Tag "literatura"

Powrót na stronę główną
Andrzej Romanowski Felietony

Tryptyk chłopski. II. Kasprowicz

Na zakopiańskich Krupówkach ogromne plansze informują o setnej rocznicy śmierci Jana Kasprowicza. Do pobliskiego Muzeum Kornela Makuszyńskiego zaprasza wystawa kasprowiczowska, urządzona przez dr Kingę Nędzę-Sikoniowską. Rocznica właśnie minęła: 1 sierpnia.

W latach licealnych i studenckich był Kasprowicz mym ukochanym poetą. Zastanawiam się dziś dlaczego. Pierwszy impuls był oczywisty: moje pokolenie odkrywało Młodą Polskę, która nie cieszyła się wtedy uznaniem. Wystawiano już wprawdzie (zakazanego w czasach stalinowskich) Wyspiańskiego, publikowano Staffa (choć głównie późnego) i wydawano Żeromskiego (choć tylko takiego od „doli ludu”), lecz inni pisarze młodopolscy byli skazani na nieistnienie. Właśnie w tych latach zacząłem uświadamiać sobie tę lukę.

Szczególny kłopot miały zaś władze oświatowe z Kasprowiczem. Bo niby on nasz, skoro chłop, ale jakże mało postępowy! Chętnie przypominano jego utwory wczesne, naturalistyczne i antyklerykalne, co jednak było robić z ogromem późniejszego dorobku? Wszak była to poezja z gruntu religijna, posługująca się znakami zadomowionymi w tradycji katolickiej, wprawdzie „wadząca się z Bogiem”, lecz stale poszukująca Boga. Nie bardzo dawała się oswoić. Te dwa zagadnienia – Młoda Polska i religia – były wtedy dla mnie ważne.

Ale znaczenie miały też czynniki inne, zupełnie już osobiste. Od czwartego roku życia spędzałem wakacje pod Tatrami: w Białym Dunajcu i Poroninie. Te wsie kojarzyły się z Leninem: w pierwszej istniał Dom Lenina, w drugiej – Muzeum Lenina. Mama starała się nie zwracać uwagi na te obiekty, skoro jednak nie sposób było ich nie zauważać, zareagowała kiedyś sarknięciem: „Dlaczego tylko Lenin? Dlaczego nikt nie pamięta, że w Poroninie mieszkał też Kasprowicz?!”.

Wtedy to nazwisko usłyszałem po raz pierwszy. Toteż za którymś pobytem powędrowaliśmy z mamą starą drogą poronińską do kasprowiczowskiej Harendy. Z Białego Dunajca było to jednak daleko, pamiętam więc tyle, że strasznie bolały mnie nogi. Niemniej jednak Kasprowicz

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Fale upałów i głupoty

Aby zacząć pogodnie, bo grozi nam wielka polityczna niepogoda i trzeba się pocieszać uśmiechem… Od kilku lat prowadzę w miesięczniku „Zwierciadło”, na ostatniej stronie pisma, kolumnę „Okno z wierszem” – tak ją nazwałem. Wstawiam tam wiersz poety, a wcześniej piszę o nim krótki eseik. To niezwykłe, że pismo o tak dużym zasięgu zaproponowało mi poetycki felieton, poezja jest wszędzie w odwrocie. A ona jest u źródeł naszej wrażliwości. Czasami tylko mam zawracanie głowy, bo istnieje coś takiego jak prawa autorskie, wygasają po 70 latach od śmierci autora. Tuwim szczęśliwie mi się załapał, a Staff jeszcze nie, bo zmarł w 1957 r. W przypadku zmarłych nie tak dawno, jak wiatru w polu szukaj spadkobierców poety, by dali zgodę na druk. Zwykle jakoś sobie radzę, czasami to przygoda. Ba, znalazłem w małej greckiej wsi wnuczkę Władysława Broniewskiego. Teraz wstawiam w swoje okno wiersz Siergieja Jesienina, w znakomitym przekładzie Broniewskiego, Ewa daje mi zgodę.

Jest w Warszawie niezwykła biblioteka w Domu Literatury, w Kamienicy Johna na Starym Mieście. Tam zapach lat 50. i niezmieniony wystrój wnętrz. Na wysokości okien stoi król Zygmunt na kolumnie, w tle wieża Zamku Królewskiego. Zawsze pusto, z biblioteki korzystają tylko pisarze. Dzwonię, by sprawdzić, czy jest biografia Jesienina, skoro wybrałem jego wiersz. Jest! Jak ja lubię tę bibliotekę. Bibliotekarka idzie tylko sprawdzić, czy nie daj Boże ktoś nie pożyczył, chociaż to raczej niemożliwe. Wraca speszona. Ktoś pożyczył tę książkę. Pytam kto. Mówi: „Tomasz Jastrun”. Aż zakołysałem się ze zdziwienia. Patrzę na swoje łóżko, gdzie obok poduszki książki, które czytam. Jest! Byłem w bibliotece nie tak dawno i pożyczałem kilka książek, a że tę też – zapomniałem. Znajoma psycholog pyta mnie: „Jak się z tym czujesz?”. Psycholodzy lubią takie pytania. Odpowiadam, że mam się świetnie, bo alzheimera mam od dziecka. I to prawda.

Mam w swojej roztargnionej biografii większe akty niepamięci. Kiedyś, by się pocieszyć, pytałem znanych ludzi o ich największe akty roztargnienia. I spisywałem je. Każdy ma ich bez liku, tworzą niezwykle zabawne anegdoty. Choćby Władysław Bartoszewski – opowiedział mi, jak wyszedł z domu bez spodni. Może kiedyś podzielę się tymi relacjami.

Daleko jestem od spiskowego myślenia, prowadzi ono nawet do mordów

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura Wywiady

Geniusz, szarlatan, chuligan

Gałczyński, poeta nie z tej ziemi

Mariusz Urbanek – pisarz, publicysta, autor poczytnych biografii, m.in. Stefana Kisielewskiego, Władysława Broniewskiego, ana Brzechwy, Juliana Tuwima, Jerzego Waldorffa, Mariana Eilego, Rudolfa Weigla i zbiorowej biografii lwowskiej szkoły matematycznej. Autor biografii Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego „Gałczyński. Kanarek w klatce”.

Jest pan uznanym biografem. Wydana ostatnio książka o Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim „Kanarek w klatce” jest 11. w pana dorobku. Co jest najtrudniejsze w pisaniu o wybitnych ludziach?
– Bycie uczciwym. Podwójnie: wobec czytelników, którzy czekają na prawdę, i wobec bohatera. Uczciwość wymaga mówienia rzeczy gorzkich, także o jego ciemnych sprawach. Nawet jeżeli ma się dużo sympatii do protagonistów. Ale właśnie wtedy nie wolno ukrywać ich mrocznych stron. Niezależnie od tego, czy dotyczy to ich życia rodzinnego, twórczości czy polityki. Nie można niczego tuszować, tworzyć hagiografii, bo to właśnie jest nieuczciwe wobec człowieka, który przecież żył naprawdę, czasem bywał bohaterem, ale czasem… nie. Jednocześnie trzeba próbować go zrozumieć.

Czuje pan dreszcz emocji na miarę Sherlocka Holmesa, kiedy odkrywa coś, o czym dotąd nie było wiadomo? Jak to było w przypadku Gałczyńskiego?
– Kiedy uda się trafić na coś absolutnie nowego, na pewno jest to satysfakcja na miarę odkryć Sherlocka. W przypadku Gałczyńskiego to była np. jego młodzieńcza miłość do kuzynki, Jadwigi Łopuszyńskiej, dla której napisał debiutanckie wiersze. Pojawiły się w obiegu publicznym dopiero niedawno, kiedy rodzina Jadwigi zechciała sprzedać listy poety do Muzeum K.I. Gałczyńskiego w Praniu. Zawierały nieznane dotąd wiersze. Dzięki temu udało się uzupełnić życiorys Konstantego o nieznane do tej pory fakty.

Czyli złudne jest myślenie, że wszystko o Gałczyńskim już wiemy? A przecież powstało już tyle monografii czy biografii, które zresztą zmonopolizowała nieżyjąca już córka Gałczyńskiego, Kira.
– Kira Gałczyńska napisała o ojcu kilkanaście książek, ale to nie były prawdziwe biografie, wybielały ojca i wybiórczo traktowały fakty. Jako córka miała do tego prawo, jako biograf nie. Ponad dekadę temu powstała rzetelna biografia Gałczyńskiego „Konstanty Ildefons Gałczyński. Niebezpieczny poeta” pióra Anny Arno. Tak naprawdę pierwsza, która ukazała się poza kontrolą córki. Kira nie zostawiła na niej suchej nitki.

Czy jest sens, by dzieci tworzyły biografie rodziców? Często popadają w skrajność – są to „żywoty świętych” albo pamflety, rodzaj zemsty za zawiedzione uczucia.
– Nie potrafiłbym całkowicie skrytykować Kiry Gałczyńskiej. Zrobiła bardzo dużo, by pielęgnować pamięć o ojcu. Prawdopodobnie gdyby nie ona, Gałczyński nie byłby poetą wciąż popularnym i kochanym. Ale idealizowała rodziców, budowała im pomnik. Konstruowała wizerunek ojca według swoich wyobrażeń, bo nie do końca go znała. Miała trzy lata, gdy Gałczyński poszedł na wojnę; wrócił, gdy miała dziesięć; umarł, gdy Kira miała 17 lat. Nastolatki nie mają czasu na poznawanie rodziców.

Manipulowała faktami?
– Niektóre ukrywała. Przed wojną Gałczyński publikował w skrajnie prawicowym piśmie „Prosto z Mostu”, w którym ukazywały się wypominane mu do dziś antysemickie utwory, na czele z listem „Do przyjaciół z »Prosto z mostu«”.

W tym piśmie Gałczyński groził też Żydom, socjalistom i liberałom „nocą długich noży”…
– A Kira to ukryła. Cały czas podstawowym wydaniem dzieł Gałczyńskiego jest pięciotomowy wybór Czytelnika z 1979 r. pod jej redakcją. Tam listu „Do przyjaciół…” nie ma, podobnie jak w przerwanej edycji dzieł wszystkich poety oficyny Prószyński i S-ka, opartej na wyborze Kiry. A bez znajomości tego listu nie sposób zrozumieć przedwojennego Gałczyńskiego. Podobnie córka utajniła niektóre wiernopoddańcze wobec komunistycznej władzy utwory, które poeta napisał po wojnie. Nigdy też nie przyznała, że ojciec był bigamistą.

Wojnę spędził w stalagu Altengrabow w Niemczech, ale po wyzwoleniu obozu nie wrócił od razu do kraju i do żony. Przez rok podróżował po Europie, poznał Lucynę Wolanowską, z którą wziął ślub w niemieckim urzędzie stanu cywilnego. Jeśli wierzyć Wolanowskiej, za wiedzą, a wręcz namową księdza katolickiego, który przekonywał parę, że wcześniejszy ślub z Natalią w obrządku prawosławnym nie jest tak do końca ważny. Tego drugiego ślubu, choć zawartego w majestacie prawa, Kira nigdy nie uznała. O Wolanowskiej mówiła: „kobieta, z którą ojciec miał relację w czasie wojny”. Według niej Konstanty kochał tylko jedną kobietę. I miała to być „srebrna” Natalia. Kochanki ukrywała albo zaprzeczała ich istnieniu. A w ciągu tego szalonego roku po wojnie Gałczyński miał aż trzy partnerki. Owocem związku z Wolanowską był Konstanty junior, który później razem z matką wyemigrował do Australii. Przyrodnie rodzeństwo poznało się dopiero w Polsce, w 1990 r.

Kira starała się też wygumkować zażyłą przyjaźń ojca z Jerzym Waldorffem.
– Dzieliła przyjaciół ojca na takich, których lubiła, i tych, którym odmawiała prawa do tej przyjaźni. Waldorff zaliczał się do tego „gorszego sortu”. Poznali się przed wojną, w czasie pobytu poety w stalagu korespondowali, Waldorff opiekował się Natalią. Listy,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Bralczyk

Grzeczność

Cenimy ją. Skwapliwie artykułujemy skargi na jej niedostatek w życiu codziennym. To, że jej nie ma w życiu publicznym, oczywiście przeszkadza, ale z drugiej strony może cieszyć, bo uzasadnia nasze (jakże nam potrzebne) poczucie wyższości nad tymi wszystkimi niegrzecznymi politykami i innymi celebrytami. Ale z grzecznością są pewne kłopoty.

Na co dzień tak, owszem, lubimy. Tyle że nie wiedzieć czemu takie zwroty jak niby ją deklarujące „grzecznie proszę” wypowiadane bywają często nieco zbyt kategorycznie, czyli niezupełnie grzecznie. Podobnie ostre bywają apele o cudzą grzeczność („grzeczniej proszę!”). Pewnie grzeczniej jest, gdy nie jest nazywana,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Artyści do przemysłu

Strzemiński i artystyczna szkoła przyszłości

Biblioteka Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych to przez długi czas jedynie kilka szaf na korytarzu, które studenci i profesorowie zapełniają własnymi książkami przyniesionymi z domów. Inne pomoce naukowe też są z darów; zdobyczny szkielet ludzki przydatny na zajęciach z anatomii studenci pieszczotliwie nazywają „Stefankiem”. Kto może, dokłada cegiełkę do tej wymarzonej i długo w Łodzi wyczekiwanej akademii.

Plany utworzenia nowoczesnej artystycznej szkoły wyższej były dyskutowane w środowisku łódzkich twórców jeszcze w 20-leciu międzywojennym. Miała być nowoczesna w najlepszym znaczeniu tego słowa, wzorowana na zdobyczach niemieckiego Bauhausu i rosyjskich uczelni artystycznych, zreformowanych po rewolucji. W tych moskiewskich studiowali przecież Katarzyna Kobro i Władysław Strzemiński. Starali się przekazać swoje doświadczenia w programach nauczania dla szkół średnich i zawodowych w Koluszkach i w Łodzi, gdzie pracowali, w rozmowach z dyrektorami tych placówek oświatowych i z innymi twórcami.

Uczyli podstaw: wiedzy o kolorze, fakturach malarskiej i materiałowej, kompozycji, tworzenia monogramów; poruszali bardziej skomplikowane kwestie, jak kompozycja architektoniczna, omawiali formy przedmiotów i figury ludzkiej według zasad kubizmu analitycznego. Praca pedagogiczna była dla obojga Strzemińskich głównym źródłem utrzymania; znajdowali w niej powołanie, a nawet satysfakcję, w każdym razie mieli w dziedzinie edukacji zasługi, wystarczy przywołać pochlebne recenzje z przeglądu szkół zawodowych podczas wystawy wyrobów przemysłu artystycznego i przedmiotów codziennego użytku w Warszawie w 1931 r.

„Wszyscy znają prace Bauhausu – czytamy w piśmie „Architektura i Budownictwo”. – Mało natomiast wiadomo o trwającej od kilku lat analogicznej pracy w szkole przemysłowej w Koluszkach. Zawdzięczając kierownictwu artystycznemu wybitnego teoretyka i plastyka Władysława Strzemińskiego oraz p. K. Kobro, osiągnięto tam wyniki pod względem plastycznym wyższe niż w Bauhausie, ponieważ oparte o ścisłą naukę formy nowoczesnej, która znalazła swój wyraz w ściśle u nas opracowanym programie”. (…)

W Łodzi Katarzyna Kobro pracowała w liceum gospodarczym i szkole gospodarczej. Awangardowa artystka, twórczyni nowoczesnej koncepcji rzeźby, uczyła estetyki wnętrz dziewczęta przygotowujące się do pracy w hotelarstwie czy do prowadzenia domu. Własne mieszkanie Strzemińskich oryginalnie zakomponowała: „Płaszczyzny ścian, sufitów i podłóg zostały podzielone na kwadraty i prostokąty i pomalowane na biało, szaro, niebiesko, żółto i czarno – wydzielono w ten sposób funkcje poszczególnych części pokoi”.

Z kolei Strzemiński kierował Miejską Dokształcającą Szkołą Zawodową Grafików nr 10, w której nauczał zasad drukarstwa funkcjonalnego. Przeciętna zawodówka dzięki jego staraniom i włączeniu do kadry nauczycielskiej artystów Stefana Wegnera, Karola Hillera i Zenobiusza Poduszki ogromnie zyskała. Do szkoły tej uczęszczała młodzież pracująca – relacjonuje Anna Wegner-Sumień, córka malarza Stefana Wegnera – czeladnicy z różnych zawodów rzemieślniczych: drukarze, introligatorzy, malarze ścienni, grawerzy,

Fragmenty książki Małgorzaty Czyńskiej Pisz do mnie na Łódź! Życie kulturalne i towarzyskie w tymczasowej stolicy, Marginesy, Warszawa 2026

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Stanisław Filipowicz

Róża Luksemburg i Kalwin

Przerzucam wydane niedawno „Notatniki” Alberta Camusa. Coraz mniej mam cierpliwości do zawiłych wywodów. Prawdziwy talent jest lakoniczny. Zresztą, ile warta jest dzisiejsza „literatura”? W czasach, gdy – dzięki funkcji „kopiuj wklej” i wsparciu AI – już właściwie każdy może zostać autorem „książki”? Tych książek, dodam na marginesie, jest coraz więcej, ale nikt ich nie czyta, bo wszyscy są zajęci pisaniem.

U Camusa w notatkach z 1948 r. odnajdziemy cytat pochodzący z rozprawy „O rewolucji” Róży Luksemburg. Czytamy: „Panowanie szerokich mas ludowych jest całkiem nie do pomyślenia bez wolnej, nieskrępowanej prasy, bez swobodnego życia stowarzyszeń i zgromadzeń”.

Jaką siłę mają nasze marzenia o wolności? Bywa różnie. Niestety, na ich drodze bardzo często staje kult prawdy – gdy dochodzi do głosu, wolność zaczyna przeszkadzać. Tak było w czasach wielkich rewolucji, tak jest dzisiaj, w dobie wojen kulturowych, kiedy liberalną zasadę wolności i wzajemnego uznania obezwładnia pomieszana z nienawiścią pogarda.

W jaki sposób prawda staje się narzędziem przemocy? Dlaczego wolne słowo tak często musi się cofać? Niestety, fanatyzm bez trudu usuwa ze swojej drogi sceptycyzm. Wahanie nie może stać się źródłem siły – sceptycy nigdy nie sięgają po miecz. Przewagi wolności słowa mają kruche podstawy: głód prawdy jest zawsze silniejszy niż szlachetne powątpiewanie. Czy nasza przyszłość należy do fanatyków i demagogów?

No dobrze, skręciłem w złą stronę, nasunęły się złe skojarzenia. Wracam więc na właściwe tory. Pomówmy o rozumie i tolerancji, pomówmy o tradycji Zachodu. Kalwin, Genewa, rok 1553, czas reformacji, na szali postawiono prawdy otwierające drogę do zbawienia. Kalwin głosi swoje nauki z najgłębszym przekonaniem,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Z mądrością i godnością o głupocie

Jak przeuroczą okolicznością jest to, że niewielka objętościowo książeczka o głupocie wpada mi właśnie w ręce. Kryterium objętości jest w przypadku tej konkretnej tematyki ważne, za dużo o głupocie grozi rozmyciem tematu, osunięciem się w wodolejstwo – nie daj boże utonąć w zalewie słów tworzących morze głupot.

Książka Carla. M. Cipolli „Podstawowe prawa ludzkiej głupoty” unika raf pisania i takiego mówienia o głupocie, które może wychynąć ze zbędnego wielosłowia. Przebogata i wielowiekowa jest tradycja traktowania głupoty z niejaką powagą, poczynając od platońskich dialogów, przez greckie komedie i tragedie, po renesansową „Pochwałę głupoty” Erazma z Rotterdamu, który z mistrzowską wprawą kręcił retoryczne bączki: „Wiedziałam, że między wami żadnego nie ma do tego stopnia rozumnego albo raczej głupiego, owszem, słusznie mówię tak dalece mądrego, by innego był zdania. Stoicy nawet, chociaż przed gminem tysięcznymi potwarzami okrywają i poniewierają rozkosz, a podobno dlatego, aby odstręczywszy drugich, tym pewniej samym jednym nią się napawać i w niej rozpływać, chociaż mówię, starannie ukrywają swój do niej niepokonany pociąg, dziwna wszakże, jak w niej smakują. Niechże mi proszę powiedzą, któraż pora życia bez przyprawy rozkoszy, to jest głupstwa, nie jest nudna, smutna, przykra, ba, nawet nieznośna? A chociaż w tej mierze najlepszym jest świadkiem nieporównany Sofokles, który wyrzekł na moją pochwałę: życie bez rozumu to prawdziwa rozkosz”.

Cipolla formułuje pięć podstawowych praw głupoty.

Kiedy pisze: „Nikt z nas, nieustannie i nieuchronnie, nie docenia liczby głupców w otoczeniu”, przywołuje echo przestrogi Stanisława Lema, że gdyby nie internet, nie mielibyśmy pojęcia, ilu idiotów nas otacza.

Głupota jest żywiołem demokratycznym, nie wyróżnia i nie pomija z racji jakichkolwiek innych cech, przymiotów czy statusów: „Prawdopodobieństwo, że pewna osoba jest głupia, nie ma związku z żadną inną cechą tej osoby”. Nie chronią przed głupotą wykształcenie, majątek, przymioty

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Czy zostaje tylko przemoc?

Jakiś czas temu złożyłem na ręce Ani Piwkowskiej, koleżanki i poetki, swój tomik wierszy. Ania kieruje w Państwowym Instytucie Wydawniczym działem poezji. Debiutowałem w PIW wierszami „Bez usprawiedliwienia”, był rok 1978. Teraz więc druk tomiku w tym samym wydawnictwie byłby zamknięciem koła. Minęło niemal 50 lat! Ania napisała, że książka jest świetna! Szefem PIW jest Łukasz Michalski, o orientacji prawicowej. Specjalizuje się w wydawaniu dzieł Wildsteina. Ale przyznaję, że wydają też dużo innych, już dobrych książek. Mijają miesiące, cisza, w końcu wiadomość, że Michalski chyba zablokował druk tomu. Po jakimś czasie – rewelacja! – jest akt łaski, jednak będą drukować, ale pod koniec 2027 r. Godzę się. Wydam szybko część wierszy w Austerii, a potem w PIW, jeśli dożyję. Rzecz się pewnie przesunie na rok 2028 i oto strzeli 50 lat od debiutu. Mija kilka tygodni – Michalski blokuje druk. Przecież nie chodzi tu o jakość literacką wierszy, tak myślę, więc o co? O politykę, przecież nie o pieniądze.

Wydawca traktuje mnie jak małego chłopca, którego można karać za to, że coś powie lub napisze. W roku 1978, kiedy debiutowałem w PIW, byłem zaangażowany politycznie, bezpieka o tym wiedziała, a jednak wydrukowano mi tomik, entuzjastyczną recenzję napisał Staszek Barańczak. W latach 80. w stanie wojennym ukrywałem się przez rok, publikowałem potem wiele w drugim obiegu, rewizje, przesłuchania, kierowałem podziemnym pismem „Wezwanie” (też o tym wiedzieli), a jednak wydrukowałem w tamtym czasie dwie książki oficjalnie. Michalski, funkcjonariusz prawicy w wolnej Polsce, blokuje książkę, bo mu się nie podobam politycznie. Traktuje znane wydawnictwo jak prywatny folwark. Wymienialiśmy pisowców na kierowniczych stanowiskach, ale zrobiliśmy to zbyt subtelnie. Oni nie będą tak się cackać.

Zmarł Andrzej Olechowski, wielka szkoda. Znakomity

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Książki

Zredukowani, znaczy niepotrzebni 

Światowy kryzys (1929-1933) dosięgnął II Rzeczpospolitą i mocno się odcisnął na życiu i zasobach Polaków. Spowodował, że w wielu regionach kraju aż 20-30% ludzi straciło zatrudnienie (w niektórych miastach i branżach nawet ponad 50%), zarówno na terenach zurbanizowanych, jak i typowo rolniczych. Bieda dotknęła całe rodziny,

Kamil Piskała, Zredukowani. O społecznych skutkach Wielkiego Kryzysu, Muzeum Historii Polski, Warszawa 2025

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Książki

Plac Słowiański 12

Tego świata, w którym Eugeniusz Kurzawa mógł studiować, nie mając grosza przy duszy, już dawno nie ma. A dla tych, którzy teraz studiują, jego wspomnienia z lat 70. są czymś z gatunku science fiction. No bo jak ci młodzi współcześni mogą uwierzyć, że socjalistyczna ojczyzna zapewniała studentom stypendia (standardowo 1250 zł miesięcznie,

Eugeniusz Kurzawa, Plac Słowiański 12, Pro Libris
– Wydawnictwo WiMBP im. Cypriana Norwida w Zielonej Górze, 2026

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.