Na zakopiańskich Krupówkach ogromne plansze informują o setnej rocznicy śmierci Jana Kasprowicza. Do pobliskiego Muzeum Kornela Makuszyńskiego zaprasza wystawa kasprowiczowska, urządzona przez dr Kingę Nędzę-Sikoniowską. Rocznica właśnie minęła: 1 sierpnia.
W latach licealnych i studenckich był Kasprowicz mym ukochanym poetą. Zastanawiam się dziś dlaczego. Pierwszy impuls był oczywisty: moje pokolenie odkrywało Młodą Polskę, która nie cieszyła się wtedy uznaniem. Wystawiano już wprawdzie (zakazanego w czasach stalinowskich) Wyspiańskiego, publikowano Staffa (choć głównie późnego) i wydawano Żeromskiego (choć tylko takiego od „doli ludu”), lecz inni pisarze młodopolscy byli skazani na nieistnienie. Właśnie w tych latach zacząłem uświadamiać sobie tę lukę.
Szczególny kłopot miały zaś władze oświatowe z Kasprowiczem. Bo niby on nasz, skoro chłop, ale jakże mało postępowy! Chętnie przypominano jego utwory wczesne, naturalistyczne i antyklerykalne, co jednak było robić z ogromem późniejszego dorobku? Wszak była to poezja z gruntu religijna, posługująca się znakami zadomowionymi w tradycji katolickiej, wprawdzie „wadząca się z Bogiem”, lecz stale poszukująca Boga. Nie bardzo dawała się oswoić. Te dwa zagadnienia – Młoda Polska i religia – były wtedy dla mnie ważne.
Ale znaczenie miały też czynniki inne, zupełnie już osobiste. Od czwartego roku życia spędzałem wakacje pod Tatrami: w Białym Dunajcu i Poroninie. Te wsie kojarzyły się z Leninem: w pierwszej istniał Dom Lenina, w drugiej – Muzeum Lenina. Mama starała się nie zwracać uwagi na te obiekty, skoro jednak nie sposób było ich nie zauważać, zareagowała kiedyś sarknięciem: „Dlaczego tylko Lenin? Dlaczego nikt nie pamięta, że w Poroninie mieszkał też Kasprowicz?!”.
Wtedy to nazwisko usłyszałem po raz pierwszy. Toteż za którymś pobytem powędrowaliśmy z mamą starą drogą poronińską do kasprowiczowskiej Harendy. Z Białego Dunajca było to jednak daleko, pamiętam więc tyle, że strasznie bolały mnie nogi. Niemniej jednak Kasprowicz
a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl








