Tajemniczy wypadek w lesie

Tajemniczy wypadek w lesie

Kolejny śmiertelny wypadek byłego pracownika Zakładu Usług Leśnych Szczytno

W związku z epidemią koronawirusa w leśnictwie Uścianek koło Jedwabna wstrzymano wycinkę. Nie powinno więc tam być żywego ducha, nawet spacerowicza, bo wchodzenie do lasów było zakazane. I nagle w sobotę, 18 kwietnia, znaleziono przygniecione drzewem ciało Włodzimierza K. z małej wsi w gminie Wielbark, położonej kilkanaście kilometrów od miejsca zdarzenia. Jak mogło do tego dojść?

Według lokalnego tygodnika „Kurek Mazurski” 66-letni mieszkaniec tego przysiółka wybrał się rano do lasu, aby „pozyskać drewno na własne potrzeby”. Minęło południe, a on nie wrócił na obiad, więc rodzina rozpoczęła poszukiwania. Włodzimierza K. znalazł szwagier. Na miejsce wypadku przyjechały straż pożarna, policja i zespół ratownictwa medycznego, mężczyzna jednak nie dawał oznak życia. Z ustaleń Prokuratury Rejonowej w Szczytnie wynikało, że był to nieszczęśliwy wypadek i że 66-latek działał we własnym zakresie, nie będąc pracownikiem ani nadleśnictwa Jedwabno, ani żadnego zakładu usług leśnych.

Dlaczego to ważne? Bo wcześniej Włodzimierz K. pracował tu przy wycince drzew razem z innymi robotnikami Zakładu Usług Leśnych Beata Skłodowska, Dariusz Kaczyński z pobliskiego Szczytna.

– Nie mam pojęcia, co on tam robił – mówi Zbigniew Roman, leśniczy z Uścianka. Potwierdza, że z powodu pandemii wszystkie roboty leśne zostały wstrzymane i w tym miejscu nie powinno być nikogo.

Sprawy nie wyjaśnił też prokurator Artur Bekulard ze Szczytna: „W toku postępowania nie ustalono, dlaczego zmarły dokonywał wycinki”, napisał w odpowiedzi na nasze pytanie. Stwierdził tylko, że Włodzimierz K. był w przeszłości pracownikiem ZUL Szczytno, lecz wykonywał prace jako robotnik leśny, nie pilarz. Prokuratora nie zastanowiło, dlaczego K. miałby jechać kilkanaście kilometrów do sąsiedniej gminy, aby „pozyskać drewno na własne potrzeby”. Bliżej przecież miał do lasów w okolicy Wielbarka, gdzie mieszkał.

Nowe światło na ten wypadek rzuciła córka zmarłego, która wyjaśniła, że był on bardzo sumiennym człowiekiem i pracownikiem, więc pojechał na zręb w leśnictwie Uścianek, aby usunąć pięć drzew pozostałych po przerwanej wycince. Gdy to robił, korona jednego ze świerków oparła się o drugi i żeby drzewo uwolnić, musiał je podpiłować – wtedy pień upadł na niego i śmiertelnie go ranił. Gdyby przyjąć tę wersję, zrozumiałe byłoby poszukiwanie 66-latka przez jego szwagra w tym właśnie miejscu. Bo inaczej skąd by wiedział, gdzie go szukać?

Ale taką teorię zdecydowanie odrzuca Dariusz Kaczyński, współwłaściciel ZUL Szczytno: „Wersja o przyjściu zmarłego w celu rzekomego zakończenia wycinki (wycięcia pięciu pozostałych drzew) jest w naszej ocenie nieprawdopodobna. Wycinkę w Leśnictwie Uścianek prowadziliśmy do 26 marca 2020 r. Została ona wstrzymana w związku z epidemią koronawirusa. Od 10 kwietnia 2020 r. obowiązywał zakaz wstępu do lasu. Do wypadku doszło po ośmiu dniach od wprowadzenia zakazu, a 24 dni po zakończeniu prowadzonej wcześniej wycinki. Trudno więc uznać, że obecność Włodzimierza K. (tu pełne nazwisko – przyp. aut.) w czasie i miejscu wypadku była związana z zakończeniem przerwanej wycinki”.

Z odpowiedzi Kaczyńskiego dowiadujemy się jeszcze, że 66-latek formalnie nie był pracownikiem ZUL Szczytno, ale już emerytem, który doraźnie, na umowę-zlecenie, wykonywał na rzecz spółki różne prace leśne, w tym jako pilarz oraz przy sadzeniu drzew i pielęgnacji lasu. Po wstrzymaniu robót w leśnictwie z powodu pandemii umowy z nim nie przedłużono.

Właściciele ZUL ze Szczytna bronią się przed łączeniem tego zdarzenia z ich spółką m.in. dlatego, że nieco ponad trzy lata temu w podobnym wypadku zginął inny ich były pracownik, Edward Nadolny. Jak pisaliśmy w artykule „Śmierć bez odszkodowania” (PRZEGLĄD nr 25/2019), 56-letni pilarz pracował w ZUL Szczytno na pełnym etacie do sierpnia 2016 r. A że podobno nie mógł pogodzić pracy w lesie z prowadzeniem gospodarstwa rolnego oraz opieką nad chorą matką i niepełnosprawnymi synami, zarząd spółki zaproponował mu zarejestrowanie samodzielnej działalności gospodarczej. Nadolny założył więc jednoosobową spółkę, ale miał ubezpieczenie tylko w KRUS – i to od wypadku na roli, nie w lesie. Dlatego rodzina po jego śmierci nie dostała odszkodowania. Sprawą zajął się pro bono mecenas Lech Obara, uznając, że Nadolnego należy traktować jako pełnoprawnego pracownika. Czyli takiego, który powinien być przeszkolony w firmie i ubezpieczony tak samo jak każdy pracownik etatowy. A w razie wypadku ZUL, który wynajmował go do robót leśnych, powinien ponosić odpowiedzialność za doznane przez niego szkody.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 23/2020, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Przemysław Ziemacki/East News

Wydanie: 23/2020

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy