Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

W MSZ-ecie jest wszystko. I radość, i zdumienie.
Zacznijmy od zdumienia.
Otóż sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych przedstawiona została kandydatura Tomasza Turowskiego na stanowisko ambasadora na Kubie. Turowski to przykład młodej kadry, która pojawiła się w latach 90. w MSZ-ecie. Wykształcenie zdobywał w Rzymie jako sowietolog. Wysłano go więc na placówkę do Moskwy. Tam najchętniej zajmował się kondycją Kościoła katolickiego w Rosji.
A teraz, prosto z Moskwy, ma jechać na stanowisko ambasadora RP na Kubie.
Początkowo w MSZ-ecie nie za bardzo w to wierzono. Zresztą najwięcej mówił sam Turowski. “Będę przedstawicielem Kościoła na Kubie” – chwalił się kolegom. Więc każdy pukał się w czoło, bo Watykan ma lepsze stosunki z Fidelem Castro niż III RP. A okazało się, że nie były to czcze przechwałki. Sowietolog, specjalista od spraw Kościoła, jedzie na Kubę. Amerykę Łacińską zna tak, jak Marsa. Znowu żaba ma nadstawiać nogę, gdy konia kuć będą?
A teraz trochę o radości.
Sprawił ją pracownikom MSZ-etu Tadeusz Szumowski, ambasador w Australii. Szumowski to ciekawa postać. Przyszedł do MSZ-etu w latach 90., z Uniwersytetu Warszawskiego, jako historyk. I od razu wyjechał na placówkę do Londynu, na stanowisko radcy. Stamtąd przesyłał do MSZ-etu różne śmieszne rzeczy, na przykład foldery biur podróży z Hongkongu, reklamujące wycieczki do tego miasta. Na podstawie tak cennych materiałów uznany został za specjalistę od Azji. I gdy powrócił z Londynu do Warszawy, natychmiast mianowano go wicedyrektorem Departamentu Afryki, Azji, Australii i Oceanii.
Na tym stanowisku otrzymywał korespondencję m.in. z Ministerstwa Obrony, w której to zwracano się do niego “panie pułkowniku”.
Szumowskiego chyba jednak nudziło wicedyrektorowanie, bo zaczął nagle mocno zabiegać o stanowisko ambasadora w Australii. No i je otrzymał. Wyjechał do Australii i w zasadzie słuch o nim zaginął. Pisał do Warszawy jakieś relacje, ale nikt na to nie zwracał uwagi, bo korespondencję przyjmował jego były podwładny i chował do szafy, zwyczajnie go kryjąc. Tu warto wtrącić dygresję – otóż w naszej dyplomacji najważniejszą osobą dla ambasadora nie jest minister czy premier. Najważniejszy jest urzędnik w departamencie terytorialnym, który przyjmuje korespondencję. I może ją głośno krytykować albo chwalić, albo też wrzucać na dno szafy. Znanych jest wiele przykładów, kiedy wpływowy pracownik MSZ-etu, mając ambasadorską nominację w kieszeni, nie wyjechał, zanim nie ustawił na stanowisku osoby odbierającej i opracowującej pocztę, swojego człowieka… Koniec dygresji.
Otóż Szumowski miał to szczęście, że mógł pisać, co chciał, kiedy chciał, praktycznie bez jakichkolwiek konsekwencji. Do czasu. Trzeba trafu, jedna z jego informacji wylądowała na biurku ministra Bartoszewskiego. A ten, gdy ją zobaczył, dostał białej gorączki i natychmiast odwołał Szumowskiego do Warszawy.
Więc w MSZ-ecie mamy radość – bo latem będzie jeszcze jedno, bardzo fajne stanowisko do obsadzenia.

Wydanie: 11/2001

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy