Tajemnice pielęgniarek

Tajemnice pielęgniarek

Z lekarzami od 20 lat codziennie widzę się w pracy, ale żadnego nie nazwałabym „kolegą”. To są panowie doktorzy, a my panie pielęgniarki. Nie jesteśmy jedną drużyną

Jedna z pielęgniarek zapytała mnie, czy wyobrażam sobie firmę, w której pracownicy po 30 latach wspólnej harówy wciąż zwracają się do siebie per „pan” i „pani”. W której nie ma integracji, wspólnych wyjść na kawę czy obiad. Przyznałam, że rzeczywiście, trudno mi wyobrazić sobie taką firmę. „To są realia szpitala, proszę pani. Jakby w powietrzu nieustannie wisiało jakieś niepojęte napięcie”, powiedziała. Skutki tego napięcia dało się odczuć w rozmowach z pielęgniarkami.

W odpowiedzi na rzucane przeze mnie pytanie: „Jak wyglądają pani relacje z lekarzami?” najczęściej słyszałam ironiczny śmiech, pełne irytacji „A da pani spokój!” albo „Ja im się stawiam, ale dla koleżanek to jest pan i władca!”. Zdarzały się też reakcje pozytywne, zwłaszcza wśród młodszych pielęgniarek. „Fantastycznie! Omawiam z nimi wyniki pacjentów, mówię swoje zdanie, wcale się ich nie boję”, ale nawet w tych odpowiedziach wyczuwało się delikatne rozdrażnienie i przesadną stanowczość. Jakby strach czy uległość wobec lekarzy była stanem naturalnym. Jakby równe i partnerskie relacje trzeba było sobie wywalczyć.

Mój pierwszy dyżur w życiu, rok 1988, druga w nocy. Jestem najszczęśliwszą osobą na świecie, bo właśnie spełniam swoje marzenia. Będę ratować ludzkie życie i pracować u boku lekarzy – bohaterów, których zawsze podziwiałam. Nagle wpada chirurg. Jest kompletnie pijany. Bełkocze coś, że miał imieniny i wszyscy goście poszli do domu. Uznał więc, że weźmie butelkę i przyjdzie na oddział. Spojrzałam w grafik – okazało się, że zaczyna zmianę o 7 rano.
Basia, 30-letni staż, oddział chirurgiczny,
szpital powiatowy pod Warszawą

Pracowałam w małej przychodni pod miastem. Trafiła do mnie kobieta z rocznym dzieckiem, któremu trzeba było szybko zrobić zastrzyk. Mały leżał na łóżku, ze ściągniętymi spodenkami. Już miałam się wkłuwać, gdy weszła pani doktor, internistka. „Zobacz, tak to się robi”, powiedziała, zabierając mi strzykawkę. Stanęła kilka, może kilkanaście centymetrów od chłopca i wycelowała w jego pupę, tak jakby strzelała lotką do tarczy. Igła wbiła się w pośladek, dziecko zaczęło płakać, a pani doktor szybko zrobiła zastrzyk. Poczułam się upokorzona. Matka się nie odezwała, a ja nie miałam odwagi nawet spojrzeć w jej kierunku.
Anna, 25-letni staż, oddział internistyczny,
szpital publiczny, woj. małopolskie

W latach 90. lekarze uważali, że pielęgniarki powinny wskakiwać im do łóżek. Pracowałam wtedy na OIOM-ie w jednym z warszawskich szpitali. Razem z nami pracowało dwóch anestezjologów. Prowadzili zakłady, który pierwszy będzie miał daną pielęgniarkę. Jeden z nich złożył mi propozycję seksualną całkiem wprost. Drugi był nieco bardziej subtelny i zaprosił mnie do gabinetu na „wizytę prywatną”. Odpysknęłam coś jednemu i drugiemu, a oni nadali mi przydomek Królowa Lodu. Mówili tak na mnie przez następne lata. (…)

Pamiętam dyżury nocne, podczas których do gabinetu potrafiły wejść dwie pielęgniarki. Najpierw jedna, a potem druga. Wszystko niby utrzymane w tajemnicy, ale z tymi dwoma lekarzami sypiało pół szpitala. Co z tego, że jeden z nich miał żonę i synów? Totalny amok.
Małgosia, 20-letni staż, OIOM,
szpital publiczny w Warszawie

Starych lekarzy trzeba nieustannie temperować. Jak mówi do mnie „siostro”, odpowiadam, że nie jest moim bratem. Jak kiwa na mnie palcem, pytam, czy jest chory. Działa? Działa. Nie cackam się z nimi, w przeciwieństwie do koleżanek z oddziału. Gdy do pokoju socjalnego wchodzi pan doktor, stają na baczność, pytając: „W czym pomóc?”. Często proponują im kawę i herbatę. Są też takie, które wchodzą cichutko do gabinetów i zmywają brudne kubki.
Ada, 31-letni staż, oddział internistyczny,
szpital publiczny, woj. łódzkie

Lekarze nie mają do nas żadnego szacunku. Młodzi. Starzy. Wszyscy. Oni są nauczeni, że my im usługujemy. Nawet karty zleceń z łóżka pacjenta sami sobie nie wezmą, tylko czekają, aż im podamy. W dodatku źle te karty wypełniają, bo nie mają żadnej wiedzy o pacjencie. Chodzimy za nimi i pokazujemy palcem: „Tu trzeba wypisać dodatkowy lek”, „Tu trzeba zlecić badanie”. A oni przewracają oczami i mówią: „Co znowu pani chciała?”, „Znowu mi pani głowę zawraca”, „Ojej, znowu pani”. „Znowu”, „znowu”, „znowu”. To słowo słyszę codziennie.
Justyna, 33-letni staż, oddział internistyczny,
szpital publiczny, w Lublinie

Pewnego dnia starszy lekarz zrobił mi wielką awanturę, że pacjentka ma za niski poziom hemoglobiny i powinnam go o tym informować. Odpowiedziałam, że sprawdzanie wyników badań krwi przed operacją należy do jego obowiązków i nie życzę sobie takiego tonu. Oburzony pobiegł do oddziałowej ze skargą. Oddziałowa się przeraziła, wezwała mnie na dywanik i powiedziała: „Lekarz to lekarz. Należy mu się szacunek!”. Odpowiedziałam, że szacunek powinien być zawsze wzajemny. Załamała tylko ręce.
Maja, trzyletni staż, oddział chirurgiczny,
szpital publiczny w Warszawie

Zajęcia na bloku operacyjnym. Wchodzi starszy profesor chirurgii ze studentami medycyny. Robi się tłoczno. „Za dużo nas. Po co tu pielęgniarki? Może stragan sobie jeszcze rozstawicie?”, mówi. Zapada grobowa cisza, pielęgniarka prowadząca naszą grupę stara się załagodzić sytuację. Następnego dnia wystosowaliśmy zażalenie do ordynatora oddziału, na którym pracował ten profesorek. Napisaliśmy, że jesteśmy wstrząśnięci i urażeni. Ordynator odpowiedział, że wezwał go na rozmowę i dał upomnienie. Chirurg oczywiście nie przeprosił.
Piotr, III rok, Warszawski Uniwersytet Medyczny

Pracowałam na oddziale zakaźnym z młodym lekarzem, zaraz po trzydziestce. Facet niezwykle bezczelny, potrafił przy nas powiedzieć, że nienawidzi pielęgniarek. Pech chciał, że trafił nam się wspólny dyżur. Przyjechał pacjent z bardzo wysoką gorączką. Lekarz nawet na mnie nie spojrzał, tylko powiedział: „Poda dożylnie paracetamol”. Bez wpisania jego zalecenia w karcie nie mogłam tego zrobić, więc powiedziałam: „Żadne »poda dożylnie paracetamol«. Proszę najpierw wypełnić kartę”. Oburzył się: „A pani koleżanki wykonują polecenia i nie muszę nic wpisywać!”. Odparłam, że to bardzo źle, że w ogóle o tym wspomina, ponieważ w ten sposób łamie regulamin szpitala. Lekarz, który mógłby być moim synem, zaczął na mnie wrzeszczeć. Zagroziłam, że zgłoszę oddziałowej mobbing. Ale ubiegł mnie – nazajutrz rano poszedł do przełożonej, powiedział, że jestem pyskatą jędzą i odmawia przyjmowania wspólnych zmian. Oddziałowa oddelegowała mnie więc na inną salę. Jak tylko się o tym dowiedziałam, pobiegłam do niego wściekła. Wzięłam za chabety, zamknęłam w dyżurce i powiedziałam: „Proszę mnie uszanować, bo jestem starą pielęgniarką. Wiem, co robię. Mam tytuł magistra, specjalizację, kursy i jestem równorzędnym partnerem dla pana”. Tak się zmieszał, że z wrażenia nawet przeprosił.
Lusia, 33-letni staż, oddział geriatryczny,
szpital publiczny, woj. podlaskie

Szpital nie określa jasno, gdzie kończą się obowiązki pielęgniarki, a zaczynają lekarza. Na moim oddziale trwa nieustanny spór o mierzenie ciśnienia. Nie wiadomo, kto ma to robić, ale wiadomo, że nikt nie ma na to czasu. Rozumiem, że dziewczyny się frustrują. Zmierzenie ciśnienia to czynność trwająca dwie minuty. Tylko że przez te dwie minuty lekarz zarobi dużo więcej niż pielęgniarka.
Piotr, ośmioletni staż, lekarz internista,
szpital publiczny, woj. podkarpackie

Leżą u nas pacjenci przed amputacjami. Starsi ludzie, którzy trafiają na oddział z czarnymi, sinymi, a nawet zielonymi, rozkładającymi się już kończynami. Lekarz przychodzi i mówi: „Amputacja”. A pacjent w szoku. „Tylko nie amputacja?! Na pewno jest jakaś inna metoda!”, proszą. Na to chirurdzy: „Albo amputacja, albo do domu”. A wyjście do domu oznacza śmierć. Tym ludziom ktoś powinien wytłumaczyć, że bez nogi czy ręki da się funkcjonować. Tylko że lekarzom się nie chce. Ja natomiast nie mogę rozmawiać z pacjentem o jego stanie zdrowia, a tym bardziej namawiać go do operacji.
Grażyna, 30-letni staż,
szpital publiczny, woj. mazowieckie

Lekarze rzadko są nastawieni na pacjenta. Mówią pielęgniarkom, co mają zrobić i odwracają się na pięcie, zostawiając je z całą robotą. Na dziewczyny, szczególnie te starsze, to działa jak płachta na byka. Przecież one nie wiedzą, w co ręce włożyć.
Michał, 10-letni staż, lekarz chirurg,
szpital publiczny, woj. mazowieckie

Gdy trafiłem na SOR, byłem zaskoczony, że pielęgniarki tak chamsko zwracają się do alkoholików zgarniętych z ulicy. Myślałem: alkoholizm to ciężka choroba, jak można w ogóle nie mieć empatii? Niedługo później byłem świadkiem sytuacji, w której pielęgniarka przez 12 godzin musiała pilnować pijanego pacjenta na sali obserwacyjnej. I przez całe 12 godzin obrzucał ją kurwami i wyzywał od szmat. Pomyślałem wtedy, że łatwo mi było oceniać, bo ja przychodzę do pacjenta tylko na chwilę i znikam. A one są na linii frontu.
Przemek, 11-letni staż, lekarz chirurg,
szpital publiczny woj. pomorskie

Pracuję w jednym szpitalu od 20 lat i z niektórymi lekarzami od 20 lat codziennie widzę się w pracy. Ale żadnego z nich nie nazwałabym „swoim kolegą”. O nie! To są panowie doktorzy, a my panie pielęgniarki. Nie jesteśmy jedną drużyną.

Teraz pomyślałam, że to strasznie głupie, bo przecież gramy do jednej bramki.
Ada, 31-letni staż, oddział internistyczny,
szpital publiczny, woj. łódzkie

Pierwsze praktyki w szpitalu. Jedziemy windą – ja, koleżanka ze studiów i nieznany nam lekarz. Popatrzył na plakietkę „studentka pielęgniarstwa” wiszącą na szyi koleżanki i westchnął: „Pielęgniarstwo… jedna wielka masakra”. Aż mi się grochy w oczach pojawiły. Jednym zdaniem podsumował coś, co dla mnie jest przyszłością i największą satysfakcją.
Zuzia, studentka III roku,
Uniwersytet Rzeszowski

Pielęgniarki potrafią być bardzo niemiłe dla młodych lekarzy, którzy, naprawdę nie rozumiem czemu, na to pozwalają. Są to zazwyczaj panie, które pracują na oddziałach od 30 lat i uzurpują sobie prawo do tego, by nie wykonywać poleceń „głupków”, którzy pracują dopiero trzeci rok.
Andrzej, trzymiesięczny staż, lekarz chirurg,
szpital publiczny w Bydgoszczy

Problemy na linii lekarze – pielęgniarki? Może to wina lekarzy, którzy za przeproszeniem wyżej srają, niż dupę mają? Ja to obserwuję i wcale się pielęgniarkom nie dziwę.
Adam, dwuletni staż, lekarz internista,
szpital publiczny w Warszawie

Koleżanka zaraz po rezydenturze, bez doświadczenia, trafiła na SOR. Myślała, że pozjadała wszystkie rozumy. Traktowała lekarzy z oddziału, w tym mnie, jakbyśmy byli niedouczeni. A pielęgniarkami pomiatała. Narzekaliśmy między sobą, ale nic z tym nie zrobiliśmy, za to dziewczyny wzięły sprawy w swoje ręce – poszły na skargę do ordynatora. Efekt? Mądrala została odsunięta od pracy na oddziale. Doskonale wiedziały, jak zrobić z nią porządek.
Michał, 10-letni staż, lekarz chirurg,
szpital publiczny, woj. mazowieckie

Grzecznie i z uśmiechem zapytałem, gdzie leży dany pacjent. Usłyszałem, że chyba jestem głupi, skoro nie wiem, że takie rzeczy sprawdza się w spisie pacjentów, czyli tzw. ruchu chorych. Zapytałem, gdzie mogę ten spis znaleźć, bo niestety nie wiem. „To się dowiedz”, krzyknęła i poszła. Pielęgniarki są postrachem studentów medycyny. To najbardziej agresywne i niemiłe osoby, z jakimi spotykamy się podczas praktyk.
Olek, V rok, Uniwersytet Medyczny w Poznaniu

Kolegom na studiach wydaje się, że złapali pana Boga za nogi. Jak na każdym kroku słyszysz, że jesteś dumą rodziny i młodym geniuszem, to łatwo może ci się poprzestawiać w głowie. Pamiętam, że niektórzy witali się tylko z lekarzami, a pielęgniarkom nie mówili „dzień dobry”, rzucali, że one nie mają wiedzy, po czym… szybko byli sprowadzani na ziemię.

Pielęgniarki rzucają na stół karty zleceń, mówiąc: „Niewyraźnie napisane. Póki nie będzie przepisane, nie zrobię”, czasem też w ramach protestu odmawiają wykonania zlecenia, co jest już na granicy szkodzenia pacjentowi… a na pewno nie jest podyktowane jego dobrem. Wiedzą, że młodzi lekarze są na samym końcu łańcucha pokarmowego i dlatego ich tak ustawiają. (…) Proszę pani, studenci są poza jakimkolwiek łańcuchem. Na ich miejscu też bym się bał.
Piotr, ośmioletni staż, lekarz internista,
szpital publiczny, woj. podkarpackie

Z lekarzami trzeba się ułożyć. Oni doskonale wiedzą, że będziemy traktować ich z szacunkiem, jeśli będą nas traktować odpowiednio. My umiemy być wredne, chodzić do nich z każdą pierdołą, nie dawać spać w nocy i co pół godziny informować o stanie pacjentów.
Karolina, dwuletni staż, oddział chirurgiczny,
szpital publiczny w Warszawie

Jak się jest miłym dla dziewczyn, to i one są miłe. Z lekarzami czasem przynosimy im do dyżurki ciastka, pytamy, czy chcą kawy albo herbaty… Takie małe rzeczy, które sprawiają, że żyje nam się po ludzku. Trzeba mieć w sobie trochę pokory.
Patryk, pięcioletni staż, lekarz ortopeda,
szpital publiczny, woj. małopolskie

Hasło: reanimacja. Wszyscy odrywamy się od tego, co robimy. Ktoś biegnie po wózek reanimacyjny, ktoś masuje serce albo strzela prądem, ktoś dzwoni po lekarza. Każdy wie, co ma robić, choć nigdy wcześniej się nie umawiamy. Działamy jak jedna maszyna. Potem sobie dziękujemy, wtedy nie ma, że „ty jesteś pan doktor, a ty zwykła pielęgniarka”. Gdy ratujemy życie, to tytuły nie mają żadnego znaczenia.
Kornelia, czteroletni staż, OIOM,
szpital publiczny w Warszawie

Na internie leczyliśmy pacjenta, który wracał do nas jak bumerang. Sypało mu się wszystko: płuca, trzustka… ale był niezwykle pozytywnie nastawionym człowiekiem. Przebywał na oddziale tak często, że traktowaliśmy go jak jednego z nas. Umarł na moim dyżurze. Pamiętam moment, w którym zebraliśmy się na sali – lekarze z pielęgniarkami – i płakaliśmy, stojąc nad jego łóżkiem. Mogę stwierdzić, że byliśmy wtedy grupą, zespołem, jednością, ale myślę, że to i tak za mało powiedziane.
Szymon, lekarz chirurg, 10-letni staż,
szpital publiczny, woj. podlaskie

Trzecia w nocy. Trafia do nas motocyklista po wypadku. Ręka i część barku oderwana. Chłopak tonie we krwi. Przez całą noc z lekarzem i koleżankami tłoczymy w niego niebotyczne ilości krwi. Nie odchodzimy ani na chwilę. Nie sikamy, nie jemy, czasem łapiemy łyka z jednej butelki wody stojącej gdzieś w rogu sali. „Taki młody”, mówimy i strasznie, strasznie chcemy go uratować. Po ośmiu godzinach umiera. To są takie chwile, gdy myślisz sobie: „Kurwa, poświęcam każdą sekundę na uratowanie tego człowieka i wszystko na nic”. Nie ukrywam, tej nocy bardzo mocno klęłyśmy. Siedziałyśmy w dyżurce sfrustrowane i wściekłe. W pewnym momencie przyszedł do nas lekarz. Powiedział: „Dziewczyny, bardzo wam dziękuję. Daliśmy z siebie wszystko. Dobra robota”. Niby taka mała rzecz, a wszystkim zrobiło się na sercu jakoś zupełnie inaczej.
Alicja, 18-letni staż, SOR,
szpital powiatowy pod Warszawą

Fot. materiały prasowe

Wydanie: 25/2019

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy