Tag "PiS"

Powrót na stronę główną
Kraj

Strażak prezesa

Kto recenzował działania straży pożarnej w czasie powodzi

Politycy Prawa i Sprawiedliwości do krytykowania działań służb walczących z powodzią zaprzęgli byłego komendanta głównego Państwowej Straży Pożarnej (PSP), Andrzeja Bartkowiaka. Pojawił się on w Sejmie na partyjnej nasiadówie zatytułowanej „Powódź 2024: przyczyny i skutki”. Z jego wywodów Polacy mogli się dowiedzieć, że dowódcy PSP zawalili akcję ratowniczą, ich decyzje były chybione, spóźnione, a siły i środki niewystarczające, by uratować życie i dobytek mieszkańców. Zachowanie Bartkowiaka było oburzające. Nie tylko dlatego, że jeszcze nigdy się nie zdarzyło, aby tak wysoki rangą dowódca krytykował kolegów po fachu. Przede wszystkim Bartkowiak robił to, mijając się z prawdą i przedstawiając zmanipulowane dane.

Do Sejmu przybył w generalskim mundurze, lecz zachowywał się jak polityk, a nie jak oficer i były komendant główny PSP. Najwidoczniej pomyliły mu się role…

Zawrotna kariera

Andrzej Bartkowiak zawdzięcza karierę PiS. W 2016 r., będąc w stopniu ledwie kapitana (odpowiednik porucznika w wojsku), został powołany na komendanta wojewódzkiego PSP w Poznaniu, a zaraz po tym otrzymał awans na starszego kapitana. W 2017 r. był już młodszym brygadierem, a rok później brygadierem. W grudniu 2019 r. premier Mateusz Morawiecki powołał go na komendanta głównego PSP. W lutym 2020 r. Bartkowiak był już starszym brygadierem, a w kwietniu nadbrygadierem, czyli generałem. W cztery lata zaliczył więc zawrotny awans, który normalnie zajmuje ok. 20 lat! Było to oburzające, gdyż wielu doświadczonych i dobrze wykształconych, ale niemających politycznych znajomości strażaków nie mogło liczyć na takie zaszczyty.

To jednak nie koniec. W maju 2022 r. prezydent Andrzej Duda dał Bartkowiakowi drugą generalską gwiazdkę i najwyższy stopień generała brygadiera. Komendant główny PSP miał wtedy ledwie 50 lat.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Polska wyładniała

Wspomniałem tydzień temu o książce Jerzego Chociłowskiego o Józefie Becku, ministrze spraw zagranicznych w latach 30. – bardzo ciekawej, chociaż kontrowersyjnej. Beck to w sumie postać tragiczna. W skali europejskiej mamy w Polsce wyjątkowo wielu ludzi, których los był tragiczny. Zaciekawił mnie pewien cytat, jakby z innej beczki. W Polsce tuż przed wybuchem wojny przebywał Galeazzo Ciano, włoski minister spraw zagranicznych. Po pobycie w Warszawie napisał: „Miasto szare, płaskie, bardzo smutne, bez charakteru”. Lecz podobnie mówili mi o Warszawie Jerzy Giedroyc i Czesław Miłosz. Może więc trochę mniejszy żal, że zmieniono ją w ruinę – myślę teraz tylko o stronie architektonicznej, na którą jestem tak wrażliwy. Ale zwykle domy, które uchodziły wtedy za nijakie, dobrze się zestarzały, a odnowione są ładne, widać to nawet na kiedyś biednej Pradze. Przybysze z Zachodu – zbierałem ich relacje z różnych wieków – jednym głosem mówili o Warszawie, że smutna, a ludzie się snują ponurzy. Teraz to się zmienia, nadal jednak mniej uśmiechów i wzajemnej życzliwości niż na Zachodzie, choć kierunek zmian jest wyraźny i szybki.

Późnym wieczorem w restauracji na Foksal, cała ulica zajęta stolikami, biesiadujemy po spotkaniu autorskim. Ania Janko wydała w PIW wiersze zebrane „Załamanie pogody”. Są też ciekawe psiarki – Ania Piwkowska i Agata Tuszyńska. Potem idę Nowym Światem, lśni neonami. I tłumy, wszędzie kawiarnie, pachnie Paryżem.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Od czytelników

CPK bez lotniska? System transportowy na miarę planety

Decyzja Lufthansa Cargo o rozbudowie największego na kontynencie lotniczego portu przeładunkowego we Frankfurcie znów dała pretekst do bitwy na słowa i miny między politykami. Bitwa toczy się między narodową prawicą a resztą nadwiślańskich liberałów. Tracą zdrowie w boju o kształt analogicznego lotniska w kraju, zwanego CPK. Ale odbiorcą tego spektaklu jest wyborca. Bo w istocie o jego głos toczy się ta gra. Tu się liczy czterolecie kadencji: od wyborów do wyborów. Ginie perspektywa długoterminowa. Dodatkowo podgrzewane narodowe emocje, pyskówki o intencje odsuwają gdzieś w siną dal najważniejszy problem: przebudowę całego systemu dalekosiężnego transportu towarów. Kolejny dowód na ograniczenia telemeledemokracji: selekcjonuje osoby, które swój pułap kompetencji osiągnęli jako burmistrzowie, zarządcy partyjnych struktur, prezesi banków, wiecowi stand-uperzy. Zarazem uniemożliwia publiczną debatę na argumenty, żeby zdefiniować najważniejsze problemy kraju i cywilizacji i znaleźć dla nich strategie rozwiązania.

TIRY na tory. PiS trafnie dostrzegł dużą rolę, jaką miało dla IIRP zbudowanie magistrali kolejowej łączącej Śląsk z portem w Gdyni. Nie przypadkiem to kraje leżące na Atlantykiem stały się pierwszymi beneficjantami epoki odkryć geograficznych: taniej pracy i taniej przyrody ludów nie znających Pana. Szlachta musiała stworzyć wewnętrzną kolonię eksploatacji chłopów pańszczyźnianych. Port w Gdyni nie tylko umożliwił eksport węgla. Połączył dodatkowo polską peryferyjną gospodarkę z europejskim systemem transportu towarów. PiS też chciał się zapisać w pamięci pokoleń jako kolejna ekipa, która pomaga rozwiązać polski problem millenium, tj. względnego zacofania wobec czołówki cywilizacji. Jednak podobnie jak jest konserwatywna pod względem aksjologii narodowo-katolickiej, tak samo jest anachroniczna w strategii rozwojowej. Wpisuje się ona w rozwiązania transportowe, które należą do epoki taniej energii z węglowodorów. Inwestycja niemiecka ma tę samą wadę. Jednak to gospodarka, która ma ogromną bazę przemysłową – potrzebuje i komponentów, i sama ma co ekspediować w świat. Polska natomiast jako montownia ma co prawda podobne potrzeby w zakresie wymiany z zagranicą. Jednak powoli staje się jednym wielkim magazynem dla produktów ze świata. Ale czy transport lotniczy pozostanie nadal ważnym ogniwem systemu transportowego cywilizacji, która powstanie w odpowiedzi na kryzys planetarny? Na początek prześledźmy, jak jest obecnie pod względem śladu węglowego poszczególnych jego ogniw.

Opłacalność transportu lotniczego jest pochodną wspierania przez państwo (tzn. płacących podatki) tej branży po zakończeniu drugiej wojny światowej. Wsparcie przybrało postać łagodnego opodatkowania paliwa lotniczego. W następstwie możliwe były niskie ceny biletów. To zapewniło opłacalność podniebnemu transportowi, a wymaga on paliwa o dużej gęstości energetycznej. Obecnie transport lotniczy jest pierwszy na liście zużycia energii wśród wszystkich ogniw systemu transportowego. Przy czym połowa emisji z lotnictwa pasażerskiego jest związana z przelotami 1% najczęściej latających osób, w tym zapewne polskich brukselczyków. Orientacyjne zużycie energii w kilowatogodzinach na 100 kilometrów przy transporcie typowego kontenera z ładunkiem 10 ton wynosi: dla transportu morskiego kontenerowcem 15 kWh, dla pociągu z napędem elektrycznym 30 kWh, dla ciężarówki z napędem elektrycznym 200 kWh i dla transportu samolotowego 1200 kWh. To szacunek Marcina Popkiewicza – cenionego znawcy relacji w systemie gospodarka-energia-zasoby-środowisko. To wiedza, jakiej brakuje i politykom, i komentującym ich popisy „ekspertom” w różnych komunikatorach. Dodajmy przy okazji, że np. lot z Londynu do Hongkongu i z powrotem boeingiem 747 z 416 pasażerami na pokładzie spala 116 ton paliwa lotniczego. Ze względu na wysokość lotu współczynnik emisyjności na dużych wysokościach wynosi 1,9. Ślad węglowy wynosi wówczas tyle, co wyprodukowanie 340 tys. plastikowych torebek (szacunek M. Bernersa-Lee).

Wzrost gospodarczy, połączony z konieczności z masową konsumpcją na bogatej Północy, prowadzi prostą drogą do kryzysu planetarnego: pustynnienia, pożarów lasów, utraty ziemi ornej i lasów wilgotnych, osadzania się w atmosferze sadzy, i przede wszystkim – spalania światowych zasobów paliw kopalnych. Oczywiście, można się spodziewać lepszych dla planety nośników energii, przede wszystkim wodoru (i ewentualnie syntetyzowanego z niego amoniaku). Tyle że pod normalnym ciśnieniem i w temperaturze pokojowej potrzeba 3 tys. litrów gazowego wodoru, żeby mieć energię jednego litra benzyny lotniczej. Dlatego, stwierdza Popkiewicz, „towarowy transport morski jest najefektowniejszym energetycznie dostępnym obecnie sposobem transportu”. I dlatego w nadchodzących dwóch dekadach stopniowo nastąpi przebudowa systemu długodystansowego transportu towarów. Będzie on się składał z trzech podstawowych ogniw. Najważniejszym środkiem transportu są i pozostaną wielkie kontenerowce, wykorzystujące jako napęd silniki diesla. Najważniejsze pozostaną też wielkie porty przeładunkowe jak chiński Shanghaj czy europejskie Rotterdam i Hamburg. Duże skupiska konsumentów, jakimi są wielkie miasta, połączą kolejowe huby transportowe. Transport kolejowy to drugie ogniwo systemu. Dlaczego wobec tego politycy nie grzmią, kiedy upada polska firma zajmująca się przewozami towarów PKP Cargo? Trzecie ogniwo to transport drogowy. Będzie on pośredniczył w wędrówce towarów z hubów kolejowych na odległość 100-200 km w systemie ro-ro, a więc również z wykorzystaniem kontenerów. Tutaj wyzwaniem dla branży będzie elektryfikacja ciężkiego transportu drogowego. Zniknie w końcu ta polska specjalność – ruchome magazyny towarów, zajmujące jeden pas na autostradach prowadzących do granic kraju. Stosunkowo niewielki odcinek trasy pozostaje dla TIR-a, bo jeden jego przejazd niszczy drogę tak samo jak 160 tysięcy samochodów osobowych. Transport samolotowy będzie zapewne domykał system, i ze względu na koszty finansowe, i ekologiczne. Pisowszczycy oszacowali na 200 mld złotych wpływy, które by wyekspediował do skarbu państwa CPK i to tylko z ceł i VATu. Powstaje pytanie, czy ta kwota zrekompensuje straty, które powstaną w wyniku pustynnienia centralnych regionów kraju, a także wskutek klęsk żywiołowych. Te powoduje większa dynamika mas powietrza, a potęguje ją bezpośrednio wzrost przeciętnej temperatury. W 2023 r. średnia temperatura powietrza wynosiła w Polsce 10 stopni Celsjusza. To aż o 1,3 stopnia więcej niż średnia z lat 1991-2020, podaje Instytut Metrologii i Gospodarki Wodnej.

Naprzeciw tej oczekiwanej ewolucji systemu transportowego wychodzi częściowo już realizowana Inicjatywa Trójmorza. Połączy ona systemem kolei, autostrad i portów obszar Europy Środkowo-Wschodniej i Południowej: Morze Bałtyckie, Morze Czarne i Adriatyk. Zacieśni współpracę gospodarczą peryferii UE, przyczyni się do większej integracji i rozwoju całego regionu. I na tym skorzysta Polska. To o wiele poważniejsza i perspektywiczna inicjatywa niż budowa lotniczego hubu w sytuacji, kiedy należy się spodziewać wdrażania zasady, że „zanieczyszczający płaci”. W następstwie wzrosną koszty transportu lotniczego, w tym ceny biletów. Stanie się tak wówczas, gdy zostanie opodatkowane paliwo lotnicze, a także kiedy zostanie wdrożony efektywny system wyceny kosztów zewnętrznych transportu lotniczego. Naprzeciw tej nowej energetyczno-ekologicznej optymalizacji transportu towarów wychodzi również chińska Inicjatywa Pasa i Szlaku. Ona też przewiduje sieć połączeń kolejowych i morskich, które umożliwią kontenerowy transport towarów. Lotnicze cargo staje się powoli anachronizmem. Może chociaż raz Polska będzie w czołówce przemian cywilizacyjnych.

Tej tendencji sprzyja ONZ i jej Sekretarz Generalny Antonio Guterres. ONZ opublikowała w 2022 r. raport dotyczący oceny globalnego ryzyka katastrofy cywilizacyjnej. W raporcie przebija się jako główna myśl, że świat doświadcza przyspieszającego trendu katastrof naturalnych i kryzysów gospodarczych. Coraz wyraźniej widać synergię między katastrofami klimatycznymi i społecznymi, głównie klęskami głodu i migracjami. Związek zagrożeń gospodarczych ze zmianami ekosystemów zwiększa ryzyko scenariusza „globalnego upadku”. Ta ponura konkluzja, jak zwykle, nie wiąże pogłębiającego się kryzysu planetarnego z kapitalizmem jaki znamy. Potwierdza jednak, że bez radykalnych zmian świat zmierza właśnie w tym kierunku. Jak przyznaje raport, wciąż można wiele zrobić. Ale na pewno nie budując kolejne huby lotnicze.

Kogo cenić i podziwiać. Ale jest też inna konkluzja. Jaką funkcję pełnią politycy we wspólnocie życia i pracy? Ich zadaniem powinno być ukierunkowanie rozwoju różnych dziedzin życia społecznego, by całość się złożyła – przede wszystkim, by gospodarkę napędzały potrzeby zapewniające dostatnie życie wszystkim jej członkom; by gospodarka pozostawała w harmonii ze środowiskiem, i by reguły podziału wspólnie wypracowanej nadwyżki były sprawiedliwe. Zamiast tego mącą tylko ludziom w głowach: a to retrocmentarnym patriotyzmem, a to kultem Wuja Sama i jego „inwestorów”, a to budzą strach przed demonem zła w postaci prezydenta Rosji. Ale najgorszy jest kult wolnej przedsiębiorczości. Kult bezpodstawny. Według obliczeń wybitnego badacza społecznego ze Stanów Zjednoczonych Herberta Simona, błogosławionemu „tworzącemu” PKB (jak mawiają nadwiślańscy liberałowie wszystkich formacji) – należy się tylko 10 % nadwyżki, która powstaje dzięki pracy i przyrodzie. Sam może się ewentualnie ogolić. Natomiast należy wysoko wynagradzać prawdziwych wynalazców, gdyż to oni są naszymi dobrodziejami, a nie władcy aplikacji. Np. Vaclav Smil najwyżej ceni wynalazców syntezy amoniaku w procesie Habera-Boscha. Dzięki niej, można rzec, miliony ludzi żyją z powietrza. Galeria naszych dobroczyńców jest ogromna. Począwszy od tego, kto dostrzegł, że mięso schowane w dziupli baobabu smakuje lepiej, kiedy przypadkowe uderzenie pioruna przyrządzi z niego pieczeń. Nasi przewodnicy wyłudzający poparcie wyborców do tej galerii nie należą. Co więcej, u przytomnego obywatela, żyjącego z pracy własnych rąk i umysłu, budzą trudną do opisania reakcję. To coś pośredniego między kompletnym lekceważeniem a pogardą. I Rysio Wędrowniczek nie jest tu wyjątkiem. Mniej niż zero, nawet jeśli punktem odniesienia jest reformator sądownictwa Zbigniew Ziobro.

 

Kraj

Wody i wały PiS

Donald Tusk zbiera cięgi za pisowskiego molocha, którym kieruje pisowska protegowana

Jeszcze woda nie opadła w zalanych miejscowościach, a już politycy PiS i wspierające ich media rozpętali nagonkę na Donalda Tuska, że ten nie zapobiegł tragicznej w skutkach powodzi. Pod ostrzałem znaleźli się również pracownicy Wód Polskich, instytucji, która odpowiada za ochronę przed powodzią (w tym za budowle hydrotechniczne). Zarzucono im, że nie reagowali na alarmujące prognozy meteorologiczne, wskutek czego nie opróżniono na czas zbiorników retencyjnych. Krzysztof Wołoszyn, wójt gminy Żukowice, stwierdził natomiast, że wały przeciwpowodziowe nie były koszone i nikt ich nie monitorował, na co premier odparł, że to niejedyne miejsce, „gdzie stwierdzono zaniedbania ze strony Wód Polskich” i „nie będę nikogo zachęcał, żeby donosił, ale musimy wiedzieć, gdzie co nawaliło, żeby nie było tego typu sytuacji w przyszłości”.

Prezeska Wód Polskich Joanna Kopczyńska (na to stanowisko została powołana przez ministra infrastruktury Dariusza Klimczaka z PSL) winę za złe zarządzanie zrzuciła na poprzedników, którzy „ograbili firmę z pieniędzy”. To bardzo odważne stwierdzenie, Kopczyńska bowiem za rządów PiS, w latach 2018-2021, była wiceszefową Wód Polskich, współtworzyła tę instytucję, a potem została zastępczynią dyrektora ds. Państwowej Służby Bezpieczeństwa Budowli Piętrzących w Instytucie Meteorologii i Gospodarki Wodnej – Państwowym Instytucie Badawczym. Podobno jej protektorem był wpływowy poseł PiS Marek Gróbarczyk, minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej w rządach Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego.

Według moich informacji to Kopczyńska mimo alarmujących prognoz meteorologicznych zapewniała Tuska, że nadzorowana przez nią infrastruktura wytrzyma falę powodziową. Premier, który nie jest przecież hydrologiem, nie miał powodów, aby tym zapewnieniom nie wierzyć.

Na wariackich papierach

Wody Polskie zostały utworzone przez PiS w 2018 r. Nowa, scentralizowana instytucja (w jej skład wchodzą Krajowy Zarząd Gospodarki Wodnej, regionalne zarządy gospodarki wodnej, zarządy zlewni i nadzory wodne) przejęła zadania samorządów i obowiązki Krajowego Zarządu Gospodarki Wodnej oraz siedmiu regionalnych zarządów zajmujących się gospodarowaniem wodami. Jesienią 2020 r. Najwyższa Izba Kontroli opublikowała raport „Utworzenie i funkcjonowanie Państwowego Gospodarstwa Wodnego Wody Polskie”. Dokument jest porażający. Pokazuje bowiem, że urząd odpowiedzialny za ochronę przed powodzią był niezdolny do wypełniania przypisanych mu obowiązków. Główny problem stanowiły braki kadrowe, z tego powodu nie sposób było zagwarantować prawidłowej i terminowej realizacji zadań.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Wyposażenie kulturowe

Duda, już nie potrafię pisać „prezydent Duda”, nie daję rady, wybierał się spotkać z Trumpem w tzw. Amerykańskiej Częstochowie, sanktuarium w pobliżu Doylestown w Pensylwanii, czyli udzielić mu wsparcia w stanie, w którym mieszka 800 tys. Polaków. A Pensylwania najważniejsza w amerykańskich wyborach. W tym samym czasie Beata Kempa, najpiękniejsza i najmądrzejsza w PiS, stała się doradcą Dudy. To, co chciał zrobić, pachnie zdradą, Trump zdaje się być na pasku Rosji. Ale nie, Duda nagle dostał czarną polewkę – Trump się z nim nie spotkał; nawet z Kempą Duda okazał się za mało powabny. Ale chwali się: „Trump to mój wielki przyjaciel”. Rzeczywiście jest między nimi powinowactwo duchowe.

Co do zdrady, Kaczyński maniacko powtarza, że rząd i Tusk to agentura trochę niemiecka, a trochę rosyjska – więc zdrajcy. Żyjemy w strasznym czasie i w strasznym kraju rządzonym przez zdrajców, których popierają miliony Polaków, gdy za naszą granicą wojna. I jest nowy ulubiony zwrot prezesa: „wyposażenie kulturowe”. Tusk i my wszyscy, jego zwolennicy, mamy wadliwe „wyposażenie kulturowe”, jesteśmy

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Pytanie Tygodnia

Kto jest sprawniejszy propagandowo, rząd czy PiS?

Prof. Michał Wenzel, socjolog, USWPS Obydwie strony są podobnie niesprawne. PiS nie może być sprawne, bo rząd zabrał mu jego najważniejszą tubę propagandową, czyli telewizję publiczną. Dodatkowo sprawność propagandowa partii Kaczyńskiego przez długi czas wiązała się z przeświadczeniem części jej elektoratu, że zwycięzca ma rację, a PiS przestało tym zwycięzcą być. Jeśli chodzi o rząd, to nie może być sprawny propagandowo, bo mówi wielogłosem koalicji, co tworzy wręcz kakofonię. Rządowi sprzyja jednak sytuacja – w obliczu

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Tusk na fali, PiS podtopione, szelest euro

Ludzie doświadczeni powodzią oczekują solidarności z nimi, a nie politycznej bijatyki

Gdyby Platforma nie miała Donalda Tuska, mogłaby się pakować. Premier uratował swój obóz i uratował się sam, nie dał się zatopić. Za to z powodzią popłynęło PiS. Takie są pierwsze wnioski ze starcia politycznego pod nazwą „rozliczenia po powodzi, czyli kto zawinił”.

Co powiedział Tusk

Dwa wydarzenia wysuwają się na pierwszy plan, gdy zastanawiamy się, jak działał rząd w czasie powodzi. Pierwsze to sam początek, 13 września. Drugie – posiedzenia sztabu kryzysowego pod przewodnictwem premiera w kolejnych dniach.

13 września o godz. 8 Donald Tusk był we Wrocławiu i przewodniczył posiedzeniu sztabu kryzysowego. Wtedy padły jego słowa cytowane później przez wszystkie media: prognozy nie są przesadnie alarmujące. Tymczasem 13 września wieczorem już było bardzo źle. Premier więc oszukiwał społeczeństwo? Zwodził?

To było pierwsze zwycięstwo PiS w wojnie propagandowej. I kilka dni musiało upłynąć, by rządzący się ogarnęli i zaczęli na to odpowiadać. A co naprawdę Tusk wówczas powiedział? Oto jego słowa: „Te prognozy – łączyliśmy się z prognostykami – nie są przesadnie alarmujące. Nie lekceważymy żadnego sygnału, mamy swoje doświadczenia, tu, we Wrocławiu, z 1997 r., więc wiadomo, że nie można lekceważyć tej sytuacji. Ale chcę powiedzieć, że dzisiaj nie ma powodu, by przewidywać zdarzenia w skali, która by powodowała zagrożenie na terenie całego kraju. Jeśli można się czegoś spodziewać, to lokalnych podtopień i powodzi błyskawicznych zlokalizowanych w jakimś miejscu. Szczególnie raczej w górach, ale czasami zdarza się to w miastach i na te zdarzenia chcemy być perfekcyjnie przygotowani”.

Równie dobrze można było z tej wypowiedzi wyjąć słowa: „Nie można lekceważyć tej sytuacji”. Ale wyciągano te pierwsze i propaganda PiS zyskała przewagę. Nie na długo.

Sztab, czy polityczny Big Brother

Oto bowiem rozpoczęły się posiedzenia sztabu kryzysowego, pod przewodnictwem premiera, transmitowane bezpośrednio przez telewizję. To Tusk zadecydował, że tak ma być. I te posiedzenia rozbiły narrację PiS, uczyniły ją marginalną. Bo ile można tłuc, że premier się spóźnił, że lekceważył, skoro w każdym momencie mogliśmy zobaczyć premiera świadomego powagi chwili, który wydaje polecenia, omawia szczegółowe sprawy, jest pełen energii i zaangażowania. I wymaga.

Czy to był show? Polityczny Big Brother? W XXI w. obywatele mają potrzebę uczestniczenia na żywo w ważnych wydarzeniach. Mają potrzebę podglądania. Dlatego transmitowane są posiedzenia parlamentu, dlatego tak wielką oglądalnością cieszą się nagrania z kuluarów.

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Domański

Czekanie na Brutusa

Jak pamiętacie, na okładce poprzedniego numeru było zdjęcie Jarosława Kaczyńskiego. Z tytułem „Robił, co chciał. Państwo Kaczyńskiego”. Tekst szykowany był na kongres PiS, który miał się odbyć w minioną sobotę. Miał się odbyć i aż do środy prezes potwierdzał, że się odbędzie. Zapowiadała się ogromna wpadka, bo kto w czasie powodzi robi takie imprezy? Tylko ktoś oderwany od realnego życia. Na szczęście dla tej formacji jacyś przytomniejsi politycy wybili prezesowi ten pomysł z głowy. Media i widzowie stracili okazję przyjrzenia się, jak ubożuchne programowo i skromne myślowo jest najbliższe otoczenie Kaczyńskiego. To, które sam sobie dobrał. Eliminując wszystkich, którzy wyrastali powyżej pisowskiej murawy.

Sytuacja w PiS jest mało klarowna. Możliwe są nawet najbardziej zaskakujące rozwiązania. Prezes kolejnymi publicznymi występami potwierdza, że żyje w świecie, który ma coraz mniej wspólnego z tym rzeczywistym. A jego najbliższe otoczenie udaje, że tego nie widzi. Wszystko jednak ma swój koniec. Zwłaszcza w polityce, gdzie lojalność jest na końcu przestrzeganych zasad. Mając w ręku wszystkie instrumenty władzy, można ją utracić. Historia pełna jest nazwisk satrapów, dyktatorów i dożywotnich władców, którzy władzę stracili.

To na szczęście nie jest nasz problem. Zobaczymy, kto w tym gronie okaże się Brutusem. Czas nagli, w szeregach PiS widać coraz więcej kandydatów do rozmowy z prokuratorem. A to przecież skromny początek rozliczeń, które nieuchronnie czekają najbliższe otoczenie Kaczyńskiego. I jego samego. Osobista odpowiedzialność prezesa za wiele afer jest tak oczywista, że do odbudowy praworządności w Polsce taki proces jest niezbędny. Bo prawdziwe prawo i prawdziwa sprawiedliwość zatriumfują dopiero wtedy, gdy ukarani zostaną organizatorzy i przywódcy przestępczego systemu.

Dotyczy to również Zbigniewa Ziobry. Jeśli jest na tyle zdrowy, że może udzielać długich wywiadów mediom dojnej zmiany, to nie ma powodów, by unikał sejmowej komisji śledczej. Przykładów aresztowań ludzi starych i chorych za rządów Ziobry było wiele. Choćby opisany przez nas przypadek 78-letniej adwokat Aliny Dłużewskiej, którą dwa lata trzymano w areszcie i torturowano. Nie mam wątpliwości, że tacy bezwzględni wobec swoich przeciwników politycy jak Zbigniew Ziobro zrobią wszystko, by uniknąć odpowiedzialności. Boją się kar i więzienia.

W życiu jednak za wszystko trzeba płacić. Choroba nie gwarantuje bezkarności.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Sztuka wysyłania, czyli wiatry historii

Zżymaliśmy się nieraz na politykę kadrową PiS – że na stanowiska ambasadorów wysyłani są albo ludzie zasłużeni dla partii, i to przeważnie emeryci, albo trzydziestoparolatkowie, którzy do tych funkcji jeszcze nie dorośli. A najchętniej, zwłaszcza za ministra Raua, MSZ nikogo nie wysyłało, więc placówki miesiącami (niektóre latami) czekały na ambasadora. Kłopot w tym, że te zwyczaje przeszły na ministra Sikorskiego. Pół MSZ huczy dziś o pomysłach, w które na zdrowy rozum trudno uwierzyć… Oto ambasadorem (czy też kierownikiem placówki) w Pradze ma zostać Barbara Tuge-Erecińska. Ma ona

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Zaradni bracia Rachoniowie

Co rusz pojawia się nowy komunikat z cyklu „rodzina dojnej zmiany na swoim”, a precyzyjniej na naszym. Bo masowo poobsadzała państwowe firmy. Bracia Rachoniowie to przykład takiej wyjątkowej zaradności. Michał Rachoń, czołowy propagandysta PiS w telewizji Kurskiego, jest rekordzistą w kategorii liczby kłamstw. Zasługi dla dojnej zmiany ma więc ogromne. Wystarczyły, by jego brat, Nikodem Rachoń, odnalazł się w dyplomacji. I to od razu jako attaché prasowy w ambasadzie w Waszyngtonie. Dla jego żony Katarzyny też znalazła się w ambasadzie robota. Ale to już czas miniony. Rachoniowie wracają do kraju. Bieda im nie grozi, bo Nikodema przygarnął prezydent Duda. A zapłacimy oczywiście my.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.