Tag "literatura faktu"
Patola zwana zgorszeniem
W Kościele wszyscy udają. Każdy ma jakieś swoje drugie życie, ale udaje, że to jego nie dotyczy
Co robi zdrowy byczek, kiedy zbliżają się dni wolne? Ano idzie się zabawić. Wie przecież, że z każdego grzechu po prostu można się wyspowiadać. Wbija się więc w cywilki, zamyka za sobą plebanię i rusza na kilkudniową imprezę. No, ale nie zawsze. Czasem to impreza przyjeżdża do niego. (…)
Mój rozmówca, w celach i na zasadach, o które się nie dopytuję, spotyka się po godzinach z księżmi, tłumaczy mi, że przeniknął do tego środowiska polecony przez jednego z duchownych. I tak się zaczęła ta niesamowita historia. (…)
– Jacy są? To zależy. Bo jednak się różnią. Proboszczowie bez szaleństw. Pogodni, inteligentni, z nimi można nawet pogadać. Czytają książki, znają nowe filmy. A młodzi… jacyś autystyczni tacy, wycofani, zalęknieni – mędrkuje, sącząc białe wino. – Sam nie wiem, wolę starszych. Młodzi poza tym przychodzą po narkotykach.
– A co lubią zażywać?
– Koka, meta, mefedron…
– Chodzisz do kościoła?
– Absolutnie nie. – Uśmiecha się. – Nie wierzę w takie rzeczy. (…)
Krzysztof ma salon masażu. Nie jeździ po plebaniach. Woli mieć wszystko pod kontrolą, a o to łatwiej na swoim terenie. Obsługuje kilkudziesięciu księży. Trafiają do niego z polecenia. Nowych klientów umawia mu telefonistka, a ci stali mają do niego bezpośredni numer. Czasem ci najbardziej zaufani przychodzą w sutannie. Inni z czasem się przyznają, że robią w „firmie”, a o niektórych po prostu wie, że są z tej branży. Zdradza ich ten infantylny język, zmiękczanie wypowiedzi, no i – co tu dużo gadać – mówią trochę jak z ambony. No i widać, że jakby czegoś się bali. Wracają za tydzień, za miesiąc, czasem zupełnie niespodziewanie. Jakie mają oczekiwania? Przebieg jest zwykle podobny – najpierw masaż rękoma, potem całym ciałem. Księża lubią też poklepywanie po pośladkach, lizanie miejsc intymnych, no i oczywiście masowanie penisa. Po masażu mają w pakiecie wspólny prysznic. Po niedzieli niektórzy płacą drobnymi z tacy.
Kiedyś trafił na profesora. Klient nie przyznał się jednak ani do tytułu, ani do tego, że jest księdzem. Mówił, że jest nauczycielem. No, ale nie miał szczęścia. Minął się dosłownie w drzwiach salonu z innym księdzem, który go rozpoznał: „Czy to jest ksiądz profesor…?”, zapytał drugi klient,
Nomadzi z przymusu
Co roku 5 mln Amerykanów traci dom z powodów eksmisji, podatków czy niespłaconych kredytów
– Jesteście imigrantami? – spytała siwiejąca brunetka, wpatrując się w dwóch śniadych mężczyzn.
Poczekalnia autobusowa w Burlington w stanie Iowa była prawie pusta, nie licząc 10 osób, z którymi podróżowałam z okolic Chicago. Spotkałam dotychczas dwie Niemki jadące do Milwaukee. Im głębiej w serce Ameryki, tym więcej Amerykanów wszystkich identyfikacji etnicznych, z bagażami składającymi się z ogromnych, wymęczonych walizek, kraciastych toreb, widywanych w Polsce w latach 90., i dużych foliowych worków. Te przeważają.
Większość tych osób śpi na dworcowych bądź przystankowych ławkach, czekają na przesiadki. Z Burlington można jechać we wszystkie strony świata. Zdarza się, że na autobus trzeba czekać nawet do 10 godzin. Poczekalnia staje się więc tymczasowym domem. Można tu się umyć, zjeść, podgrzać jedzenie w kuchence mikrofalowej.
Ponieważ sama od jakiegoś czasu nie mam domu, próbuję zrozumieć koncepcję domu oraz różne potrzeby z nim związane, szczególnie gdy ktoś nam go odbiera. Co roku 5 mln Amerykanów traci dom z powodów ekonomicznych: eksmisji, podatków czy niespłaconych kredytów. Prowadzi to do poszukiwania pracy nawet bardzo daleko od wcześniejszego miejsca zamieszkania. Przyglądam się również ruchomym domom – takim, które człowiek nosi ze sobą i zatrzymuje w miejscu uznanym akurat za przyjazne, m.in. z powodu dostępu do pracy czy braku uprzedzeń. (…)
Sama przemierzyłam już trasę Nowy Jork-Chicago-Manitowoc w Wisconsin-Duluth w Minnesocie-Galesburg w Illinois-Burlington – łącznie ponad 2,2 tys. km, głównie autobusami, moja walizka zdążyła więc stracić jedno kółko i jest odrapana tak bardzo, jakby dorwał się do niej rzeźbiący odpowiednik Jacksona Pollocka. (…)
Wybieram autobusy, ponieważ do mniejszych miejscowości nie ma zwyczajnie czym dojechać. Poza tym w środkowych stanach USA, w odróżnieniu od hubów obu wybrzeży – Nowego Jorku, Los Angeles i San Francisco – są one znacznie tańsze niż samoloty i pociągi. Nie wszędzie się też doleci. Odległości między portem lotniczym w stolicy danego stanu a miejscem docelowym bywają tak duże,
Fragmenty książki Izy Klementowskiej Nomadzi. Długa podróż do domu, Marginesy, Warszawa 2025
Samosioły z zony
Niech tam będzie niebezpiecznie, ale przynajmniej umrę pod swoim kawałkiem nieba – mówili ludzie z Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia
W nocy z 25 na 26 kwietnia 1986 r. Wasyl Antipowicz Ławrienko wybrał się na ryby ze swoim przyjacielem, strażakiem. Kiedy je łowili, nagle zobaczyli błysk, potem drugi, jakby coś wybuchło w elektrowni jądrowej. Zaraz po tym usłyszeli huk. W linii prostej od obiektu dzieliło ich 10 km, więc szczegółów nie widzieli, a żadnego alarmu wciąż nie było słychać. Ot, huknęło coś i wróciła nocna cisza. Jeszcze nie rozumieli, co się stało.
– Wróciliśmy do łowienia – powie mi Wasyl wiele lat późnej. – Jechało potem dużo zastępów straży pożarnej na sygnale, ale wciąż nie spodziewaliśmy się, że wydarzyło się coś naprawdę groźnego. To był duży zakład; co chwilę coś się tam działo. Nałapaliśmy ryb, połów okazał się całkiem zadowalający. Po chwili przybiegł ktoś po mojego kumpla strażaka. Niemal tuż po wyjściu z jeziora włożył mundur i pojechał na akcję do elektrowni.
Minęło dobrych kilka dni, zanim Wasyl dowiedział się, że nie chodziło o ćwiczenia. Że jego życie razem z tymi dwoma wybuchami właśnie wywróciło się o 180 stopni i nigdy już nie będzie takie samo. Że będzie musiał opuścić na kilka lat swój własny dom i że potem będzie do niego wracał nielegalnie – a wszystko to przez te dwa z pozoru niewinne wybuchy.
Wasyl jest dziś jednym z samosiołów – i jedną z najbliższych mi osób na terenie zony. (…)
Ewakuację wiosek wokół Czarnobyla rozpoczęto w maju 1986 r. – ale równolegle z nią zaczęły się pierwsze powroty. I pojawiło się słowo, które normalnie oznacza zboże rozsiewające się bez kontroli i udziału człowieka: samosioł. Właśnie tak bardzo szybko zaczęto nazywać wracających do zony. Byli to bardzo dzielni ludzie, te pierwsze samosioły. Żeby wrócić do swoich wiosek, musieli iść przez lasy i bagna. Zazwyczaj szli na piechotę, forsując ogrodzenia, nieraz ze zwierzętami na postronku. Olga Juszczenko, jak wielokrotnie mi opowiadała, by wrócić do Łubianki, przełaziła przez jakieś mokradła i przez druty kolczaste; pokonywała po dwadzieścia kilka kilometrów sama przez las. I tak po wielokroć. W dodatku razem ze swoją krową żywicielką.
Potem do chatki Olgi przyjeżdżała milicja, żeby ją wyrzucić, ona płakała, ale cóż było robić – z władzą nie wygrasz, a przynajmniej nie na krótką metę. Jednak gdy tylko radzieccy milicjanci tracili ją z oczu, Olga wracała. Aż pewnego razu już nie przyjechali – upór babuszki ich przekonał. Nie było sensu tracić czasu i energii na użeranie się ze starszą kobietą. Niech sobie żyje w tej upadłej wsi,
Fragmenty książki Krystiana Machnika Ostatni ludzie Czarnobyla, Notatnik Reportera, Warszawa 2025
Szczery jak kot
Kocia komunikacja jest niemal zawsze jednoznaczna, bezpośrednia i bardzo skuteczna
Niewiele stworzeń potrafi tak skutecznie zakomunikować swoje potrzeby i dopilnować, żebyśmy je zaspokoili. Nawet jeśli koty musiały uciec się w tym celu do własnej wersji baby talk. W książce „How to Speak Cat: A Guide to Decoding Cat Language” Gary Weitzman i Aline Alexander Newman piszą: „Tak umiejętnie z nami rozmawiają, ponieważ pojęły już, że ludzie nic nie rozumieją z subtelnych ruchów uszu czy ogona”. Trudno się z tym nie zgodzić.
W repertuarze kocich odgłosów są jednak nie tylko miauknięcia. Już w 1944 r. badaczka Mildred Moelk opublikowała artykuł, w którym opisała dźwięki wydawane przez koty. Podzieliła je na 16 typów i trzy kategorie: wokalizacje z zamkniętym pyszczkiem, z otwartym pyszczkiem oraz te wymagające otwierania i zamykania pyszczka na zmianę. W jej zestawieniu – poszerzonym później o wyniki kolejnych badań – znalazły się m.in. cmokanie, kwilenie, ćwierkanie i szczebiotanie (prawdę mówiąc, trochę się rozczarowałem – sądziłem, że chodzi o naśladowanie ptaków, by zwabić je w pułapkę). Czy wreszcie pieśń godowa, która moim zdaniem niewiele ma wspólnego ze śpiewem, a według poety Shikiego Masaoki jest w stanie zburzyć twierdzę z kamienia. I oczywiście odstraszające przeciwnika syczenie: groźba kota, że zaatakuje. Jeśli zostanie właściwie zrozumiana, zapobiega otwartej konfrontacji.
Krótko mówiąc, nie bez powodu kot to (według niektórych badaczy) mięsożerca o najszerszym spektrum wokalnym. Przy czym jego zwyczaje społeczne (lub raczej aspołeczne: w naturze koty są zwykle samotnymi myśliwymi) sprawiają, że jest bardziej milczący niż psy, ptaki albo ci goście siedzący obok mnie w pociągu i w kółko gadający przez telefon (ich pogaduszki słyszy chyba nawet maszynista).
A skoro już mowa o sugestywnym kocim języku, to w swoim opowiadaniu „Psy i koty” Jerome K. Jerome opisuje przeuroczą małą kotkę Tittums „wielkości bułki za pensa”, która „grzbiet wyginała w łuk i przeklinała jak student medycyny”.
Zagadka mruczenia
Pomijając przekleństwa kocic, najbardziej fascynującym i charakterystycznym spośród kocich dźwięków jest mruczenie. Które zresztą długo owiane było tajemnicą. Jak koty to robią? I dlaczego? Przynajmniej na pierwsze pytanie znamy już odpowiedź: mruczenie powstaje w sposób ciągły, zarówno na wdechu, jak i na wydechu, wskutek naprzemiennych skurczów przepony i fałdów głosowych (od 20 do 30 na sekundę). Co do powodów zaś – tu teorii jest wiele. Na pewno dźwięki te – wydawane przez kocie matki i oseski podczas karmienia – wiążą się z pozytywnymi emocjami. Ale dorosłym osobnikom zdarza się mruczeć także wtedy, gdy coś je boli albo gdy czują się zagrożone – być może próbują w ten sposób rozładować napięcie albo powstrzymać napastnika. Niektórzy twierdzą,
Fragmenty książki Giuliana Marinettiego Vita Felix. Kocia droga do szczęścia, tłum. Joanna Wajs, Znak Koncept, Kraków 2026
Złota era języków
Języki, którymi mówimy dziś, to żywe skamieliny
60 tys. lat temu świat był chłodny, a potem stał się jeszcze zimniejszy. Znaczną część zachodniej Eurazji pokryły lodowce, a tam, gdzie kończył się lód, zaczynała się bezdrzewna tundra. Człowiek podążył za łowną zwierzyną do cieplejszych krain. Opowiadanie historii – opisywanie innych światów – stało się być może zdolnością potrzebną do przetrwania. Lodowce zaczęły się cofać ok. 14 tys. lat temu; ci, którzy przetrwali lód, znowu ruszyli w drogę. W ciągu kilku tysięcy lat ich potomkowie na obszarze Żyznego Półksiężyca, ciągnącym się od Eufratu i Tygrysu po ujście Nilu, zaczęli poświęcać energię raczej na pielęgnowanie roślin i zwierząt, a nie łowienie ich. Otworzyła się dla nich nowa żywnościowa rzeczywistość.
W przeddzień tej rolniczej rewolucji na świecie żyło ok. 10 mln ludzi. Mówili oni może 10 tys. języków, z których każdy miał tysiąc, najwyżej 2 tys. użytkowników. Rolnictwo uwolniło jednak energię z nowych źródeł, dzięki czemu społeczności zaczęły rosnąć, a wraz z nimi ich języki. Pojawiały się dialekty, a niektóre z nich z czasem stawały się samodzielnymi językami. Rodziny językowe wybuchały jak supernowe.
Ten okres – neolit, epoka kamienia gładzonego – był złotą erą naszej lingwistycznej płodności: nigdy w dziejach nie mówiono tyloma językami co wtedy. Być może w szczytowym momencie było ich nawet 15 tys. Nie były jednak rozłożone równo, bo języki łączą się i dzielą tam, gdzie ludzie. Na archipelagu może być ich tyle co wysp. Na Kaukazie, nazwanym w X w. przez arabskiego geografa „górą języków”, językoznawcy zaobserwowali zjawisko „dwujęzyczności pionowej”: mieszkańcy wyżej położonych wiosek znają języki tych, którzy mieszkają niżej od nich, ale nie działa to w drugą stronę.
Języki są najbardziej różnorodne tam, gdzie największa jest bioróżnorodność, bo regiony takie są zdolne pomieścić większą liczbę grup mówiących różnymi językami i mieszkających obok siebie. Melanezja i Afryka Zachodnia, czyli miejsca, gdzie można wciąż zobaczyć ślady globalnej dawniej obfitości, do dziś są pełne różnych języków.
Języki trzymają się więc terenów nadających się do zamieszkania. Ale to w bardzo dosłownym sensie ruchomy cel: zdatność jakiegoś miejsca do ludzkiego osadnictwa określają po części środowisko naturalne, po części klimat, po części ludzka zdolność do przystosowania się. Zmiany klimatu skłaniały ludzi do przesiedlania się albo przystosowania w inny sposób, a ich język – jak zawsze elastyczny – dopasowywał się do tej reakcji. Kiedy ok. 5 tys. lat temu rolnicy z ludów Bantu zaczęli ekspansję na południe ze środkowej Afryki,
Fragment książki Laury Spinney Proto. Jak nasz prajęzyk dotarł na krańce świata, przeł. Grzegorz Kulesza, Znak Horyzont, Kraków 2026
Emocjonalne życie ptaków
Poza wysoką inteligencją ptaki mają własne osobowości
Dziś mamy mocne przesłanki, by sądzić, że wielu kręgowcom, w tym ptakom, nieobce są stany emocjonalne, takie jak żal, żądza, tęsknota, szczęście, radość, smutek czy gniew. Jeżeli bierzemy pod uwagę ten ostatni, musimy przyjąć, że zwierzęta odczuwają również strach. Wynika to z teorii emocji Roberta Plutchika, który uważał, że te dwa przeciwstawne elementy stanowią niepodzielną parę, podobnie jak radość i smutek, wstręt i zaufanie, zaskoczenie i oczekiwanie. Jedna emocja nie może istnieć bez drugiej – jak yin i yang.
Istnieją także solidne dowody na to, że ptaki przejawiają wrodzoną empatię oraz korzystają z teorii umysłu, czyli zdolności rozumienia stanów mentalnych innego osobnika (w skrócie: „wiem, że ty wiesz”). Dowody możemy znaleźć u powszechnie występujących w Polsce sójek. Samiec przynosi swojej partnerce gąsienicę barciaka, nocnego motyla, gdy ta właśnie nasyciła swój głód larwami chrząszcza mącznika młynarka, lub podaje jej larwę mącznika, jeżeli ta właśnie zjadła barciaka. Robi to bezbłędnie – tylko jeśli widzi, co ta włożyła sobie kilka chwil wcześniej do dzioba. Zachowuje się w ten sposób, ponieważ rozumie jej pragnienia. Mało kto po zaspokojeniu głodu miałby ochotę na dokładkę tego, co zjadł przed chwilą. Co innego, gdy ktoś zaproponuje smakowity deser. Podobnie czyni samiec sójki.
Inne krukowate – gawrony – korzystają z teorii umysłu w innym celu. Ptaki te stosują wiele technik ochrony pokarmu przed potencjalnymi rabusiami, kiedy są obserwowane. Te metody to np. 1) konsumowanie zdobyczy na miejscu, 2) kilkakrotne przenoszenie pokarmu w celu zwodzenia obserwatorów, 3) redukowanie chowanej ilości pożywienia, 4) zaprzestanie ukrywania zdobyczy przy świadkach, 5) chomikowanie w odległych, osłoniętych miejscach. Gawrony są świadome tego, że inne osobniki mają chrapkę na ukryte przez nie przysmaki – dlatego stosują tak szeroki wachlarz zachowań mających na celu wywiedzenie w pole potencjalnych rabusiów.
Mamy też dobry przykład teorii umysłu związany z lękiem przed drapieżnikiem. Dotyczy on niewielkiego i pięknie ubarwionego ptaka pochodzącego z Indii – żołny wschodniej. Przedstawiciele tego gatunku nie budują typowych gniazd, ale kopią około metrowej głębokości norki z komorą lęgową na końcu. W ramach eksperymentów, które to udowodniły, badacze podglądali ich norki z dwóch różnych lokalizacji. Jedna pozycja była niczym nieosłonięta, pozwalała więc na dobrą obserwację wlotu do gniazda. Druga znajdowała się za barierą w postaci krzaka, skały, pagórka czy muru. Ptaki znacznie rzadziej odwiedzały gniazdo, gdy obserwator miał nieosłonięty widok na wejście do norki, gdyż ta lokalizacja ułatwiała mu jej dostrzeżenie. W drugim eksperymencie sprawdzano,
Fragmenty książki Andrzeja Zbyryta Czego się boją ptaki?, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2026
Efekt samotności
Dlaczego przynależność do grupy jest tak ważna
Razem jesteśmy silni
Przez większość swoich dziejów człowiek musiał żyć we wspólnotach, żeby dać sobie radę w świecie pełnym niebezpieczeństw. (…) Prawdopodobieństwo przetrwania było większe we wspólnocie, a więc przewagę zyskiwali ci, którzy mieli silniejszy instynkt do tworzenia i pielęgnowania więzi społecznych. Dzięki temu dążenie do wspólnoty było przekazywane kolejnym pokoleniom. Z punktu widzenia mózgu o to właśnie chodzi – żeby przetrwać i przekazać geny. To znaczy, że wy też macie je w swoim genomie, inaczej by was nie było. Mózg nagradza nas dobrym samopoczuciem za każdym razem, gdy doświadczamy wspólnoty z innymi ludźmi. (…)
Wspólny śmiech
Brytyjski antropolog Robin Dunbar obliczył, że stado ludzkie funkcjonuje najlepiej, jeśli składa się z ok. 150 osobników (liczba Dunbara wyznacza górną granicę liczby osób, z którymi można utrzymywać stabilne relacje społeczne). Również on, jako pierwszy, postawił tezę, że wspólny śmiech może dawać podobny efekt jak grupowe iskanie. W ramach pewnego badania zabrał do kina dwie grupy ludzi, którzy się nie znali. Jedna grupa obejrzała zabawną komedię. Grupie kontrolnej pokazano natomiast nudny film dokumentalny. Jeśli Dunbar miał rację, to u osób, które śmiały się razem, powinno uwolnić się więcej endorfin niż u osób z grupy kontrolnej. Aby ustalić, czy to prawda, po pokazie poproszono wszystkich uczestników o włożenie rąk do wiader z lodowatą wodą. Endorfiny mają działanie przeciwbólowe, więc grupa śmiejąca się powinna (jeśli teoria jest poprawna) być w stanie dłużej wytrzymać zimno. I tak też było.
A zatem wspólny śmiech daje taki sam efekt, jaki małpy uzyskują z wzajemnego iskania – z tą ważną różnicą, że śmiech może wzmocnić więzi między więcej niż dwiema osobami naraz. Jeśli się nad tym zastanowić, śmiech rzeczywiście jest aktywnością grupową. Nie śmiejemy się tak bardzo z zabawnego filmu,
Fragmenty książki Andersa Hansena i Matsa Wänblada Zrozum swój mózg. Skąd biorą się emocje i dlaczego są OK, przeł. Emilia Fabisiak, Znak, Kraków 2026
Generał kocha i potrzebuje pieniędzy. Wyłudzenia „na żołnierza”
Brad Pitt czeka na przelew
Inną popularną metodą jest też metoda „na amerykańskiego aktora”, która ma bardzo podobny schemat działania. Na początku 2025 r. głośno było o 53-letniej Francuzce, która myślała, że rozmawia z Bradem Pittem, i przelała mu 830 tys. euro na rzekome leczenie onkologiczne. Przekonana o tym, że ma romans ze znanym aktorem, zdecydowała się nawet na rozwód z mężem, który był milionerem. Do uwiarygodnienia przestępstwa oszust używał sztucznej inteligencji, dzięki której tworzył fałszywe zdjęcia i filmy. Prawda wyszła na jaw, gdy kobieta zauważyła doniesienia o nowej partnerce Brada Pitta.
Przekręty nigeryjskie
Ogólnie są to oszustwa, które mają jeden wspólny cel – wyłudzenie pieniędzy. Najczęściej polegają na tym, że rozmówca obiecuje nam ogromny zysk, nawet w milionach dolarów, jeśli wpłacimy najpierw określoną niewielką sumę pieniędzy. Aby uwiarygodnić swoje słowa, oszust przedstawia fałszywe dokumenty. Dlaczego nazywane są „nigeryjskimi”? Otóż pierwsi tego typu przestępcy działali w Nigerii, która była wtedy w nie najlepszej sytuacji finansowej. Obywatele tego kraju znaleźli sposób na zarobienie pieniędzy – wykorzystali do tego internet, który z roku na rok stawał się coraz bardziej powszechny i obecny w większości domów.
Warto jednak dodać, że „przekręty nigeryjskie” również miały swoją wcześniejszą wersję opartą na listach, zwaną „na hiszpańskiego więźnia”. Oszuści typowali najczęściej zamożne osoby, do których wysyłali list. Nadawcą był bogaty nieznajomy, który miał kłopoty i został uwięziony. Obiecywał, że hojnie się odwdzięczy, jak tylko wyjdzie z więzienia. Na czym miała polegać pomoc? Oczywiście na przesłaniu pieniędzy, za które dany człowiek opłaci urzędników, strażników, podróż itp. Obiecywał później zwrócić pieniądze i dołożyć do tego sporą sumę. Kiedy dana osoba wysyłała mu pieniądze, więcej już się nie odzywał.
Wyobraźcie sobie, że przeglądacie portale społecznościowe, jakiś popularny serwis randkowy i trafiacie na profil przystojnego mężczyzny w mundurze, z poważnym spojrzeniem i delikatnym uśmiechem, który po chwili do was zagaduje. Amerykański żołnierz na misji, gdzieś na odległej pustyni lub w bazie wojskowej. Opowiada wam, jak ciężkie jest życie na froncie, jak marzy o powrocie do domu i o miłości, która dodałaby mu sił. Wydaje się autentyczny, godny szacunku. Taki bohater prosto z filmu wojennego. Tylko nie będzie jak w filmie, nie będzie szczęśliwego zakończenia, zamiast tego czeka was… puste konto bankowe.
To historia,
Fragmenty książki Moniki Prześlakowskiej Niebezpieczna sieć, Znak Koncept, Kraków 2025








