawie uprowadzenia zakończonego śmiercią. Jest także podejrzany o handel narkotykami i zlecanie zabójstw w wojnach gangów.
„Ten brutalny atak pokazuje, że zagrożenie przestępczością zorganizowaną jest tak samo duże jak zagrożenie terrorystyczne – napisała w serwisie X komisarz Unii Europejskiej ds. wewnętrznych Ylva Johansson. – Musimy się jej przeciwstawić z taką samą determinacją”.
Wieczny delfin
Emmanuel Macron bardzo chciał się stać niekwestionowanym przywódcą kontynentu, ale sam się ograniczał.
Kierunek rozwoju, zwłaszcza w polityce zagranicznej, wydawał się naturalny. Dwukrotne piastowanie urzędu prezydenta Francji niejako predestynowało Macrona do kierowniczej roli w całej Europie. Zawsze przecież do niej aspirowali poprzedni prezydenci, nawet jeśli tak naprawdę żadnemu to się nie udało, nawet de Gaulle’owi. A jego i Macrona nie ma co porównywać, szczególnie w kwestii ich kontynentalnych aspiracji. Ojciec założyciel V Republiki, do dzisiaj z rozrzewnieniem wspominany przez sporą część prawicowego elektoratu, miał pecha sprawować władzę w czasach postaci wybitnych, a warunki jego przywództwa też nie należały do łatwych. Rodziła się Europejska Wspólnota Gospodarcza, Europa znajdowała się w cieniu Ameryki, w dodatku francuskie imperium kolonialne przechodziło do przeszłości w sposób brutalny, drogi, przy trudnych do przewidzenia konsekwencjach. Konkurencja do tytułu lidera Starego Kontynentu była zatem olbrzymia.
Macron w porównaniu ze słynnym poprzednikiem miał autostradę do sukcesu. Prezydenturę rozpoczynał w 2017 r., czyli w okresie, gdy mógł bez ryzyka atakować NATO i proobronnościowych polityków (a pośrednio także Amerykę), bo mało kto wierzył w powrót wojny do Europy. I robił to, nazywając sojusz strukturą „z martwym mózgiem”. Unia Europejska była już w fazie stagnacji, cierpiąc na kryzys przywództwa, a Wielka Brytania, tradycyjny rywal Paryża, właśnie ze Wspólnoty zaczynała wychodzić. Na dodatek jedyna poważna rywalka, Angela Merkel, od lat postrzegana jako głos Europy na światowych forach dyskusyjnych, w 2021 r. sama usunęła mu się z drogi. Wydawało się więc, że Emmanuel Macron, wieczny delfin, wreszcie zostanie namaszczony. Tymczasem w siódmym roku jego prezydentury, kiedy władzę będzie sprawował jeszcze najwyżej przez trzy lata, o jednoznacznym przywództwie na Starym Kontynencie nie może być mowy. Jest aktywny, czasami aż zanadto, nieustannie wychodzi z nowymi inicjatywami, próbuje grać na Francję – najczęściej poprzez granie na siebie – ale wciąż wielu partnerów, konkurentów, nawet postronnych obserwatorów nie widzi w nim lidera. Co poszło nie tak?
Rozpad francuskiej lewicy
Szeroka koalicja partii lewicowych zawaliła się pod ciężarem własnych sprzeczności. Może to być jednak szansa na odrodzenie w upadku Ulica Solferino. Już sama nazwa kojarzy się ze zwycięstwem. Nadano ją przecież, aby uczcić francuski triumf w jednej z największych bitew XIX stulecia. I właśnie tam, w VII dzielnicy Paryża, pod numerem 10, stoi imponujący, a zarazem szykowny budynek. Dawniej była to siedziba Partii Socjalistycznej (PS). Prawie 4 tys. m kw. i dekady wspomnień. W międzywojniu
Nie ma i nie będzie drugiej Piaf
Mnie też nazywano lubelską Piaf. Ale człowiek nie może być czyjąś kopią Joanna Rawik – piosenkarka, aktorka, dziennikarka Upływa 60 lat od śmierci Édith Piaf i świat nie doczekał się jej następczyni. Właśnie ukazało się kolejne wydanie pani książki o Édith Piaf – „Ptak smutnego stulecia”. – To nie jest nowe wydanie, ale dodruk, który co pewien czas przygotowuje wydawnictwo Studio Emka. To już trzecia wersja mojej książki o Piaf. Najlepsza, bo zdobyłam album zawierający
Batalia z francuską biurokracją
Francja pięknie się ubiera. A nadrzędnym jej strojem są koperty Jest takie francuskie słowo oznaczające wzruszenie ramion, coś pomiędzy „cóż” a „pff”, słynne bah (czyt. ba). Usłyszysz je często z ust Francuzów. Biurokracja też jest na b i gdy w rozmowie poruszysz jej temat, niemal każdy zareaguje: – Bah, nie mów mi nawet! Szkoda słów. To g… (c’est d’la merde). Eh bah. Ale, co gorsza, dokończy: – Tak to jest, co można zrobić? Batalia ze skarbówką Głównym strojem we Francji są koperty.
Wszystkie grzechy republiki
Francja stoi dziś w płomieniach, ale ten pożar tlił się co najmniej od pół wieku W pewnym sensie wydarzenia rozgrywające się w ostatnich kilkunastu dniach na ulicach największych francuskich miast są kwintesencją francuskiej obywatelskości. Tak się protestuje nad Sekwaną i tamtejsze tradycje społecznego nieposłuszeństwa są pierwszą i najbardziej fundamentalną rzeczą, którą trzeba wziąć pod uwagę przy analizie bieżących zajść. Obserwator z zewnątrz, z zagranicy, może stwierdzić, że bliżej im do miejskiej wojny podjazdowej niż okresu wzburzenia opinii publicznej. Sami
Gierek we Francji
Od 1 maja we francuskim Drocourt, miejscowości w regionie Nord-Pas-de-Calais, plac Górników nosi imię Edwarda Gierka. To trzecia miejscowość w regionie, która go upamiętniła. Edward Gierek swoje ulice ma też od kilku lat w Auby i Grenay. Wciąż jest tam pamiętany jako górnik dołowy, działacz związkowy, organizator strajków. A także ten, który został później polskim przywódcą.
Kryzysowa gra Macrona
Na dłuższą metę ludzi nie stać na ciągłe strajkowanie Francja wrze. 14 kwietnia w Rennes podpalono komisariat policji, ta w odpowiedzi zorganizowała „ścieżki zdrowia”. Nad centrum Nantes w tym samym czasie unosiły się dymy i swąd gazu łzawiącego. W Paryżu miały miejsce okupacje budynków administracyjnych oraz starcia z policją. Wszystko to w odpowiedzi na zatwierdzenie przez Radę Konstytucyjną większości założeń rządowej reformy podwyższającej wiek emerytalny z 62 do 64 lat. Publikacja w Dzienniku Urzędowym zaledwie kilka godzin po częściowym zatwierdzeniu








