Tag "Wymiar sprawiedliwości"

Powrót na stronę główną
Felietony Jan Widacki

Obyś był po polskich sądach ciągany!

Jak zapewniał mnie przyjaciel, polski Białorusin, tytułowe zdanie było przez Białorusinów przed wojną, a nawet później uważane za jedno z najcięższych przekleństw. Może dla prostych Białorusinów, w dodatku nieznających języka polskiego, proces przed polskim sądem był koszmarem, z którego niewiele rozumieli, i w konsekwencji, nie umiejąc skutecznie bronić swoich racji, przegrywali?

Od kilkudziesięciu lat występuję jako adwokat przed sądami i czasem myślę, choć myśl tę odganiam od siebie jak umiem, że kto wie, czy ci prości ludzie nie mieli czasem racji. Te swoje rozważania zamierzam nawet kiedyś opisać, mam już nawet tytuł książki: „Proszę wiać! Sąd idzie!”. Taki będzie! Jeśli tę książkę kiedyś napiszę, to na pewno nie wcześniej niż po zakończeniu praktyki adwokackiej. Ale i wtedy nie będzie to bezpieczne. Synowa wykonuje zawód adwokata, a jej przejścia na emeryturę nie doczekam. Co gorsza, mój wnuk, dziś w klasie maturalnej, zapowiedział niedawno, że wybiera się na prawo. W trosce o prawnicze kariery młodszych pokoleń rodziny chyba nigdy nie napiszę tej książki. „Napisz pod pseudonimem”, zachęca mnie jeden z przyjaciół. Jeszcze pomyślę.

Dlaczego przed polskim sądem trzeba wiać? Nie chodzi o to, by wiać w sensie dosłownym, np. za granicę, jak eksminister sprawiedliwości i eksprokurator generalny, niedawno jeszcze udający w Polsce szeryfa. Chodzi o to, by od sądu trzymać się z daleka. Jeśli coś da się załatwić bez sądu, trzeba uczynić wszystko, aby tak to zrobić. W sprawach cywilnych, nawet tych wydawałoby się najprostszych, na prawomocny wyrok trzeba czekać kilka lat, a jak już ktoś cierpliwie doczeka, często będzie miał wyrok prawomocny, tyle że nieegzekwowalny. Gdyby sąd działał, jak należy, a później jak należy działał komornik, nie byłyby potrzebne firmy windykacyjne, często działające na granicy prawa. Nikt też do egzekucji długu nie angażowałby gangsterów.

W sprawach karnych jest jeszcze gorzej. Wedle różnych badań pomyłki sądowe (jak ta, której ofiarą padł Komenda i niewinnie przesiedział w kryminale niemal 20 lat!) zdarzają się częściej, niż mogłoby się wydawać. Doświadczeni adwokaci broniący w sprawach karnych uważają,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Dama wymiaru Prawa i Sprawiedliwości

Neosędzia Maria Szczepaniec została prezeską nielegalnej Izby Odpowiedzialności Zawodowej Sądu Najwyższego

Decyzja prezydenta nie powinna dziwić. Jak wiadomo, Karol Nawrocki wsparł zamach PiS na wymiar sprawiedliwości, stając murem za neosędziami powołanymi przez upolitycznioną i nieuznawaną przez środowiska prawnicze Krajową Radę Sądownictwa. Takich neosędziów, z których część publicznie manifestuje propisowskie poglądy, jest ok. 3 tys. Należy do nich Maria Szczepaniec, profesorka prawa z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. W statucie bogobojnej uczelni zapisano, że jej misją jest „poszukiwanie prawdy, dbanie o dziedzictwo narodowe, upowszechnianie i promowanie wartości chrześcijańskich, w szczególności katolickich, w życiu indywidualnym, społecznym, narodowym, państwowym i w ramach wspólnoty międzynarodowej”.

Rozdwojenie jaźni

Maria Szczepaniec musi cierpieć na syndrom doktora Jekylla i pana Hyde’a. W murach szacownego uniwersytetu jest wierną córą Kościoła katolickiego, oddaną najpiękniejszym i najszlachetniejszym wartościom. Gdy jednak przekracza próg Sądu Najwyższego, staje się przedstawicielką pisowskiej kasty prawniczej reprezentującej butę, arogancję i pogardę wobec prawa oraz obowiązujących norm społecznych. Inaczej nie da się wytłumaczyć dwóch tak skrajnych postaw.

Przypomnijmy: aby zalegalizować działalność przestępczą (co widać teraz w pełnej krasie), PiS podporządkowało sobie wymiar sprawiedliwości. W tym celu usunięto z Krajowej Rady Sądownictwa 15 sędziów, jej członków, a w ich miejsce powołano stronników ówczesnej partii rządzącej.

Takie działanie – jak orzekły Sąd Najwyższy, Naczelny Sąd Administracyjny i europejskie trybunały – było nielegalne, a nowa KRS stała się zależna od władzy ustawodawczej i wykonawczej. W ten sposób Jarosław Kaczyński i spółka przejęli całkowitą kontrolę nad organem konstytucyjnym mającym stać na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów. Kontrolując KRS, partia władzy miała wpływ na nominacje sędziowskie, co było pogwałceniem wszelkich reguł praworządności.

Gdyby Maria Szczepaniec kierowała się wartościami zapisanymi w statucie UKSW,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Wszystkie chwyty Ziobry

Jak były minister i prokurator generalny pogrywa z wymiarem sprawiedliwości

Jeszcze kilka miesięcy temu był umierający. Łamiącym się głosem mówił, że zdiagnozowany u niego nowotwór przełyku z przerzutami daje mu mniej niż 10% szans na przeżycie. Zaatakowany chorobą organizm został dodatkowo osłabiony serią chemioterapii, immunoterapii i radioterapii, a następnie wielogodzinną operacją usunięcia przełyku i części żołądka. Jakby tego było mało, pacjent musiał regularnie przechodzić zabiegi poszerzania przewodu pokarmowego, aby móc oddychać i przyjmować pokarm. Koledzy partyjni prosili Polaków o modlitwę za zdrowie pierwszego szeryfa III RP. A pisowscy intelektualiści pod wodzą Bronisława Wildsteina wystosowali do posłów apel o niewyrażanie zgody na tymczasowe aresztowanie, które mogłoby „skutkować nieodwracalnym pogorszeniem stanu zdrowia Zbigniewa Ziobry lub nawet jego śmiercią”.

Minęło ledwie pół roku, a były minister sprawiedliwości cudownie ozdrowiał. Chrypka zniknęła, po problemach z mówieniem nie ma już śladu. Ziobro jest w tak znakomitej formie, że zatrudnił się jako amerykański korespondent TV Republika i zamieszcza filmiki z komentarzami w mediach społecznościowych. Śmieje się z „nieudaczników” Donalda Tuska i Waldemara Żurka, którzy pozwolili mu na ucieczkę do USA. Odgraża się „prześladowcom”, że wkrótce nastanie prawo i sprawiedliwość, a oni trafią na długie lata do więzienia.

Przy czym nic nie robi sobie z zarzutów, które chce mu postawić prokuratura. Przypomnijmy: według śledczych były minister, działając w zorganizowanej grupie przestępczej, miał się dopuścić 26 przestępstw związanych z rozkradaniem Funduszu Sprawiedliwości, za co grozi mu nawet 25 lat odsiadki. Miliony złotych zamiast na wspomożenie ofiar przestępstw zostały przeznaczone na zakup cyberbroni Pegasus do zwalczania przeciwników politycznych oraz na kampanie wyborcze polityków Solidarnej/Suwerennej Polski, trafiły do zaprzyjaźnionych mediów lub wprost do kieszeni działaczy partyjnych i związanych z nimi osób.

Jednak Ziobro jest mocny tylko w gębie. Gdy Sejm w listopadzie 2025 r. uchylił mu immunitet, dając zielone światło do zatrzymania i aresztowania, a prokuratura skierowała do sądu stosowny wniosek, nasz szeryf był już na Węgrzech, gdzie załatwił sobie azyl polityczny. Jednocześnie rozpoczęły się korowody prawne.

Sąd się nie śpieszy

Wniosek o aresztowanie prokuratura skierowała do Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa 13 listopada 2025 r. Ale posiedzenie aresztowe wyznaczono dopiero na 22 grudnia. Tłumaczono to obszernością materiału dowodowego, z którym musi się zapoznać sędzia. Była to osobliwa argumentacja. Sądy rzadko zapoznają się z całością materiału zebranego przez prokuraturę, a jeśli już, robią to niezwłocznie, zazwyczaj w ciągu kilkunastu godzin, nie odwlekając procedury. Tyle że do rozpoznawania sprawy Ziobry wylosowana została Agnieszka Prokopowicz, członkini Stowarzyszenia Iustitia,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Adwokat od „trumien na kółkach” trafi do więzienia?

Zapadł prawomocny wyrok w sprawie łódzkiego adwokata, który we wrześniu 2021 r. zabił dwie kobiety

Mecenas będzie pewnie musiał odsiedzieć w więzieniu karę za swój czyn. Wprawdzie Sąd Okręgowy w Olsztynie złagodził wyrok pierwszej instancji, ale karę pozostawił bez zawieszenia.

Sprawa nabrała rozgłosu przede wszystkim ze względu na niefortunną wypowiedź mecenasa w mediach społecznościowych. Gdyby nie ów brak wyczucia, byłby to przypadek tragiczny, ale w sumie pospolity.

Oto dynamiczny i już uznany 41-letni adwokat wracał z żoną i kilkuletnim synkiem z wesela zaprzyjaźnionej influencerki swoim „wypasionym” samochodem marki Mercedes-Benz. Wyjechał z Olsztyna w stronę Barczewa, potem skręcił na Jeziorany. Z drugiej strony tą samą szosą jechały dwie kobiety do wnuków w Barczewie. Kierująca wysłużonym Audi miała 53 lata, a jej pasażerka – 67. W trakcie mijanki Paweł K. przekroczył podwójną linię ciągłą, zjechał na lewy pas jezdni, zderzył się z Audi i dwie kobiety poniosły śmierć na miejscu.

Wkrótce wspomniana panna młoda,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Upadek Śląskiego Księcia

Jerzy Hop pozostawał szefem Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach prawie dekadę. Przez lata uchodził za kogoś nie do ruszenia

Morze wódki od rana do wieczora, nielegalne dochody i tylko luksusowe fury. Nie, nie chodzi o szefa mafii, mowa o człowieku długo kierującym jedną z najważniejszych prokuratur w Polsce.

9 marca media obiegła sensacyjna wiadomość. Dwa dni wcześniej w Rybniku w jednym z domów znaleziono ciała 68- i 41-latka. Byli to Jerzy Hop, przez wiele lat stojący na czele Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach, i jego syn.

Śmierć tak ważnej postaci, co więcej, nie w pojedynkę, zelektryzowała nie tylko media. Śledztwo natychmiast przekazano z Rybnika do Prokuratury Okręgowej w Gliwicach. Rzeczniczka prasowa prokuratury Agnieszka Bukowska mówiła niezbyt wiele. Informowała, że kluczowa dla dalszych działań będzie sekcja zwłok. Zlecone też zostaną badania histopatologiczne i toksykologiczne.

„Fakt” pisał: „W sobotnie popołudnie, 7 marca, znaleziono ich ciała. Według wstępnych ustaleń śledczych nic nie wskazuje na to, by do śmierci mężczyzn przyczyniły się osoby trzecie. Na ciałach nie ujawniono żadnych obrażeń. Co zatem zabiło ojca i syna?”. TVN 24 swoją relację utrzymywała w podobnym tonie: „Na ciałach nie było widocznych obrażeń, sekcja zwłok ma dać odpowiedź na pytanie, co było przyczyną ich śmierci”.

Kolejne informacje są na tyle wstrząsające, że konieczne wydaje się tu krótkie wprowadzenie. Jerzy Hop pozostawał szefem Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach prawie dekadę. Nominację otrzymał w 1993 r. W 2002 r., czyli po dziewięciu latach, został odwołany. Długo uchodził za kogoś nie do ruszenia. Taki status miało jeszcze paru innych urzędników szczebla wojewódzkiego w Katowicach. Historia Hopa (oraz kilku innych) pokazuje, jak łatwo nasz kraj mógł utonąć w morzu mafijności, korupcji, bezkarności. Jak blisko byliśmy tego, by pójść drogą Ukrainy, zamiast trafić do Unii Europejskiej. Na szczęście tak się nie stało.

Śmierć w butelce

Nim zacząłem pisać ten artykuł, rozmawiałem z prokurator Bukowską. Dowiedziałem się, że sekcje zwłok byłego prokuratora apelacyjnego oraz jego syna zaplanowano na 10 marca. Na wyniki czekać będziemy zapewne co najmniej kilka dni. Podobnie jak na wyniki badań, które mają wykazać, czy śmierć nie nastąpiła na skutek zatrucia organizmu jakąś substancją.

Zadałem pani prokurator konkretne pytania. Nie zaprzeczała moim ustaleniom, ale

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Co dalej z wymiarem sprawiedliwości?

Czy „państwem prawa” jest państwo, w którym nieczynny pozostaje Trybunał Konstytucyjny, połowa sędziów Sądu Najwyższego nie uznaje za sędziów drugiej połowy, a ta druga połowa nie uznaje uchwał pierwszej? Mało tego. Ta druga połowa nie uznaje też orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Część wyroków jest uchylana, bo w ich wydawaniu brali udział tzw. neosędziowie, ale tylko część, w zależności od tego, jakie ma poglądy sędzia, który rozpoznaje sprawę w drugiej instancji. Niekonstytucyjna w opinii większości środowisk prawniczych Krajowa Rada Sądownictwa wciąż produkuje kandydatów na neosędziów, a prezydent mianuje tylko niektórych, w dodatku nawet się nie kryjąc z tym, że wyboru dokonuje na podstawie kryteriów czysto politycznych.

Tenże prezydent, skoro już o nim mowa, nie uznaje nowego kierownictwa prokuratury, bo wedle niego zostało powołane ze złamaniem prawa. Dla pana prezydenta prokuratorem krajowym wciąż jest odwołany przez ministra Adama Bodnara i nieurzędujący od dwóch lat kolega Zbigniewa Ziobry i świadek na jego ślubie, prokurator w stanie spoczynku Dariusz Barski…

W sądach apelacyjnych są wakaty, bo sędziowie nie chcą awansować do nich w obecnej wątpliwej konstytucyjnie procedurze, aby nie stać się automatycznie „neosędziami”, produkującymi wyroki uznawane za wadliwe przez część środowiska i połowę Sądu Najwyższego. W najpoważniejszych sprawach karnych do składu orzekającego trzeba kooptować sędziów z wydziałów cywilnych, bo w

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Czas na twardą sprawiedliwość

Politycy PiS są wściekli na nominację Waldemara Żurka, bo jako ofiara represji ma on rozległą wiedzę o ich przestępczej działalności

Powołanie sędziego Waldemara Żurka na stanowisko ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego wywołało skrajną ekscytację wśród polityków i komentatorów. „To jest hardkorowy kandydat, który moim zdaniem nie będzie brał jeńców. I rozliczenia w zakresie wymiaru sprawiedliwości, tak wyczekiwane przez środowiska naszych wyborców, chyba przyśpieszą”, mówił wicemarszałek Sejmu Piotr Zgorzelski (PSL). „To nadzieja na sprawiedliwość i rozliczenie pisowskich afer”, dodał europoseł Dariusz Joński (KO).

Pod drugiej stronie barykady są politycy PiS. „To jest człowiek, który nie ma żadnych skrupułów i zasad. To jest człowiek, który lekceważy sobie podstawowe zasady porządku prawnego. To jest człowiek, który nawoływał do popełnienia przestępstw, jak choćby wkroczenie nielegalne z użyciem siły do Krajowej Rady Sądownictwa czy też stawienie zarzutów sędziom Sądu Najwyższego (…). To jest osoba, która składała nieuzasadnione i całkowicie bezpodstawne – bez jakichkolwiek podstaw faktycznych i prawnych – zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa”, bredził Zbigniew Ziobro.

Byłemu ministrowi wtórowali partyjni koledzy i sfraternizowani z nimi sędziowie, jak chociażby neosędzia Kamila Borszowska-Moszowska z Sądu Okręgowego w Świdnicy. „Wizja, że pan – jeszcze sędzia – Waldemar Żurek zostanie ministrem sprawiedliwości, biorąc pod uwagę jego postępowanie, jest przerażająca. Mam wrażenie, że zagłębiamy się w otchłań bezprawia, które będzie postępowało z dnia na dzień”, biadoliła.

Wściekłość pisowskiej prawicy, która przez osiem lat demolowała wymiar sprawiedliwości i podporządkowywała go partyjnym interesom, jest zrozumiała. Żurek podpadł politycznym rozbójnikom, gdy jeszcze jako rzecznik legalnej Krajowej Rady Sądownictwa (którą PiS wbrew konstytucji rozwiązało w trakcie kadencji) recenzował nadużycia władzy. Z czasem stał się jedną z głównych twarzy protestu środowisk sędziowskich. Broniąc praworządności, zapłacił wysoką cenę.

Dyscyplinarny recydywista

Za rządów PiS Żurek był najbardziej prześladowanym sędzią. Rzecznicy dyscyplinarni Ziobry wytoczyli mu 23 bezpodstawne postępowania dyscyplinarne. Sędziemu postawiono kilkadziesiąt zarzutów, co miało skompromitować go jako sędziego i wywołać efekt mrożący na innych prawnikach.

W największej dyscyplinarce Żurek usłyszał 68 zarzutów. Dotyczyły one rzekomego fałszowania orzeczeń. Sprawa była dęta, a poszło o to, że sędzia w latach 2012-2018 wydawał w składach kolegialnych lub jednoosobowych orzeczenia dotyczące spraw proceduralnych na posiedzeniach niejawnych, bez udziału stron i obecności na sali rozpraw, co jest standardową procedurą. Zastępca rzecznika dyscyplinarnego Michał Lasota uznał, że Żurek nie mógł wydawać tych orzeczeń, bo nie było go wtedy w sądzie (jako rzecznik legalnej KRS często przebywał w Warszawie), i zarzucił mu poświadczenie nieprawdy w dokumentach. Tyle że obecność Żurka w sądzie potwierdzili inni sędziowie. Okazało się, że Lasota nie zna prawa. Żurek mógł podpisywać orzeczenia z inną datą, niż je wystawiano, i mógł to robić nawet w domu lub w czasie podróży służbowej.

„To postępowanie pokazuje, jak ogromną ilość energii poświęcali tzw. rzecznicy dyscyplinarni ministra Ziobry, by dopaść mnie i innych sędziów. Ściągali i przeglądali setki spraw, które prowadziłem, by coś na mnie znaleźć. Trałowano mnie najpierw pod kątem rzekomo niesłusznie pobranych diet z KRS. A jak nic nie znaleziono, to próbowano zrobić ze mnie fałszerza orzeczeń. Nie spocznę, dopóki wszyscy winni niszczenia niezależności polskich sądów nie poniosą za to odpowiedzialności”, mówił Żurek w rozmowie z portalem OKO.press.

Żurek miał też dyscyplinarkę za nieprawomyślną choinkę bożonarodzeniową, którą postawił w holu krakowskiego sądu. Znalazły się na niej ozdoby nawiązujące do wydarzeń społeczno-politycznych: uchodźców, praworządności, praw osób LGBT oraz z flaga Unii Europejskiej i napisem „Konstytucja”. Podpadł też za to, że odmówił orzekania z neosędziami. Pisowskiej władzy nie spodobało się, że Żurek w ramach akcji Tour de Konstytucja PL wyjaśniał dzieciom, jakie mają prawa. Podczas innego spotkania sędzia obraził majestat Zbigniewa Ziobry, bo solidaryzował się z represjonowanymi sędziami, mówił o politycznym przejęciu wymiaru sprawiedliwości i o tym, że sędziowie muszą stać na straży konstytucji. Pozostałe dyscyplinarki dotyczyły m.in.: stosowania prawa europejskiego, krytyki „reform” Ziobry, krytyki Prokuratury Krajowej, kwestionowania

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Zapaść w sądach powszechnych

W społeczeństwie niezmiennie panuje przekonanie, że do sądu idzie się po wyrok, a nie po sprawiedliwość

Problem występuje od dawna, lecz chyba nikt nie chce dostrzec jego istoty. Politycy wszelkich opcji obrzucają się oskarżeniami o brak praworządności w kraju, a jednym z przejawów tego braku miałby być opłakany stan sądownictwa, a nawet szerzej – wymiaru sprawiedliwości.

Mało kto zwraca jednak uwagę na to, co nas, obywateli, powinno interesować najbardziej: na chroniczną zapaść w sądach powszechnych. Jeśli już, to uwagę skupiamy na chwilę na nośnych, choćby w wymiarze lokalnym, sprawach o charakterze karnym: pobiciu, morderstwie, gwałcie, kradzieży, skutkach wypadku drogowego itp. Lecz nawet wówczas koncentrujemy się na fazie oskarżenia przez prokuraturę i na rozpoczęciu procesu, a potem – jeżeli jeszcze pamiętamy o sprawie – na wydaniu wyroku. Tymczasem nawet jeśli nie wchodzimy w kolizję z prawem, każdy z nas może zetknąć się z sądem powszechnym w postaci sądu rejonowego lub sądu okręgowego. Powodem bywa konieczność ustalenia prawa do spadku, nierzetelny kontrahent, który nie uiszcza faktur, albo rozwód, podział majątku i ustalenie prawa do opieki nad małoletnim dzieckiem. I to tam, w wydziałach cywilnych sądów powszechnych, rozgrywają się ciche dramaty, do opisywania których nieśpieszno reporterom: wieloletnie spory małżeńskie o majątek, alimenty lub prawa rodzicielskie, względnie kilku- czy kilkunastoletnia walka o prawo do spadku.

Kiepska jakość i wydajność pracy sądów powszechnych wbrew popularnej, lansowanej tezie nie wynika wyłącznie z działań poprzedniej ekipy rządzącej. Dowód na to stanowi choćby opublikowany 6 lutego 2004 r. w „Gazecie Wyborczej” artykuł Andrzeja Rzeplińskiego, ówczesnego profesora Uniwersytetu Warszawskiego i zarazem sekretarza zarządu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, a przyszłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Prof. Rzepliński wskazał kilka przyczyn złego stanu sądownictwa w owym czasie, proponując przy tym konkretne rozwiązania. Pisał o pozostawiającym wiele do życzenia systemie wyłaniania i nauczania przyszłych sędziów oraz potrzebie kształcenia ustawicznego adeptów zawodu, o przewlekłości postępowań i konieczności skrupulatnego rozpatrywania spraw w reżimie rozpraw dzień po dniu, a nie raz na kilka miesięcy, a także o ograniczeniu zakresu korzystania z immunitetu sędziowskiego, skądinąd nieistniejącego w innych państwach UE. Ponadto autor celnie dostrzegł zagrożenie występowaniem nepotyzmu i klientelizmu w procesach kadrowo-awansowych toczących się przed Krajową Radą Sądownictwa, zalecając uwzględnianie opinii instancji zewnętrznych przy nominacjach na stanowiska w najwyższych instancjach sądowych.

Mamy jesień 2024 r., a więc minęło ponad 20 lat. Czy od czasu publikacji artykułu coś się zmieniło, czy sytuacja się poprawiła? Oczywiście nie. Niedostateczna liczba etatów sędziowskich wobec wpływających do sądów wniosków pozostaje smutną rzeczywistością, ale czy lekarstwem na to jest mianowanie młodych ludzi, często bezpośrednio po aplikacji sędziowskiej, na stanowiska, gdzie zasadniczo trzeba nie tylko wykazać się wiedzą prawniczą i znajomością paragrafów, lecz także posiłkować dużym i wszechstronnym doświadczeniem życiowym? W Stanach Zjednoczonych sędzią zostaje się dopiero w wieku dojrzałym, na zwieńczenie kariery prawniczej – wcześniej należy poznać od podszewki dynamikę procesów sądowych, praktykując jako adwokat lub prokurator. W Japonii asesorami zostaje tylko niewielki odsetek absolwentów aplikacji prawniczej, tych z najlepszymi wynikami, a nie jak w Polsce wszyscy, którzy zaliczyli egzamin końcowy.

Czy sędziowie nadążają za szybko zmieniającą się rzeczywistością, charakteryzującą się m.in. pogłębioną internacjonalizacją kontaktów międzyludzkich, szybkim rozwojem technologicznym, nowymi zjawiskami społecznymi?

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Odbudowa państwa prawa

Na polski wymiar sprawiedliwości w ciągu ostatnich ośmiu lat spadło jak na biblijny Egipt co najmniej kilka plag. Egipt i tak był w nieco lepszej sytuacji, bo te plagi spadały na niego po kolei. Na nasz wymiar sprawiedliwości spadły wszystkie naraz. I nie był to wyraz bożego gniewu, tylko próba PiS podporządkowania sobie trzeciej władzy. Pierwsza plaga to stan Trybunału Konstytucyjnego. Zaraz na początku swojego urzędowania prezydent nie odebrał ślubowania od trzech prawidłowo wybranych sędziów. Na ich miejsce zdominowany przez PiS parlament

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Stanisław Filipowicz

Horda iuris

Zacznę od dłuższego cytatu, moim zdaniem bardzo ważnego. W powieści „Niewinni” jej autor, Hermann Broch, tłumaczył: „Książka przedstawia stosunki i typy ludzi w Niemczech przedhitlerowskich. Wybrane w tym celu postaci są całkowicie apolityczne (…). Jednakże jest to ten właśnie stan umysłów i uczuć, z którego – tak przecież było – czerpał swe siły narodowy socjalizm. Indyferentyzm polityczny bowiem jest blisko spokrewniony z indyferentyzmem etycznym, a co za tym idzie, z etyczną perwersją. Słowem, na ludziach politycznie niewinnych

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.